Nadal był niewidoczny,ale nie miał świadomości. Odwróciłam się i wyszłam na ścieżkę,w tej samej chwili Meghan jęknęła z bólu. Odwróciłam się błyskawicznie w jej stronę. Błąd intruzów. Doprowadzili mnie tym na skraj wściekłości. Jak śmieli uderzyć dziecko? W dodatku moją siostrzyczkę? W ciągu pięciu sekund znalazłam się przy nich. Zachowywali się głośno,ich serca łomotały,oddech mieli świszczący i było ich dwóch. Z czego jeden z nich krwawił,czułam metaliczny zapach krwi. Do diabła z niezabijaniem! Złapałam pierwszego za szyję i zacisnęłam palce. Usłyszałam cichy trzask i coś jakby mlaśnięcie. Zmiażdżyłam mu szyję. Już po nim. Nie dobiłam go,tylko puściłam i z pełnego obrotu kopnęłam drugiego w klatkę piersiową,tam gdzie znajdowało się jego serce. Z pewnością poleciał kilka metrów do tyłu. Upadł przy linii drzew z lewej strony,martwy.
-To było boskie-sapnęła Meghan,zwinięta w kulkę.
Klęknęłam przed nią i popatrzyłam z troską w oczy. Oberwała mieczem. Ciężka rana,ale nie śmiertelna.
Zabić nas można na dwa sposoby. Pierwszy,przebić bronią nasze serce. Drugi,obciąć nam głowę. Normalnie jak u wampirów z książek fantasy. Odgarnęłam jej włosy z twarzy i przyłożyłam otwartą dłoń do głębokiej i brzydkiej rany,ciągnącej się od biodra do pierwszego żebra. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i oczyściłam umysł. Mała sama się leczyła,ale zemdlała by z dużej utraty krwi,gdyby się leczyła sama. Kotołaki potrafią leczyć siebie i innych,ale muszą znaleźć swoje granice bezwzględne. Ja jeszcze nie znalazłam swojej,mimo,że mam dwadzieścia jeden lat. Małe Kotołaki leczą wolniej. Jest to dla nich bardziej wyczerpujące niż dla większych. Mała oddychała płytko,a w miarę jak leczyłam jej ranę,oddychała głębiej. Kiedy skończyłam,prawie się nie zmęczyłam. Prawie. Oddychałam tylko trochę szybciej.
-Dziękuję-mruknęła mała.
Odpowiedziałam jej uśmiechem. Robin Koleżka(Puk) uporał się ze swoim wrogiem i podszedł do nas.
Miał kilka drobnych ran,ale kiedy go dźgnęłam palcem zniknęły. Pomogłam wstać Meghan,a wokół nas
powietrze pachniało fiołkami. Zapomniałam wspomnieć,że mamy swój zapach,kiedy kogoś leczymy.
Królowa Tytania gdzieś zniknęła,ale Król Oberon został i przyglądał mi się z zaciekawieniem.
-To niewybaczalne,że ktoś napadł na mój Dwór. W dodatku z ukrycia!-oznajmił-Dziękuję za pomoc w
unieszkodliwieniu intruzów,Anastasio-dodał.
-To nic takiego-odpowiedziałam.
-Jestem Ci coś winien-stwierdził-Czego sobie życzysz,Anastasio Rain?-zapytał.
Dużo rzeczy. Wpadłam na naprawdę dziki pomysł.
-Chciałabym wstąpić do Twych rycerzy,Królu Oberonie-odpowiedziałam,zanim się rozmyśliłam.
Wyglądał na zdziwionego. Podobnie jak Koleżka i moja siostrzyczka.
-I chciałabym,żeby moja siostra była bezpieczna na pana terenach-dodałam.
Czemu chciałam wstąpić do rycerzy Oberona? Właściwie sama nie wiem. Myślę,że chciałam się trochę zabawić w rycerza,dopóki mi oczywiście nie przejdzie.
-Oczywiście-odpowiedział Oberon,po chwili zastanowienia-Odpocznijcie-dodał po chwili ciszy.
To był sygnał,że mamy spadać,tyle,że w zastosowaniu innych słów. Odwróciliśmy się i ruszyliśmy z powrotem. Cała nasza trójka wylądowała w "moim" pokoju. Usiadłam na jednym z czterech foteli. Meg i Koleżka zrobili to samo.
-Mogłaś go poprosić o cokolwiek,a poprosiłaś o wstąpienie do rycerzy-westchnął Puk.
Przewróciłam oczami.
-Po prostu zawsze chciałam zostać rycerzem-odparowałam.
Elf zaczął się śmiać,a my do niego dołączyłyśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz