Po czym odwracam się i ruszam biegiem za zapachem Meg i Puka. Po kilku minutach ich doganiam i razem biegniemy przez ciemny las.
-Nie będzie nas tropił,jeśli ma rozum-stwierdzam-Kiedy go znokautowałam,usłyszałam tendent kopyt. Inni albo jadą na odsiecz temu kretynowi,albo ruszają na polowanie. Na nas-dodaję.
-Jesteście jedyne w swoim rodzaju tutaj. Nikt nie widział nigdy Kotołaków-zaczął Pul,ale mu przerwałam.
-Do czego zmierzasz?-pytam go.
-Zraniłaś ego Asha. W dodatku jesteście wyjątkowe-mówi dalej,ignorując moje pytanie.
-Chcesz powiedzieć,że nie odpuści póki nie będzie nas miał w swojej kolekcji-stwierdzam.
Elf przytakuje,kiwając głową.
-Dostał ostrzeżenie-oznajmiam.
-I co z tego?-zapytał Puk,nie rozumiejąc.
-Mogę go zabić bez najmniejszych kłopotów-odpowiedziałam-Wasza magia nie działa na nas, Kotołaków,ale nasza na Was działa-dodałam z lekkim uśmiechem.
-A jakbyś go nie ostrzegła,nie mogłabyś go zabić?-pyta z uśmieszkiem.
-Jaki on nierozumny-westchnęła Meg,biegnąc kilka centymetrów obok moich nóg,po mojej prawej stronie.
-Chodzi o to,że ja go ostrzegłam,że jeśli za nami podąży to go zabiję-zerknęłam na Meg-Jeśli ktoś zalazł nam podobnym za skórę to nie wychodzi z tego żywy. On ma równy stopień co my,Kotołaki,
więc musiałam go ostrzec,żeby wiedział na co się porywa,jak ruszy za nami. Ogólnie nie musimy nikogo uprzedzać,że jeśli nas zaatakują to zginą,ale tylko ogólnie. Wyjątki stanowią Królowie i Królowe
oraz ich dzieci-cierpliwie mu wytłumaczyłam.
-Rozumiem-mruknął i nie odzywaliśmy się do siebie.
Moje spodnie,bluzka i bluza były brudne i potargane. Pasowałoby skoczyć do domu albo do jednej z moich skrytek,żeby zmienić ubranie na dużo lepsze i grubsze. Zrobiliśmy postój,by zjeść coś. Elf miał tylko jakieś jagody. Kotołaki nie przepadają za owocami. Westchnęłam i podeszłam do małej rzeczki,w której były ryby. Duże łososie.
-To normalne zwierzęta,w sensie,że nie gadają i tego typu rzeczy?-zapytałam go.
Popatrzył na mnie dziwnie.
-Zwykłe ryby-potwierdził.
Zmusiłam się do wejścia,do przejrzystej wody po kostki. Dalej się nie odważyłam.
-Mam nadzieję,że nie ma tu żadnych potworów-wymamrotałam i wyciągnęłam z tylnej kieszeni mały,srebrny flet.
Zatkałam wszystkie dziurki,nabrałam powietrza i zaczęłam grać cichą,powolną muzykę. Jakaś ciekawska ryba podpłynęła do moich stóp,przyciągnięta muzyką. Meg obserwowała mnie z ciekawością. Nadal grałam cicho,teraz jedną ręką. Drugą powoli,nie śpiesząc się,przybliżałam do ryby,która pływała wokół mojej stopy. Błyskawicznie ją złapałam i wyciągnęłam z wody. Tak się szarpała,że musiałam schować srebrny flet do kieszeni i przytrzymywać obiema rękami. Odwróciłam się,trzymając śliską rybę obiema rękami. Meg,widząc jak zmagam się z bezbronną rybą,zaczęła się śmiać. Miała piękny,czysty i perlisty śmiech. Była rozbawiona i wesoła,a jej śmiech był zaraźliwy,więc po chwili śmialiśmy się we trójkę. Wyskoczyłam z wody,trzymając już martwą rybę. Podałam ją małej,a ona od razu zaczęła ją jeść. Upolowałam sobie dwie ryby,a kiedy trochę odpoczęliśmy i nastał świt,ruszyliśmy dalej. Nikt nas nie gonił,więc szliśmy. Właśnie rozmawiałam o naszym dziedzictwie z Meg,kiedy usłyszałam groźne kwiczenie. Odwróciłam się błyskawicznie i zobaczyłam dzika. Nie byle jakiego. Ciemno niebieski dzik z dużymi kłami patrzył na nas jak na żarcie i ruszył w naszą stronę. Meg pisnęła i dała nogę w las,ja za nią,a Puk prowadził. Dzika świnia nie chciała odpuścić,więc musieliśmy się przedostać przez krzaki malin,większych ode mnie. Dzik jakoś nie miał ochoty włazić za nami. Cały czas obserwowałam niebieskiego potwora,więc nie za bardzo zwracałam sobie uwagi co mam pod nogami. Potknęłam się o korzeń,ale złapałam równowagę. Przedarliśmy się przez krzaki malin na wielką polankę. Mieliśmy tego pecha,że to była polana satyrów. Od pasa w dół mieli nogi kozy górskiej,a od pasa w górę byli ludźmi. Założę się,że mieli też różki. Weszliśmy na terytorium młodych satyrów. Pewnie dlatego niebieski dzik nie polazł za nami. Dwadzieścia pięć par oczu gapiło się na mnie. Meg zmieniła się w małego kotka z czerwonymi oczami i skryła za moimi nogami.
-Czemu się na mnie gapią?-zapytałam elfa.
-Jesteś dziewczyną-odpowiedział-Najprawdopodobniej Cię przelecą-dodał,widząc moją minę.
-Pierwszy raz zaczynam żałować,że nie urodziłam się jako chłopak-mruknęłam.
-Mam plan jak uciec,ale trzeba odwrócić ich uwagę-oznajmił Puk-Zmienię się w konia i wsiądziecie mi na grzbiet. Może jakoś uda mi się nas stąd wydostać-dodał.
-Do dzieła-mruknęłam.
Puk zaczął się zmieniać w konia,a ja próbowałam wymyślić coś co może odwrócić uwagę satyrów.
-Meg,zmień się i wsiadaj na jego grzbiet-nakazałam małej.
Wykonała moje polecenie bez żadnych protestów,a satyrowie nie zwracali na nich uwagi,tylko gapili się na mnie wygłodniałym i pełnym żądzy spojrzeniem. Przez to nie czułam się komfortowo i swojo. Ze stada wystąpił wyższy od reszty satyr i obstawiam,że jest ich wodzem albo czymś takim. Uśmiechnął się wesoło i seksownie. Zapewne używał jakiegoś uroku czy czegoś takiego na mnie,ale jego magia na mnie nie działała. Po prostu urok się ode mnie odbijał,spływając jak deszcz.
-Nie musisz się bać-odezwał się-Nie zrobimy Ci krzywdy-dodał.
Wtedy usłyszałam tętent kopyt gdzieś z oddali. Oj! mamy mało czasu. Stałam pomiędzy jednym niebezpieczeństwem,a drugim. Oba były groźne i oba chciały mi coś zrobić. Miałam już tego serdecznie dość. Przez moją pięciosekundową nieuwagę,satyr był trochę bliżej mnie. Pomyślałam o żenującej sytuacji,a na moich policzkach pojawiły się szkarłatne rumieńce.
-Nie zrobicie mi krzywdy?-zapytałam nieśmiało.
Boże! moje nędzne aktorskie talenty zadziałały na satyrze!
-Sprawimy,że będziesz szczęśliwa-zapewnił mnie.
Konie były na tyle blisko,by usłyszał je Puk. Rzucił mi przerażone spojrzenie,ale dyskretnie pokazałam mu palec wskazujący i środkowy. Jeszcze dwie minuty.
-Szczęśliwa?-rzuciłam z rozmarzeniem.
-Oczywiście! Poczujesz się spełniona i szczęśliwa z nami!-widać,że złapał haczyk tak samo jak inni satyrowie na polanie.
-Jesteś pewny?-zapytałam,wahając się.
Została minuta,a konie były dwadzieścia pięć kilometrów za nami. Jasna cholera!
-Nie wierzysz mi?-zapytał z lekkim oburzeniem w głosie satyr.
Zdenerwowałam go,pytając,ale kiedy zobaczył przerażenie na mojej twarzy,od razu złagodniał i zmienił taktykę.
-Och,kwiatuszku! Będziesz najszczęśliwsza na całym świecie jeśli z nami zatańczysz! Jesteś taka piękna,że smutek i inne złe emocje,ranią moje serce,kiedy je czujesz-mówił cały czas się do mnie zbliżając.
Znowu udałam rozmarzenie,więc pokonał dzielącą nas odległość. Tylko na to czekałam.
-Nie jestem kwiatuszkiem. Nie lubię romantyków. Nie lubię,jak ktoś na mnie naciska z wyborem. Nienawidzę,kiedy ktoś próbuje mnie zaciągnąć do łóżka. I w życiu tu nie zostanę!-warczałam w tym samym czasie jak nokautowałam satyra. Wywinął pięknego kozła do tyłu,spadając na swoich poddanych,nieprzytomny i zwalając ich z nóg.
-Wiejemy-rzuciłam do Puka i nie czekając na niego,zmieniłam się w swoją kocią postać i wzięłam nogi za pas.
Przebiegłam przez łąkę i dałam nura w las. Satyrowie ostrząsneli się z szoku,wódz zdążył się ocknąć i rzucili się za nami w pogoń. Szybcy byli,ale byliśmy dalej i troszkę im to zajęło,żeby nas namierzyć. Uśmiechałam się szeroko w kocim uśmiechu,rozbawiona i dumna ze swojego aktorskiego talentu. Bez problemu nadążałam za Pukiem w swojej kociej postaci,więc się przemieniłam w ludzką postać.
-To było niezłe przedstawienie-pochwaliła mnie Meg z uśmiechem.
-Jak nie wyjdzie mi w uzdrawianiu i tym podobnym to mogę zacząć jako aktorka-stwierdziłam,biegnąc obok Puka w końskiej postaci.
-Jestem pewna,że w tej roli pójdzie Ci świetnie-odpowiedziała moja siostrzyczka.
Wściekli satyrowie nadal nas gonili,ale nie to zaniepokoiło mnie najbardziej. Mroczny "Książę" Kretyn był coraz bliżej ze swoją świtą,a my nie mieliśmy gdzie się ukryć. Drzewa rosły bardzo rzadko, zwierząt nie było,ale za to zbliżaliśmy się do Jasnego Dworu,króla Oberona i królowej Tytanii. To było gdzieś przed nami. Dzieliło nas od dworu jakieś pięć kilometrów albo więcej.
-I tak po prostu władujemy się na teren króla Oberona? Wpieprzymy się w biegu do pałacu,ścigani przez jakiegoś mrocznego Pikassa i jego świtę oraz stado satyrów?-zapytałam Puka.
-Musimy ich jakoś spowolnić,bo za kilka sekund znajdziemy się w zasięgu strzał-stwierdziła z niepokojem Meg.
-Co powiesz na mały wyścig,koniku?-rzuciłam do Puka.
Zarżał z rozbawieniem,jakby mówił "I tak mnie nie pokonasz!" po czym wystrzelił do przodu.
-To nie było uczciwe!-warknęłam za nim i skoczyłam w powietrze.
Zmieniłam się w czarnego kota,wylądowałam i ruszyłam za koniem,machając ogonem w rozbawieniu. Jestem od niego szybsza. Nie chciało mi się biec za nim bezszelestnie,więc nawet się nie starałam. Miał przewagę,bo wyforsował się do przodu. Położyłam po sobie uszy i bez trudu go wyprzedziłam bez trudu. Jeśli zginiemy,to przy najmniej będziemy zajęci rywalizacją. Kilka metrów przed otwartą braną do Jasnego Dworu,usłyszałam przerażony krzyk Meg. Puk biegł metr za mną i został trafiony przez Mrocznego Picassa. Runął na ziemię z hukiem,a za nim leżała Meg. Puk miał strzałę w stopie,a kiedy tylko upadł na ziemię i przejechał po niej trochę,zmienił się w swoją postać. Wbijając ostre pazury w trawę i orając ją,zatrzymałam się. Odwróciłam się,przeskoczyłam nad zwijającym się z bólu elfie i rzuciłam Meg spojrzenie mówiące: Pomóż mu. Zmieniłam się w ludzką postać i zrobiłam kilka kroków w stronę zdumionej pogoni. Odsłoniłam zęby,posłałam Mrocznemu Picassowi zabójcze spojrzenie i poczułam przyjemne kłucie w całym ciele. Palce mi się rozjaśniły na srebrno,a ja poczułam moc. Nie byle jaką. Obudziłam swoją uśpioną moc,wściekłością. Rozchyliłam ręce,jakbym chciała ich wszystkich przytulić i wtedy...Buuum!!! Jak srebrne tornado,srebrny wiatr wyrzucił wrogów do tyłu kilka kilometrów. Nie wiedziałam jak ja to zrobiłam. Zresztą ostrość widzenia mi się zamazała,a ja poczułam ogromne zmęczenie. Kolana się pode mną ugięły,a ja straciłam przytomność,zanim zderzyłam się z ziemią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz