piątek, 20 marca 2015

Rozdział 2. Bredzisz.

       Wysiadłam z samochodu Katie i ruszyłyśmy do głośnego klubu o jakiejś dziwnej nazwie. Kiedy tylko znalazłyśmy się w środku muzyka mnie na chwilę oszołomiła. Czułam dym papierosowy,alkohol i pot. Dawało to nie za piękny zapach. Klub miał dwa piętra i w obu były duże bary obsługiwane przez dziesięcioro ludzi. Pięciu na dole i pięciu na górze. Na dole był wielki parkiet do tańczenia,a na górze stoliki i loże dla pijanych i rozmawiających. Świeciły się lasery,neonowe światła i w ogóle to wszystko co utrudnia zwykłemu człowiekowi widzenie na dłuższe odległości. Grała naprawdę głośna muzyka. Przyjaciółka zaciągnęła mnie na sam środek parkietu i zaczęłyśmy tańczyć. Klub był wypchany po brzegi przez studentów i licealistów. Ja razem z Katie kończyłyśmy ostatni rok studiów. Kiedy tylko zaczęłam się ruszać poczułam czyjś wzrok na sobie. Rozejrzałam się i w którymś momencie moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem szarych oczu należących do bruneta. Miał na sobie białą koszulę,dżinsy i conversy. Wyglądał na dwadzieścia pięć lat i był cholernie przystojny. Stał przy balustradzie na drugim piętrze i patrzył na mnie z uśmiechem. Coś mnie do niego przyciągało. Wiem to głupie,bo nawet go nie znam. Też się do niego uśmiechnęłam,ale odwróciłam wzrok. Katie śmiała się cicho ze mnie.
-To jedyny chłopak,na którego widok się zarumieniłaś!-stwierdziła.
Policzki bardziej mnie zapiekły. Przeczesałam włosy palcami.
-Bredzisz-oznajmiłam jej,ale ona wcale już nie zwracała na mnie uwagi.
Patrzyła na czarnowłosego chłopaka i ruszyła w jego stronę. Katie ruszyła na łowy. Zaśmiałam się i wróciłam do tańczenia. Musiałam pozbyć się energii mniejszej niż w czasie pełni,ale większej,niż zazwyczaj. Oczywiście mogłam wdać się w bójkę,co czasami mi się zdarza.
       Zastygam w bezruchu kiedy słyszę krzyk. Był cichy,przerażony i bardzo znajomy. Odwracam się w bok,skąd dochodził krzyk Katie,ale widzę tylko ścianę. Jest na zewnątrz. Kładę uszy po sobie i zaciskam zęby. Nawet nie wiem,że warczę groźnie. Ruszam biegiem do drzwi wyjściowych,przeciskając się przez tłum tańczących ludzi. Kiedy znajduję się na zewnątrz-nastawiam uszy i biegnę w stronę skąd dochodził krzyk mojej przyjaciółki. Już z oddali widzę przyciśniętą do ściany budynku jasnowłosą dziewczynę,w której od razu rozpoznaję moją przyjaciółkę. Mężczyzna,który ją trzyma ma czarne włosy i zielone oczy. Jest wysoki i silny. Uchylam się przed gałęzią i zatrzymuję w mroku z położonymi po sobie uszami. Przez chwilę obserwuję oboje,żeby się upewnić. Facet się do niej dobiera,a ona błaga,żeby przestał.
-Powiedziała "Nie",czego nie rozumiesz?-pytam niskim głosem,w którym można usłyszeć groźbę i ostrzeżenie.
Zaskoczony nieruchomieje i patrzy się w ciemność w której stoję,ale mnie nie widzi. Za to ja widzę doskonale,w słabym świetle latarni. Wychodzę z cienia,patrząc mu w oczy i opuszczając magię ochronną.
Tylko na chwilę. Cofa się przerażony,a ja podchodzę do Katie,która pochlipuje i zasłaniam ją własnym ciałem. Każdy mięsień na ciele mam naprężony,gotowy do ataku.
-Masz trzydzieści sekund na zabranie stąd swojego obrzydliwego tyłka-warczę na niego.
Napina mięśnie,ale odchodzi pośpiesznie,zbyt przerażony tym co mu pokazałam. Prawda jest taka,że jestem przerażająca kiedy bardzo się wścieknę,a teraz jestem cholernie wściekła. Przez to wściekłość nie panuję nad swoim ciałem i mój ogon jest widoczny. Czarny i długi,poruszający się teraz na boki bardzo szybko. Odwracam się na pięcie i podchodzę do skulonej przyjaciółki z troską. Przytula się do mnie płacząc jeszcze bardziej. Cała się trzęsie. Otaczam ją ciepłymi ramionami i lekko nas kołyszę na boki. Nic nie mówię,bo to jest zbędne i nic nie pomoże. Po prostu cierpliwie czekam,aż się uspokoi.
          Po kilku minutach przestaje płakać,z braku łez i już się nie trzęsie. Odsuwa się ode mnie.
-Chodź,wracamy do domu-mówię cicho,uspokajająco.
Kierujemy się na przody klubu,a kiedy stajemy przed autem,Katie oddaje mi kluczyki. Znamy się bardzo dobrze i cisza nie jest krępująca. Wsiadamy do zielonego samochodu,wkładam kluczyki do stacyjki i przekręcam. Silnik warczy,budząc się do życia. Włączam muzykę z radia i jedziemy. Nie przekraczam swojej prędkości,czyli stu piędździesięciu na godzinę. Widzę wszystko wyraźnie,mimo prędkości. Kotołaki już tak mają. Do domu dojeżdżamy po czwartej nad ranem. Katherina wysiada i idzie do domu,a ja wjeżdżam do garażu,gaszę auto i zamykam garaż. Wchodzę do domu i gaszę zapalone przez przyjaciółkę światła. W ciemności idę do swojego pokoju i sprawdzam na komórce zabezpieczenia na całym terenie. Wszystko jest w porządku,więc się kładę w ubraniach i zasypiam,śniąc o szarych oczach.
      Budzę się w samo południe,wyspana i wypoczęta. Biorę prysznic,ubieram dresy i jakąś czarną,za dużą bluzkę oraz buty do biegania. Zabieram telefon i schodzę na dół. Katie nie ma jeszcze na dole,więc zostawiam karteczkę,że wyszłam pobiegać i jakby co,ma dzwonić. Wychodzę z domu i zamykam drzwi na klucz. Robię wysokiego kucyka na czubku głowy i ruszam. Skupiam się na biegnięciu,to pochłania mnie bez reszty. Potrafię przebiec osiem kilometrów bez przystanków. Z tego zamyślenia wyrywa mnie zegarek mierzący kilometry. Zatrzymuję się i podglądam na niego. Z tego wszystkiego zrobiłam osiem kilometrów. Odwracam się i biegnę z powrotem. Do domu biegnę szybciej,przez co się bardziej męczę. Nie przeszkadza mi to.
       Po godzinie jestem w domu,który jest pusty. Wchodzę do kuchni i widzę karteczkę od Katie. Ma specificzne pismo. Lekko pochyłe,wydłużone litery. Uśmiecham się lekko. Wyszła na miasto po zakupy. Powinna zaraz wrócić Biorę ciepły prysznic,ubieram pierwsze lepsze ciuchy i w spartetko-papciach wychodzę z pokoju. W rękach niosąc laptop. Wchodzę na swoje konto i sprawdzam mejle. Trzy od May,mojej zwykłej siostry,pięć od mamy i jeden od Mell,koleżanki z pracy. Odpisuję na wszystkie. Kiedy kończę,sprawdzam co tam w świecie. Karie zatrzymuje się na podjeździe,więc wychodzę jej na spotkanie. Jest spokojna i uśmiechnięta,a to znaczy,że wydarzenia z nocy poszły w niepamięć. Cieszy mnie to,że się tym nie przejęła. Wnosimy zakupy i rozpakowujemy je w kuchni.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz