sobota, 21 marca 2015

Rozdział 11. Zdołałam je odzyskać po ciosie olbrzyma

       Dotarliśmy na miejsce. Przed nami ciągnie się pasmo ostrych,skalistych gór. Za nami jest gęsty las. Wyciągam dwa pistolety z kabur na udach i rozglądam się dookoła. To moja kara. Mam zabić młodego olbrzyma,który zabija wszystko co się rusza na swoim terytorium. Ubrana jestem w swój bojowy strój Kotołaków. Jestem uzbrojona po zęby,podobnie jak Will i-nie wiem co sobie Oberon myślał-Katie. Will jest ubrany w zieloną tunikę,brązowe spodnie i czarne buty do kolan. Katie ubrała
niebieską tunikę,czarne spodnie i brązowe buty. Moje czarne ubranie,a właściwie zielone,zlewało się z tłem lasu. Konie zostawiliśmy jakieś cztery czy pięć kilometrów stąd. Nagle ziemią zaczęło leciutko trząść i ze skał wynurzył się mały olbrzym. Był wysokości drzewa. Skórę miał szarą,włosy na głowie sterczały w każdą stronę,jak czerwone igły. Miał jedno oko,dokładnie pośrodku czoła,wielki nochal i ostre,małe zęby. Skoro on był młody,to nie chciałam stawać do walki ze starym olbrzymem. Kiedy go tylko zobaczyłam,zaczęłam strzelać do niego. Magazynki błyskawicznie się skończyły,a jego klatka piersiowa i nogi wyglądały tak jakby wpadł w krzaki jeżyn i się po kuł. Rozchyliłam usta z niedowierzania i oburzenia. Ma cholernie grubą skórę. Na dodatek wkurzyłam go tym strzelaniem,Will swoimi strzałami też. Zamachnął się na mnie,bo byłam najbliżej,ale zdążyłam odskoczyć. Wylądowałam w trawie,która sięgała do kolan. Nie wiem czemu uczepił się tylko mnie olbrzym,ale tym razem rzucił wielkim kamieniem. Rzuciłam się w prawo,robiąc ślizg na klatkę piersiową. Kamień wylądował dwa metry ode mnie. Błyskawicznie wstałam i z gracją wskoczyłam na szaro-biały kamień.
-Nie trafiłeś,ofermo!!!-krzyknęłam do niego.
Nie wiem czemu to zrobiłam,ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Zeskoczyłam z kamienia,kilka sekund przed tym jak wielka ręka olbrzyma wylądowała na kamieniu,zgniatając go na miazgę. Dopiero kiedy obserwowałam z satysfakcją jak olbrzym jęczy cicho,dotarło do mnie,że to nie ja mam władzę nad swoim ciałem. Mogłam obserwować wszystko swoimi oczami,odczuwać swoje emocje i słyszeć swoimi uszami,ale nie mogłam kontrolować ciała. Ktoś opanował moje ciało,ta myśl była przerażająca. Stawiałam opór jak tylko mogłam,ale cierpiało na tym moje ciało,bo ten kto przejął moje ciało,skupiał się na mnie i na moim oporze,tak,że ciało było powolniejsze. Odłamki kamieni jakie ciskał we mnie olbrzym raniły moje ciało. Ja i intruz odczuwaliśmy ból,ale byliśmy zajęci o sprawowanie kontroli nad moim ciałem. Nawet nie zauważyłam,że się zatrzymałam. Byłam naprawdę
wkurzona. Tylko naprawdę potężny czarownik mógł się przedrzeć przez moje zabezpieczenia,tak to nazwijmy. To coś gorszego od opętania. Wtedy człowiek nie ma żadnej świadomości tego co robi jego ciało,jest zablokowany. Jego duch zatrzymuje się w czasie nawet nie wiedząc,że został opętany. Ja miałam pełną świadomość. Czułam wszystko. Po prostu nie mogłam nic robić,oprócz walczenia o kontrolę. Na szczęście jestem Kotołaczką,a nie zwykłym człowiekiem,bo zginęłabym od ciosu jaki zadał mi młody olbrzym, Właściwie to tylko walnął swoją ręką o moje ciało,przez co przeleciałam kilka metrów i przywitałam się-jak dla mnie za mocno-z sosną. Zatrzęsła się lekko jak się spotkaliśmy. Wszystkie żebra stwierdziły,że chcą mi przypomnieć o swojej obecności i się połamały. Rozłożyłam się na trawie u stup sosny,w trawie. No,teraz to mnie już poważnie wkurzył intruz. Przecież przed dwa dni będę leżeć w łóżku! Ledwie mogłam oddychać,o wstaniu już nie wspominając. W momencie kiedy witałam się z drzewem,intruz stracił kontrole nad moim ciałem i wygrałam naszą walkę. Poczułam się znów normalnie,ale tylko przez dwie sekundy. Później dopadł mnie ogromny ból,spowodowany złamaniem żeber. Na szczęście jakoś poważnie się nie strzaskały,więc moja moc automatycznie zaczęła uzdrawianie. Czułam jednocześnie ból i przyjemne łaskotanie,co było dziwną mieszanką. Uradowałam się tym,że mogę uzdrawiać własne kości. Kiedy się łamią,nie muszę ich nastawiać,same to robią,co jest chyba boleśniejsze od normalnego nastawiania kości. Jęczałam i przeklinałam na przemian,unieruchomiona na jakiś czas. Katie wrzeszczała coś cicho,tak dla mnie to było cicho. Kiedy się uzdrawiam albo kogoś,tworzy się we przy mnie coś podobnego do kokonu,wszystko słyszę i czuję,ale nie bezpośrednio. Coś jakby słuchanie muzyki pod wodą. Otumanienie osłabiło nieco odczuwalny ból. Słyszałam cichutkie kroki,które się do mnie zbliżały,a po kilku sekundach zobaczyłam nachylającą się nade mną Katie. Była zszokowana,przerażona i zmartwiona. Troszkę się rozmazywała na brzegach.
-Ana?! Słyszysz mnie?!-zapewne krzyczała,ale dla mnie to brzmiało jak mówienie.
-Mam. Złamane. Żebra. Nie. Dotykaj-szepczę ledwie słyszalnie,robiąc przerwy by złapać bolący oddech.
-Matko!-jest totalnie zdziwiona i patrzy na mnie z troską.
Wie,że jakoś dam sobie radę,ale będzie bolało i zabierało mi energię.
-Pomóż. Willowi. Ale. Zachowaj. Bezpieczną. Odległość-nakazuję jej z wielkim trudem.
Kiwa głową i wyciąga dwa pistolety z moich butów,po czym znika poza zasięg mojego wzroku. Słyszę jak strzela,chodź dźwięki są przytłumione.
     Mijają godziny,stulecia i wieki,zanim jestem w stanie wstać i walczyć. Nadal się leczę,ale jestem w stanie się ruszać,chodź nie tak jak przed walką. Młody olbrzym jest zajęty Willem i nie zwraca na mnie największej uwagi. Nie jestem w stanie stać,więc idę na czworakach do skało o strych czubkach. Powoli wchodzę na pierwszą skałę,potem na drugą i tak dalej,aż jestem wyżej niż młody olbrzym. Dokładnie nad nim się znajduję. Katie widząc mnie,nie strzela wysoko,tylko nisko,w nogi. Will mnie nie widzi,zajęty unikaniem jego wielkich łap. Powili wstaję,podtrzymując się skał. Przez kilka sekund wszystko się przekrzywia i rozmazuje,ale wraca mi ostrość widzenia. Już po chwili mogłam się przemieszczać na czworakach. Jeśli bym się teraz zmieniła groziłoby mi nigdy nie wrócenie do ludzkiej postaci albo żebra roztrzaskałyby się na miazgę. Podeszłam do ostrych skał i zaczęłam się po nich wspinać. Starałam się uważać na żebra,które w dalszym ciągu się leczyły,ale pierwsza faza była już za mną. Teraz kości się zrastają. Zatrzymałam się dopiero,gdy byłam wyżej od młodego olbrzyma. Z trudem wstałam,świat znowu się rozmazał,więc zamrugałam powiekami i wzięłam kilka uspokajających oddechów. Wszystko wróciło do normy,więc wyciągnęłam mój miecz. Należał wcześniej do mojego dziadka,więc był zrobiony dla mężczyzny. Dobrze wyważony,ze srebra. Miał złote wzorki na ostrzu i klindze. Był dłuższy niż kobiece miecze,półtorej ręki mierzył. Claymore,tak nazywały się te miecze,obusieczne i przetną wszystko. Idealnie pasował do mojej ręki i wcale nie był strasznie ciężki. Chwyciłam go oburącz i z rozpędu zeskoczyłam. Skoczyłam na młodego olbrzyma, wydając bojowy syk. Miecz wbił się w czaszkę olbrzyma jak w masło,a ja spadałam w dół z coraz większą prędkością,tnąc go na pół. Mimo,że wylądowałam miękko na trawie, poczułam ból. Złamane żebra się jeszcze nie zagoiły. Skrzywiłam się lekko i wstałam z kucek. Wytarłam ostrze miecza i schowałam go do pochwy z prawej strony. Zadanie wykonane. Mimo tego,że wygraliśmy walkę z młodym olbrzymem,byłam w ponurym nastroju. Ktoś zdołał opanować moje ciało. Ale kto? Zrobi to jeszcze raz? To przez niego miałam połamane wszystkie żebra. Dlaczego to moje ciało opanował? Tyle pytań bez odpowiedzi. Ciało olbrzyma zmieniło się w pył z cichym pyknięciem. Katie podbiegła do mnie,ale zatrzymała się trzy kroki przede mną. Zmieniła się. Miała szpiczaste uszy,lśniące oczy i nabrała kolorów. Wydawała się wyciosana z marmuru,chłodna i piękna. Kusząca tajemnica. Biło z niej zatroskanie. Will stanął obok Katie z lekkim uśmiechem. Przez chwilę się wahałam. Powiedzieć im czy nie?
-Ktoś opanował moje ciało,kiedy walczyłam z olbrzymem-oznajmiłam cicho,patrząc ponad ich ramionami,na las.
Nie musiałam na nich patrzeć,by wiedzieć,że są zszokowani i przerażeni.
-Zdołałam je odzyskać po ciosie olbrzyma-dodałam,patrząc na nich-Nie wiem kto to zrobił.
-Można opętywać Wasze ciała?-zapytała zdziwiona Katie.
-Nie,nie można nas opętywać. Można opanować nasze ciała,ale my nadal w nich jesteśmy. Czujemy i widzimy wszystko,ale nie mamy kontroli nad ciałami. To gorsze od opętania i znacznie wyrachowane, ponieważ wszystko pamiętamy-wytłumaczyłam.
-Kto to mógł zrobić?-myślał głośno Will.
-Ktoś kto jest potężnym czarodziejem,bardzo potężnym-stwierdziłam. 
-Nie ma tu czarodziei-oznajmił ponuro.
Uśmiechnęłam się smutno. Widocznie Kraina się powiększa,dodaje nowych wrogów. A to wszystko przez ludzi,przez ich wyobraźnie.
-Nie byłabym taka pewna-odpowiedziałam smutno.
-Musimy powiedzieć o tym mojemu ojcu-mruknęła Katie.
-Nie mamy dowodów-stwierdziliśmy w tym samym czasie,Ja i Will.
-Musicie przyciąc,że nie powiecie o opanowaniu nikomu,nawet Królowi-dodałam.
-Przysięgam-powiedziała Katie,a Will powtórzył po niej.
-Sama to jakoś rozwiąże-mruknęłam.
-Możesz pomarzyć-oznajmił Will-Pomogę Ci-dodał.
-Ja również-powiedziała z determinacją Katie.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz