sobota, 21 marca 2015

Rozdział 7. Słuch i węch.

    Odzyskałam przytomność z ogromnym bólem głowy i całego ciała. Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy. Byłam w jasnym,zielonym pokoju,bardzo dużym. Jedna ściana była zgominowana przez półki z książkami,druga wielkim oknem,z widokiem na las,a trzecia wielką szafą i drzwiami do łazienki. Nie miałam na sobie moich ciuchów,tylko koszulę nocną. Leżałam na łóżku,obok wielkiego okna. Udało mi się usiąść i położyłam sobie palec na skroni. Kocham moje zdolności uzdrawiające. Już po minucie ból ustąpił,a ja mogłam funkcjonować normalnie. Wstałam z łóżka,podeszłam do szafy i aż się wzdrygnęłam. Matko kochana! Tylu sukni w jednym miejscu jeszcze nie widziałam! A nie...widziałam w szafie Katie. Katie! Skupiłam się na ratowaniu swojego tyłka,że zapomniałam o niej. Wzięłam ciepły prysznic. Na szczęście w szafie było kilka spodni,butów do kolan,koszul i tunik. Ubrałam jasno brązowe spodnie,zielone buty do kolan o miękkiej podeszwie i zieloną tunikę. Rozczesałam włosy i zostawiłam je rozpuszczone. Otworzyłam białe drzwi i wyszłam na jasnożółty korytarz. Byłam na jasnym dworze,który wyglądał jak zamek. Z nikąd pojawił się Puk i Meghan. Moja siostrzyczka rzuciła mi się na szyję,kiedy tylko mnie zobaczyła.
-To było bardzo niebezpieczne dla ciebie-oznajmiła mi cicho.
-To co zrobiłaś przed dworem było niezwykłe-powiedział Puk-Chodź. Król i Królowa Cię oczekują-dodał po chwili.
-Prowadź-odpowiedziałam.
-Jak to zrobiłaś? Ten wiatr?-zapytała ledwie słyszalnie moja siostrzyczka,którą nadal miałam na rękach.
-Sądzę,że obudziłam cząstkę swojej Mocy-odpowiedziałam równie cicho.
Skinęła głową uśmiechnięta. Postawiłam ją na jasnej podłodze i złapałam za rękę. I tak szłyśmy korytarzem za elfem,aż nie doszliśmy do wielkich drzwi. Dwaj elfi rycerze w jasnych zbrojach,stali obok drzwi. Kiedy weszliśmy do sali tronowej z dwoma tronami. Na jednym siedziała piękna kobieta o złotych włosach i szarych oczach,a na drugim przystojny mężczyzna o zielonych oczach i białych włosach. Oberon i Tytania byli przesiąknięci mocą. Sala tronowa wyglądała jak las,wszędzie rosły drzewa,podłoga była zrobiona z mchu i było tu tyle pięknych kwiatów! Ich trony były zrobione z żywych,brzozowych drzew i kwiatów. Podeszłam z młodszą siostrą i Pukiem do nich i nisko dygnęłam.
-Anastasio Rain,Meghan Rain-skinął nam głową Oberon,więc wyprostowałyśmy się.
-Królu Oberonie,Królowo Tytanio-odpowiedziałam z szacunkiem.
-Puk złożył nam szczegółowy raport z Waszej podróży tutaj-oznajmił Oberon,a ja wiedziałam do czego zmierza,ale mu nie przerywałam-Szczegółowo opisał Twoją magię,Anastasio,ale mimo wszystko nie wyczuwam Twojej magii. Możesz nam to wyjaśnić?-zapytał chłodno.
Profesjonalny,ale z dystansem i chłodem.
-Nasza magia,magia Kotołaków jest bardzo złożona i nawet ja nie wiem dokładnie co ją wywołuje. Najwidoczniej moja magia jest ukryta gdzieś w głębi mnie,jeszcze śpi. Nie wiem jak zrobiłam to co zrobiłam przed Jasnym Dworem-powiedziałam spokojnie.
-Co chcesz przez to powiedzieć?-zapytała Tytania,mierząc mnie zimnym wzrokiem.
Przeczesałam ręką włosy.
-Nasza magia jest dla Was wszystkich niewykrywalna. Nie możecie jej wyczuć ani nic takiego. Szczególnie jeśli nie zna się swoich wszystkich zdolności-odpowiedziałam na jej pytanie.
Poczułam jak mała delikatnie szturcha mnie w nogę,więc popatrzyłam na nią pytająco. Wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła je ustami. Od razu zrozumiałam. Ktoś nieproszony był w sali i nas podsłuchiwał. Napięłam wszystkie mięśnie i zaczęłam węszyć. Czułam zapach lodu i potu. Połączenie było dziwne i nie umiem tego wytłumaczyć. Usłyszałam jak ktoś wciąga gwałtownie powietrze, przyśpiesza mu serce,ale się nie ruszał.
-Ktoś tu jest. Ktoś,kogo nie powinno tu być-oznajmiłam,węsząc i nasłuchując.
Oberon nawet się nie ruszył,a Tytania z oburzeniem prychnęła. Mam postronną uwagę. Mogę skupić się na wielu rzeczach jednocześnie jak każdy Kotołak. Intruz był niewidzialny,ale to nie znaczy,że go nie słyszałam i nie czułam.
-Daj mi sztylet z Twojego buta-poprosiłam Puka,który się nawet nie zawahał.
Podałam rękojeścią do przodu swojej małej siostrzyczce.
-Pierwsza lekcja,mała. Nie ruszaj się stąd i jeśli ktoś się tu zbliży,atakuj. Kieruj się instynktem-zamruczałam do małej.
Wzięła ode mnie sztylet.
-Słuch i węch-szepnęłam,tak cicho żeby tylko ona usłyszała-Rań głęboko i unieruchamiaj,ale nie zabijaj-dodałam już dużo głośniej.
Nie zmieniłam się w swoją kocią postać,intruz miał dużą przewagę nawet bez tego. Puk miał dwa sztylety w obu rękach.
-Jest niewidzialny-oznajmiłam mu-Nie masz dobrego nosa ani słuchu,więc zdaj się na instynkt-dodałam.
Nie starałam się być cicho. Skupiłam się na słuchu i węchu. Puk szedł obok mnie,ale nie długo.
-Z lewej-mruknęłam do niego-Ma miecz-dodałam.
Uwielbiam zabawy w chowanego,tyle że bez broni i magii. Zastrzygłam uszami i uchyliłam się przed ciosem z ramie,kopiąc jednocześnie niewidzialnego wroga w krocze. Jęknął głośno i jego niewidzialność się ulotniła. Złapałam go za nadgarstek ze sztyletem i wykorzystując jego zamach,
wbiłam mu go w brzuch. Od razu stracił przytomność z bólu. Wpadłam do lasu po mojej prawej. Ktoś tu był,ale był cholernie cicho. Serce mu nie biło szybko,więc go nie słyszałam. Wstrzymał oddech kiedy weszłam go lasu. Stał w bezruchu,więc go cholera jasna nie mogłam namierzyć. Zapach go zdradził,ale nie dałam po sobie poznać,że mniej więcej wiedziałam gdzie był. Stał gdzieś przede mną, dokładnie na mojej ścieżce. Nie mogłam polegać na swoim wzroku i to mi uzmysłowiło jak bardzo na tym jednym zmyśle polegałam. Zmarszczyłam brwi sfrustrowana,ale szłam dalej. Za kilka sekund na niego wpadnę,a nie wiedziałam jaką ma broń i jakim jest stworzeniem. Ogr zmiażdży mnie swoją maczugą,mały skrzat może rozszarpać mi gardło... Przestałam się tym przejmować. Zginę to zginę,ale dopiero jak znajdę Katie,nie wcześniej. Weszłam w pole rażenia niewidzialnego intruza. Nawet nie drgnął,obserwując mnie. Zapewne był wyższy i uzbrojony,ale co mi tam. Kiedyś trzeba zaryzykować. Czemu nie teraz? Kopnęłam go w piszczel,a wtedy popełnił ten błąd,że wziął gwałtowny oddech. Był wyższy. Kopnęłam go najmocniej jak potrafiłam w żebra. Usłyszałam nieprzyjemne i suche trzaskanie kości. Zarefondowałam mu jak nic tydzień leżenia w łóżku,jeśli nie więcej. Zapewne zrobił co każdy na jego miejscu by zrobił jakby miał połamane żebra. Objął ramionami brzuch i jęknął. Kopnęłam go bezlitośnie w zgięcie kolana i upadł,a potem dla pewności zarefundowałam stratę przytomności.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz