piątek, 27 marca 2015

Rozdział 13. Nie ma wersji mniej demonicznej?

Leżałam na podłodze totalnie wypompowana z sił,z dławiącym zapachem lilii wodnych w całym pokoju. Musiałam coś zrobić,żeby ten zapach nie był moim ostatnim. Moja moc sama mnie powoli zabijała,więc nie miałam zbyt dużo czasu przed utratą przytomności. A do tego już nie duży krok od śmierci. Rozejrzałam się za bronią,którą mogłabym użyć do rozwalenia okna. Najbliżej mnie był mój miecz,więc poczołgałam się do niego. Nie miałam siły krzyczeć. Nie miałam siły na nic. Złapałam mocno rękojeść miecza,lewą ręką i wstałam. Nogi trzęsły się pod moim ciężarem,a świat wokół zaczął wirować jak zwariowany. Zachwiałam się i zrobiłam krok do przodu dla zachowania równowagi. Błąd! Powinnam była się nie ruszać. Miecz wyleciał mi z ręki kiedy machnęłam ręką dla utrzymania równowagi. Słyszałam jak rozbija szybę,a ja poleciałam zaraz za nim. Szyba powinna wytrzymać mój ciężar ciała w zderzeniu z nią,ale już była rozbita,więc wypadłam za okno razem z potłuczonym szkłem. Nie leciałam zbyt długo w dół. Zaledwie po pięciu sekundach miałam randkę z ziemią,a właściwie trawą i jakimiś kwiatkami. Jęknęłam,a chwilę później nadeszła zbawienna ciemność i zabrała mnie ze sobą.
                                                                         *****
 Odpoczywałam przez całą sobotę i niedzielę. Nabrałam wystarczającej siły by chodzić. Nigdy nie byłam tak wyczerpana. Katie i Will wiedzieli co się stało,opowiedziałam im o tym. Obudziłam się po szóstej i nie mogłam zasnąć. Bez pukania do mojego pokoju wpadła Katie z czymś w rękach i z szerokim uśmiechem. To nie był zwykły uśmiech. Miała je tylko kiedy chodziłyśmy kupić sukienki i spódnice. Ten uśmiech był podobny i to mnie przeraziło.
-Dwa fakty-oznajmiła radośnie.
-Nie śpię i nie wychodzę z łóżka?-zapytałam z nadzieją w głosie.
-Ojciec zapisał całą naszą trójkę do liceum. W Rairze są specjalne mundurki!-oznajmiła z szerokim uśmiechem.
Podniosła wieszak z ubraniem. Czerwona spódniczka przed kolana w kratkę,biała koszula,czerwona kokarda ze wstążki i czarne pod kolanówki. Wydałam z siebie okrzyk przerażenia i zakopałam się w kołdrze. Nigdy,przenigdy nie miałam na sobie tych przeklętych spódnic ani sukienek. Kotołaki,w mniejszości,się ich bały. Ja była w tej mniejszości.
-Mam taką samą! Będziemy jak siostry!-pisnęła entuzjastycznie Katie.
Miałam nadzieję,że żartowała i nie będę musiała ubierać tego cholerstwa.
-Błagam,powiedz,że to kawał!-krzyknęłam z pod kołdry.
-Nie,to najszczersza prawda. Ojciec się trochę rypnął z naszym wiekiem i zapisał nas do liceum,więc mamy tam chodzić i udawać licealistki. Zawsze marzyłam o powtórzeniu liceum! Licealiści są tacy słodcy!-powiedziała.
-Nie ma wersji mniej demonicznej?-zapytałam z nadzieją.
-Są tylko dla chłopaków-odpowiedziała.
        O równej ósmej weszłam do klasy z Willem i jakąś Koreanką czy Azjatką. Swoje włosy upięła w
dwa kucyki czerwonymi gumkami. Miała rozpięte dwa guziki białej koszuli,a kokarda zwisała jej dość fajnie. Miała na mundurek ubrany czarny sweter. Też miałam rozpiętą koszulę,a kokardę byle jak narzuconą pod kołnierzyk białej koszuli. Nie czułam się wygodnie w mundurku. Na szczęście nie było do mundurku butów,więc ubrałam glany. Moje różowe włosy nie pasowały do mundurka.Wszyscy się odwrócili w naszą stronę. Ich wzrok spoczął na mnie. Wyróżniałam się z moimi włosami. Przewróciłam oczami i rozejrzałam się za wolnym miejscem. Ostatnia ławka pod oknem była wolna i tam się właśnie udałam. Will ruszył za mną i usiadł w ławce obok. Na szczęście każdy siedział sam,bo ławki były jednoosobowe. Wyciągnęłam z torby długopis i gruby zeszyt do sporządzania notatek. Przez całą lekcję starannie pisałam notatki choć one nie były mi potrzebne. Mam dobrą pamięć.
    Po szesnastej byliśmy w domu. Katie i Will się uczyli,ja nie musiałam,więc postanowiłam się pouczyć jeździć na ścigaczu. Wiem,jestem dziwna,ale nigdy nie jeździłam ścigaczem,a miałam na to ochotę właśnie dziś. Przebrałam się w czarne spodenki i szarą bluzkę. Ubrałam czarno-zielony kombinezon ochronny,który przylegał do mojego ciała jak druga skóra i glany. Wstąpiłam do salonu,gdzie zakuwali moi przyjaciele.
-Idę się pouczyć jeździć na ścigaczu,nie wiem kiedy wrócę-oznajmiłam im.
-Powodzenia-mruknęła Katie,nie odrywając wzroku od książki.
-Nawzajem-westchnęłam i wyszłam na zewnątrz.
    Wjechałam na stary tor w środku lasu. Nikt tu nie zaglądał od dawna,ale przyroda nie potrafiła zarosnąć nieżywy beton. Było cicho i jasno. Wzięłam głęboki oddech i puściłam hamulec. Czarno-zielony ścigacz wyrwał się do przodu i zgasł. Przewróciłam oczami. To potrwa dłużej niż kilka minut. Załapałam o co chodzi dopiero pół godziny później. Pędziłam ze śmiercionośną prędkością po torze. Fajne uczucie. Stwierdziłam,że mi to wystarczy i wróciłam do Ikebukuro. Właściwie to jeździłam bez celu. Odwróciłam gwałtownie głowę i lewą stronę. Zdawało mi się,że słyszałam cichy krzyk. Westchnęłam przeciągle i skręciłam w tamtą stronę. Wjechałam w ciemny zaułek. Dzięki moim wyostrzonym zmysłom widziałam,słyszałam i wyczuwałam równie dobrze jak kot,w którego mogłam się zmieniać. Już z daleka widziałam czwórkę ludzi. Trójka stała,a jeden leżał zwinięty w kulkę na ziemi. To nie wyglądało jak pomoc. Jeden z nich miał na sobie żółtą bluzie,drugi miał żółte buty,a trzeci żółtą czapkę. Musieli należeć do gangu. Z pewnością należeli do Żółtych Szalików. Odwrócili się w moją stronę i zasłonili rękami oczy. Już z daleka widziałam,że są chłopakami. Zatrzymałam się trzy metry przed nimi i wyłączyłam motor. Zsiadłam z niego,ale nie ściągnęłam kasku. Chciałam zostać anonimowa. Zerknęłam na nieprzytomnego chłopaka na ziemi. Był posiniaczony,ale chyba nie miał żadnych uszkodzeń wewnętrznych,ani połamanych kości. Przeniosłam swój wzrok na członków idiotycznego gangu.
-Zostawcie go w spokoju-nakazałam im.










sobota, 21 marca 2015

Rozdział 12. Boisz się,że przegrasz w pojedynku ze mną?

      Dwa dni po tym jak zabili młodego olbrzyma,wylądowaliśmy w Tokio. Oberon wysłał nas na wakacje,a właściwie tylko Katie,ja i Will mieliśmy ją pilnować. Tak więc spakowaliśmy się i trochę broni,i przeszliśmy przez drzwi,do Tokio,a właściwie do przedpokoju dwupiętrowego domu. Moja siostra była u naszej mamy i tam kontynuowała naukę o swojej mocy i walce. Poukrywaliśmy broń w całym domu tak na wszelki wypadek. Zajęłam duży pokój w ciemnozielonym kolorze. Podłoga była czarna i podgrzewana,jak wszystkie podłogi. Meble były z jasnego drewna,co dodawało ciepła temu pokojowi. Mój miecz położyłam na komodzie,przy łóżku,cienki,długi sztylet schowałam pod poduszką. W łazience schowałam dwa sztylety i pistolet. Położyliśmy się spać,bo była noc i padaliśmy ze zmęczenia. Przebrałam się w czarą koszulę nocną i różowe spodenki. Zasnęłam od razu po położeniu się na łóżku.
       Obudziłam się w środku nocy. Czułam,że nie jestem sama. Błyskawicznie usiadłam z wyciągniętym sztyletem na łóżku i rozejrzałam się uważnie. Nie musiałam nawet się wysilać by zobaczyć czarodzieja. Skąd wiedziałam,że jest czarodziejem? Unosił się kilka centymetrów nad ziemią,a powietrze wokół niego było przepełnione mocą,a wokół niego unosiły się wodne lilie o jasno różowych płatkach. Miał czarne włosy z fioletowym połyskiem i szare oczy. Ubrany był naprawdę dziwnie. Biała koszula rozpięta pod szyją,czarny krawat był naprawdę poluzowany,czarne spodnie,czarne do kolan buty i czarna marynarka wojskowa(wiecie taka jaką noszą ważni oficerowie). Rozglądał się po pokoju z ciekawością. Zakładałam,że przed sekundą przybył. Uśmiechał się lekko,w ręce miał okrągły,czarny przedmiot,bardzo ostry. Coś na kształt gwiazdki ninja,tyle,że lepszej. W sekundę go zlustrowałam. Wyskoczyłam z łóżka,rzucając w niego sztyletem. W dwóch susach dopadłam komody i wyciągnęłam miecz z pochwy. Magia na niewiele mu się zdawała,bo byłam na nią odporna. W całym pokoju czułam słodkawy zapach lilii wodnych. To pewnie jego znak rozpoznawczy,czy coś. Nie zastanawiałam się nad tym. Problem był w tym,że miał dar telekinezy,za pomocą swojej woli poruszał przedmioty, sterował nimi. Skąd wiedziałam? Zorientowałam się po swoim sztylecie. Zdążyłam go odbić mieczem,tak mocno,że wbił się po rękojeść w ścianę. Od wieczora nie schowałam ogona,było mi wygodniej jeśli był wolny,więc teraz drgał za moimi nogami. Czarodziej usiadł sobie wygodnie na czarnym biurku i obserwował mnie z zaciekawieniem. Uchyliłam się przed lampką nocną,która roztrzaskała się o ścianę za mną. Byłam zła.
-Boisz się,że przegrasz w pojedynku ze mną?-zapytałam go,chcąc go sprowokować.
Uśmiechnął się łobuziarsko i poduszka z szybką prędkością poleciała w kierunku mojej twarzy,więc rozcięłam ją na pół mieczem,przez co puch poleciał na wszystkie strony.
-Nie zniżam się do poziomu walczenia z dziewczyną-odpowiedział z błyskiem w oku-Zmęczę Cię,a potem uśpię i zabiorę ze sobą-dodał.
-Myślisz,że Ci się uda?-prychnęłam.
-Sądząc po Twoim szybkim oddechu? Tak,uda mi się-odpowiedział.
Miałam ochotę zaśmiać się,ale mój umysł spowiła delikatna mgiełka. Oddech miałam płytki,ale nie urywany. Oznaczało to,że wdycham słodką woń lilii wodnych. Zapewne to ich woń miała mnie uśpić. Niestety działała też męcząco. Moje ruchy stawały się wolniejsze i bardziej wyczerpujące. Moje ciało starało się wyrzucić woń lilii z mojego ciała. Była jak toksyna,więc moja moc i ciało starało mi się pomóc,pozbywając się jej z organizmu. Sama się zabijałam tak to też można nazwać. Mgła była coraz gęstniejsza i wygrywała. Byłam zmęczona do tego stopnia,że chwiałam się na nogach. Miecz wypadł mi z dłoni,wszystko się rozmazywało,a umysł mi nie pomagał. Czarodziej wykorzystał swoją szansę i przyszpilił mnie do ściany. Patrzył na mnie z podziwem i czymś jeszcze,mrocznym i obiecującym. Był wyższy ode mnie o pół głowy,więc musiałam odchylić lekko głowę by patrzeć mu w oczy. Ręce miałam po obu stronach głowy,trzymane przez niego. Był silny.
-Nie wiedziałem,że panujesz nad ogniem-mruknął.
Byłam blisko granicy stracenia przytomności i chętnie przyjęłabym pomoc.
-Czego chcesz?-warknęłam wkurzona.
-Ciebie-odpowiedział,pochylając głowę w moją stronę.
Chciał mnie pocałować i chciał mnie. Zdawałam sobie sprawę z tego jaka jestem i nigdy nie miałam kompleksów.
-Nie chodzę z wrogami-powiedziałam.
-Nie jestem Twoim wrogiem-zaprzeczył-Zamierzam zostać Twoim mężem i nie spocznę dopóki nim nie zostanę,przysięgam-szepnął mi do ucha.
Miałam ochotę przywalić mu w twarz,zetrzeć z powierzchni ziemi,ale byłam za słaba. Ledwie stałam na nogach,o walce mogłam pomarzyć. Wzdrygnęłam się.
-Pomarzyć możesz-warknęłam wściekła.
I wtedy stanęłam w płomieniach. Czarodziej odskoczył ode mnie błyskawicznie,z jękiem. Nie parzyły mnie szaro-niebiesko-żółte płomienie. Raczej męczyły. Czarodziej zniknął,a po nim została tylko lilia wodna. Runęłam na podłogę,ciężko oddychając.







Rozdział 11. Zdołałam je odzyskać po ciosie olbrzyma

       Dotarliśmy na miejsce. Przed nami ciągnie się pasmo ostrych,skalistych gór. Za nami jest gęsty las. Wyciągam dwa pistolety z kabur na udach i rozglądam się dookoła. To moja kara. Mam zabić młodego olbrzyma,który zabija wszystko co się rusza na swoim terytorium. Ubrana jestem w swój bojowy strój Kotołaków. Jestem uzbrojona po zęby,podobnie jak Will i-nie wiem co sobie Oberon myślał-Katie. Will jest ubrany w zieloną tunikę,brązowe spodnie i czarne buty do kolan. Katie ubrała
niebieską tunikę,czarne spodnie i brązowe buty. Moje czarne ubranie,a właściwie zielone,zlewało się z tłem lasu. Konie zostawiliśmy jakieś cztery czy pięć kilometrów stąd. Nagle ziemią zaczęło leciutko trząść i ze skał wynurzył się mały olbrzym. Był wysokości drzewa. Skórę miał szarą,włosy na głowie sterczały w każdą stronę,jak czerwone igły. Miał jedno oko,dokładnie pośrodku czoła,wielki nochal i ostre,małe zęby. Skoro on był młody,to nie chciałam stawać do walki ze starym olbrzymem. Kiedy go tylko zobaczyłam,zaczęłam strzelać do niego. Magazynki błyskawicznie się skończyły,a jego klatka piersiowa i nogi wyglądały tak jakby wpadł w krzaki jeżyn i się po kuł. Rozchyliłam usta z niedowierzania i oburzenia. Ma cholernie grubą skórę. Na dodatek wkurzyłam go tym strzelaniem,Will swoimi strzałami też. Zamachnął się na mnie,bo byłam najbliżej,ale zdążyłam odskoczyć. Wylądowałam w trawie,która sięgała do kolan. Nie wiem czemu uczepił się tylko mnie olbrzym,ale tym razem rzucił wielkim kamieniem. Rzuciłam się w prawo,robiąc ślizg na klatkę piersiową. Kamień wylądował dwa metry ode mnie. Błyskawicznie wstałam i z gracją wskoczyłam na szaro-biały kamień.
-Nie trafiłeś,ofermo!!!-krzyknęłam do niego.
Nie wiem czemu to zrobiłam,ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Zeskoczyłam z kamienia,kilka sekund przed tym jak wielka ręka olbrzyma wylądowała na kamieniu,zgniatając go na miazgę. Dopiero kiedy obserwowałam z satysfakcją jak olbrzym jęczy cicho,dotarło do mnie,że to nie ja mam władzę nad swoim ciałem. Mogłam obserwować wszystko swoimi oczami,odczuwać swoje emocje i słyszeć swoimi uszami,ale nie mogłam kontrolować ciała. Ktoś opanował moje ciało,ta myśl była przerażająca. Stawiałam opór jak tylko mogłam,ale cierpiało na tym moje ciało,bo ten kto przejął moje ciało,skupiał się na mnie i na moim oporze,tak,że ciało było powolniejsze. Odłamki kamieni jakie ciskał we mnie olbrzym raniły moje ciało. Ja i intruz odczuwaliśmy ból,ale byliśmy zajęci o sprawowanie kontroli nad moim ciałem. Nawet nie zauważyłam,że się zatrzymałam. Byłam naprawdę
wkurzona. Tylko naprawdę potężny czarownik mógł się przedrzeć przez moje zabezpieczenia,tak to nazwijmy. To coś gorszego od opętania. Wtedy człowiek nie ma żadnej świadomości tego co robi jego ciało,jest zablokowany. Jego duch zatrzymuje się w czasie nawet nie wiedząc,że został opętany. Ja miałam pełną świadomość. Czułam wszystko. Po prostu nie mogłam nic robić,oprócz walczenia o kontrolę. Na szczęście jestem Kotołaczką,a nie zwykłym człowiekiem,bo zginęłabym od ciosu jaki zadał mi młody olbrzym, Właściwie to tylko walnął swoją ręką o moje ciało,przez co przeleciałam kilka metrów i przywitałam się-jak dla mnie za mocno-z sosną. Zatrzęsła się lekko jak się spotkaliśmy. Wszystkie żebra stwierdziły,że chcą mi przypomnieć o swojej obecności i się połamały. Rozłożyłam się na trawie u stup sosny,w trawie. No,teraz to mnie już poważnie wkurzył intruz. Przecież przed dwa dni będę leżeć w łóżku! Ledwie mogłam oddychać,o wstaniu już nie wspominając. W momencie kiedy witałam się z drzewem,intruz stracił kontrole nad moim ciałem i wygrałam naszą walkę. Poczułam się znów normalnie,ale tylko przez dwie sekundy. Później dopadł mnie ogromny ból,spowodowany złamaniem żeber. Na szczęście jakoś poważnie się nie strzaskały,więc moja moc automatycznie zaczęła uzdrawianie. Czułam jednocześnie ból i przyjemne łaskotanie,co było dziwną mieszanką. Uradowałam się tym,że mogę uzdrawiać własne kości. Kiedy się łamią,nie muszę ich nastawiać,same to robią,co jest chyba boleśniejsze od normalnego nastawiania kości. Jęczałam i przeklinałam na przemian,unieruchomiona na jakiś czas. Katie wrzeszczała coś cicho,tak dla mnie to było cicho. Kiedy się uzdrawiam albo kogoś,tworzy się we przy mnie coś podobnego do kokonu,wszystko słyszę i czuję,ale nie bezpośrednio. Coś jakby słuchanie muzyki pod wodą. Otumanienie osłabiło nieco odczuwalny ból. Słyszałam cichutkie kroki,które się do mnie zbliżały,a po kilku sekundach zobaczyłam nachylającą się nade mną Katie. Była zszokowana,przerażona i zmartwiona. Troszkę się rozmazywała na brzegach.
-Ana?! Słyszysz mnie?!-zapewne krzyczała,ale dla mnie to brzmiało jak mówienie.
-Mam. Złamane. Żebra. Nie. Dotykaj-szepczę ledwie słyszalnie,robiąc przerwy by złapać bolący oddech.
-Matko!-jest totalnie zdziwiona i patrzy na mnie z troską.
Wie,że jakoś dam sobie radę,ale będzie bolało i zabierało mi energię.
-Pomóż. Willowi. Ale. Zachowaj. Bezpieczną. Odległość-nakazuję jej z wielkim trudem.
Kiwa głową i wyciąga dwa pistolety z moich butów,po czym znika poza zasięg mojego wzroku. Słyszę jak strzela,chodź dźwięki są przytłumione.
     Mijają godziny,stulecia i wieki,zanim jestem w stanie wstać i walczyć. Nadal się leczę,ale jestem w stanie się ruszać,chodź nie tak jak przed walką. Młody olbrzym jest zajęty Willem i nie zwraca na mnie największej uwagi. Nie jestem w stanie stać,więc idę na czworakach do skało o strych czubkach. Powoli wchodzę na pierwszą skałę,potem na drugą i tak dalej,aż jestem wyżej niż młody olbrzym. Dokładnie nad nim się znajduję. Katie widząc mnie,nie strzela wysoko,tylko nisko,w nogi. Will mnie nie widzi,zajęty unikaniem jego wielkich łap. Powili wstaję,podtrzymując się skał. Przez kilka sekund wszystko się przekrzywia i rozmazuje,ale wraca mi ostrość widzenia. Już po chwili mogłam się przemieszczać na czworakach. Jeśli bym się teraz zmieniła groziłoby mi nigdy nie wrócenie do ludzkiej postaci albo żebra roztrzaskałyby się na miazgę. Podeszłam do ostrych skał i zaczęłam się po nich wspinać. Starałam się uważać na żebra,które w dalszym ciągu się leczyły,ale pierwsza faza była już za mną. Teraz kości się zrastają. Zatrzymałam się dopiero,gdy byłam wyżej od młodego olbrzyma. Z trudem wstałam,świat znowu się rozmazał,więc zamrugałam powiekami i wzięłam kilka uspokajających oddechów. Wszystko wróciło do normy,więc wyciągnęłam mój miecz. Należał wcześniej do mojego dziadka,więc był zrobiony dla mężczyzny. Dobrze wyważony,ze srebra. Miał złote wzorki na ostrzu i klindze. Był dłuższy niż kobiece miecze,półtorej ręki mierzył. Claymore,tak nazywały się te miecze,obusieczne i przetną wszystko. Idealnie pasował do mojej ręki i wcale nie był strasznie ciężki. Chwyciłam go oburącz i z rozpędu zeskoczyłam. Skoczyłam na młodego olbrzyma, wydając bojowy syk. Miecz wbił się w czaszkę olbrzyma jak w masło,a ja spadałam w dół z coraz większą prędkością,tnąc go na pół. Mimo,że wylądowałam miękko na trawie, poczułam ból. Złamane żebra się jeszcze nie zagoiły. Skrzywiłam się lekko i wstałam z kucek. Wytarłam ostrze miecza i schowałam go do pochwy z prawej strony. Zadanie wykonane. Mimo tego,że wygraliśmy walkę z młodym olbrzymem,byłam w ponurym nastroju. Ktoś zdołał opanować moje ciało. Ale kto? Zrobi to jeszcze raz? To przez niego miałam połamane wszystkie żebra. Dlaczego to moje ciało opanował? Tyle pytań bez odpowiedzi. Ciało olbrzyma zmieniło się w pył z cichym pyknięciem. Katie podbiegła do mnie,ale zatrzymała się trzy kroki przede mną. Zmieniła się. Miała szpiczaste uszy,lśniące oczy i nabrała kolorów. Wydawała się wyciosana z marmuru,chłodna i piękna. Kusząca tajemnica. Biło z niej zatroskanie. Will stanął obok Katie z lekkim uśmiechem. Przez chwilę się wahałam. Powiedzieć im czy nie?
-Ktoś opanował moje ciało,kiedy walczyłam z olbrzymem-oznajmiłam cicho,patrząc ponad ich ramionami,na las.
Nie musiałam na nich patrzeć,by wiedzieć,że są zszokowani i przerażeni.
-Zdołałam je odzyskać po ciosie olbrzyma-dodałam,patrząc na nich-Nie wiem kto to zrobił.
-Można opętywać Wasze ciała?-zapytała zdziwiona Katie.
-Nie,nie można nas opętywać. Można opanować nasze ciała,ale my nadal w nich jesteśmy. Czujemy i widzimy wszystko,ale nie mamy kontroli nad ciałami. To gorsze od opętania i znacznie wyrachowane, ponieważ wszystko pamiętamy-wytłumaczyłam.
-Kto to mógł zrobić?-myślał głośno Will.
-Ktoś kto jest potężnym czarodziejem,bardzo potężnym-stwierdziłam. 
-Nie ma tu czarodziei-oznajmił ponuro.
Uśmiechnęłam się smutno. Widocznie Kraina się powiększa,dodaje nowych wrogów. A to wszystko przez ludzi,przez ich wyobraźnie.
-Nie byłabym taka pewna-odpowiedziałam smutno.
-Musimy powiedzieć o tym mojemu ojcu-mruknęła Katie.
-Nie mamy dowodów-stwierdziliśmy w tym samym czasie,Ja i Will.
-Musicie przyciąc,że nie powiecie o opanowaniu nikomu,nawet Królowi-dodałam.
-Przysięgam-powiedziała Katie,a Will powtórzył po niej.
-Sama to jakoś rozwiąże-mruknęłam.
-Możesz pomarzyć-oznajmił Will-Pomogę Ci-dodał.
-Ja również-powiedziała z determinacją Katie.








Rozdział 10. Ona się nigdzie nie ruszy.

       Następnego dnia byłam na służbie,gdy zadęły trąbki. Ktoś nadjeżdżał w pokojowych zamiarach. Will ani na chwilę nie opuszczał mojego boku. Polubił mnie i łaził za mną kiedy tylko mógł. Był wysoki,chudy i co naprawdę zaskakujące,był silny. Miał złote włosy obcięte na krótko i również złote oczy. Był naprawdę przystojny,ale nie ciągnęło mnie do niego. Był zabawny,inteligentny i umiał słuchać. Meghan uczyła się walczyć wraz z innymi dziećmi w małej sali treningowej. Kiedy tylko wypatrzyłam Oberona,pośpieszyłam do niego.
-Wiem-oznajmił,kiedy znalazłam się przed nim.
-Jakie są rozkazy?-zapytałam.
-Bądźcie czujni,ale nie atakujcie-odpowiedział.
Skinęłam głową i oddaliłam się,krzycząc rozkaz. Tłum elfów,satyrów i innych ras zrobił przejście dla powozu i jeźdźca na czarnym koniu. Konie tutaj nie dotykały kopytami podłoża,unosiły się kilka centymetrów w górze. Stanęłam dwa kroki za Oberonem,po jego prawej stronie. Will zajął miejsce po drugiej stronie. Z powozu wyszedł białowłosy chłopak o bladej cerze i szarych oczach. Był wyższy ode mnie,chudy,ale widać było,że jest silny i umie posługiwać się mieczem,przypiętym do swojego pasa. Był ubrany na czarno. Czarna skórzana kurtka z kapturem,czarna bluzka,czarne spodnie,czarne buty i czarne rękawice na rękach ozdobione małymi ćwiekami. Pomógł wysiąść czarnowłosej kobiecie o równie jasnej cerze jak on. Ubrana była w czarną suknie,aż do ziemi z wysokim kołnierzem. Od razu zorientowałam się z kim mamy do czynienia. Z królową Mab i jej synem. Mab była cholernie piękna i mogła śmiało rywalizować z królowa Tytanią o tytuł miss. Chłopak był cholernie przystojny. Białe włosy postawił delikatnie na żelu,co dodawało mu niebezpieczny i pociągły wygląd. Zlustrował mnie wzrokiem z uśmieszkiem. Zachowałam obojętny wyraz twarzy. Mab zlustrowała nas wszystkich wzrokiem,który zatrzymała na mnie. Pachnieli lodem i miętą.
-Idź po księżniczkę Katherinę,opoldo-rozkazała mi.
Położyłam uszy po sobie,ale nawet nie drgnęłam. Zimna suka nie będzie mi rozkazywać.
-Rain nie jest Twoją poddaną,królowo Mab-oznajmił jej zimno Oberon.
ienawidzili się nawzajem. Prychnęła i widać było,że nie spodobało jej się moje zachowanie.
-Opoldy są pod moją władzą,królu Oberonie-odparowała.
Nie ruszyło go to wcale. Rycerze ne kryli niechęci do Mab i jej synalka. Will spiął się,co oznaczało,że nie podoba mu się jak zwraca się do mnie Mab.
-Rain nie jest opoldą,tylko Kotołaczką-oznajmił jej Oberon.
Widziałam zaskoczenie na jej twarzy.
-Nieważne-machnęła lekceważąco ręką-Przyjechałam po Twojego mieszańca,królu Oberonie-oznajmiła z wrednym uśmiechem.
Napięłam wszystkie mięśnie. Wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od poćwiartowania jej na kawałeczki. Oberon się roześmiał.
-Uważasz,że Ci ją oddam?-zapytał sarkastycznie.
-Nie masz wyboru. Dziewczyna złożyła przysięgę z moim synem-odpowiedziała z satysfakcją Mab.
Oberon napiął mięśnie,ale nie dał po sobie poznać,że się zdenerwował. Odwrócił się do mnie.
-Przyprowadź moją córkę,proszę-powiedział do mnie.
Skinęłam głową i ruszyłam biegiem do zamku. Kiedy zniknęłam za wielkimi wejściowymi drzwiami, przyśpieszyłam. Katie siedziała z Sethem i Mią przy stole,rozmawiali. Zamilkli kiedy tylko pojawiłam się w pokoju.
-Chodź ze mną,Karie-nakazałam jej.
Błyskawicznie wstała zaniepokojona i ruszyła za mną.
-Mab i jej pożal się Boże,synalek przyjechali. Chodzi o przysięgę-oznajmiłam jej szeptem.
Zbladła. Wróciłam na dziedziniec w towarzystwie Katie. Była mocno zdenerwowana i przerażona,ale przerażenie znikło kiedy tylko na mnie zerknęła. Wiedziała,że ją ochronię,nawet kosztem własnego życia. Przyjaciółki na zawsze. Stanęła po prawej stronie,krok za Oberonem,tak,że nie stała równo z nim. Mab uśmiechnęła się wrednie,czyli jak zawsze. Jej synalek przypatrywał mi się,ale go ignorowałam.
-Powiedz nam,co zawierała przysięga pomiędzy Tobą,a moim synem-nakazała Mab,czym zasłużyła sobie na moje ostrzegawcze spojrzenie.
Katie należała do rodziny królewskiej i wszyscy mają się zwracać do niej z szacunkiem. Nawet ona.
-Zawarliśmy umowę,że jeśli mi pomoże to dobrowolnie pójdę z nim na Twój dwór,Wasza Wysokość-powiedziała Katie cicho.
-Widzisz Oberonie-zwróciła się Mab do ojca Katie-Twój mieszaniec należy do mojego królestwa. Złożyła przysięgę-mówi z uśmiechem wyższości.
-Katie,wiesz jakie ważne są dla nas wszystkich przysięgi-mówi Król,niskim tonem,prawie niebezpiecznym.
Czy oni są ślepi? Raczej głusi,to na pewno. Nie umią się wsłuchać w słowa. Podchodzę do Katie.
-Ona się nigdzie nie ruszy-oznajmiam rozbawiona,ale nie tracę czujności.
Książę sięga ręką do rękojeści swojego miecza.
-Jesteś na terenie Króla Oberona,jeśli zaatakujesz,albo chodź by wyciągniesz miecz,przeszyją Cię dziesiątki strzał-ostrzegam go.
Wszyscy są zaskoczeni moimi słowami. Pierwsza otrząsa się Mab. Mrużąc oczy,gapi się na mnie z błyskiem w oku. Uśmiecham się do niej słodko,czym doprowadzam ją do szału,ale z trudem się opanowuje.
-Jak śmiesz się wtrącać?!-krzyczy na mnie,autentycznie oburzona-I jak śmiesz grozić mojemu synowi?!!-wrzeszczy.
-Rain,jesteś na służbie-upomina mnie Oberon.
-Mój obchód już się skończył-oznajmuję-Nikomu nie grożę. Ja tylko ostrzegam-odpowiadam na pytanie Mab.
Policzki ma czerwone.
-Jest bezczelna-oznajmia Oberonowi.
-Dostanie odpowiednią karę-mruczy on w odpowiedzi.
Mogę znieść wszystko,byle by Katie była bezpieczna.
-Jak już mówiłam,Księżniczka Katherina się nigdzie nie ruszy. Spełniła swoją część przysięgi-mówię,zwracając się głównie do Mab.
-Nieprawda-warczy w odpowiedzi.
Ma szczęście,że nie bawię się w te ich gry słowne i ciągnięcie za języki,bo nie miałaby szans.
-Poszła z nim do Twojego dworu dobrowolnie. Nie było mówione w przysiędze ile ma tam być-mówię do niej jak do małego dziecka.
Z jej twarzy wnioskuję,że dobrze odczytała moją wiadomość. Jeśli chce oszukiwać Oberona,musi się zmierzyć ze mną. Jestem jego poddaną,więc muszę go uznawać za swojego króla i być wobec niego uczciwa i lojalna. Powietrze natychmiast stało się zimne i nieprzyjemne.








Rozdział 9. Czemu Cię prawie nie widzę?

     Zaraz po kolacji,ubrałam się w swój bojowy strój. Czarną podkoszulkę,czarną bluzę idealnie dopasowaną do mojego ciała,czarne grube getry,czarne buty do kolan i czarną czapkę zasłaniającą moje różowe włosy. To był współczesny bojowy strój Kotołaków. Zmieniał kolory,bez jakiś zbędnych słów. A poza tym był gruby i ciepły w razie potrzeby. Pomalowałam usta na czarno,wsadziłam do butów po jednym sztylecie i nożu do rzucania. To miała byś szybka i cicha akcja ratunkowa dla Księżniczki Katheriny McGracham,tak dobrze widzicie. Moja przyjaciółka była pół elfką,córką Oberona,a jako,że jestem rycerzem pod rozkazami Oberona,jadę ją uratować. Znalazła się jakimś pechowym trafem w Zimowym Dworze u królowej Mab. Chętnie zrobiłabym wielką zadymę w biały dzień,ale nie mogłam atakować całego dworu,bo wybuchłaby wojna. Dwory i ich głupie zasady. Miałam się wkraść sama pod osłoną nocy. Z kąt wytrzasnęłam strój bojowy Kotołaków? Odwiedziłam swoją skrytkę razem z Koleżką i wzięliśmy trochę moich ciuchów i dużo żarcia dla Katie,jako półczłowiek nie mogła jeść elfiego jedzenia. Ja mogłam i było przepyszne. Wyszłam na korytarz,po czym wyszłam na dziedziniec. Wsiadłam na białego konia,złapałam jedną ręką jego uzdy,a drugą drugiego dla Katie. Spięłam łydki i ruszyłam galopem.
      Jakieś pięć godzin później byłam w jednym z wielu korytarzy na Zimowym Dworze. Wszyscy spali,więc mogłam bez przeszkód szukać przyjaciółki. Oczywiście byłam ostrożna i szłam bezszelestnie. Nie miałam planu co zrobię jak już się tu znajdę. Miałam otwierać wszystkie drzwi do komnat? Wołać jej nie mogłam,bo bym wszystkich obudziła. A chodzenie w ciemno po korytarzach jakoś nie wydawało mi się szczególnie przyjemne. Dwór był cały z przyciemnionego lodu,jak w Narnii pałac złej wiedźmy. Chociaż powiem,że pałac był identyczny jak w Narnii. Wielki,z mnóstwem ciemnych korytarzy i cholernie piękny na swój upiorny sposób. Wlazłam na trzecie piętro za zapachem Katie i dotarłam do końca ciemnego i upiornego korytarza. Zlewałam się z otoczeniem i nie było mnie
prawie widać. Czułam dużo zapachu Katie za drzwiami do komnaty i jej obecność w niej,ale czułam też zapach opoldy. Pachniała wszystkimi zwierzętami. Opoldy mogą przybierać postać dowolnego zwierzęcia,ale są mniejsze,niż normalne zwierzęta. Jeśliby mnie zaatakowała,nie miała szans przeżyć. Na szczęście nikogo nie było teraz u mojej przyjaciółki,która spała. Otworzyłam drzwi bez najmniejszego dźwięku i weszłam do jej komnaty. Szafa,wielkie łóżko,komoda i drzwi do łazienki.
Podeszłam do łóżka,w którym słodko spała blondynka,zakryłam jej usta dłonią i delikatnie szturchnęłam. Otworzyła szeroko oczy i zaczęła wierzgać jak szalona.
-To ja!-syknęłam cicho i puściłam ją.
Usiadła na łóżku i z otwartą buzią zaczęła się na mnie gapić,nie dowierzając. Bardzo ładnie jej zasalutowałam z szerokim uśmiechem na ustach.
-Jak Ty się tu dostałaś?-zapytała całkowicie rozbudzona.
To w niej uwielbiałam. Nie zadawała jakiś głupich pytań,nie marudziła kiedy się ją budziło w środku nocy.
-Drzwiami-odpowiedziałam,wskazując na drzwi do jej komnaty-Rusz dupę księżniczko i się ubieraj. Całej nocy nie mamy. A tak przy okazji to jestem teraz rycerzem Oberona-dodałam.
-Czemu Cię prawie nie widzę?-zapytała,ubierając się.
-Bo mam na sobie strój bojowy mojej rasy-odpowiedziałam.
-To wyjaśnia dlaczego jeszcze nikt Cię nie zauważył-Czekaj! Powiedziałaś rycerzem? W dodatku Oberona? Jeju! Musiało się sporo dziać,że zabawiasz się w rycerza! Jak tam zgrywanie potulnej?-zapytała z uśmiechem.
-Nie zgrywam potulnej!-odparowałam-Znalazłam cząstkę siebie,która nie jest buntowniczką. Uwielbiam rozkazy-dodałam,próbując ukryć uśmiech.
-A ja jestem Śpiącą Królewną-mruknęła.
-Rozkazy wcale nie są takie złe-odparowałam.
-Od kiedy to jesteś opanowaną,a w dodatku nie buntowniczką,która robi wszystkim na przekór?-zapytała.
-Od kiedy znalazłam się w tej wrednej krainie-odpowiedziałam ledwie słyszalnie i wyjrzałam na korytarz.
Był taki sam jak na początku. Nie pachniał niczym nowym,więc nikt tędy nie przechodził.
-Czysto-stwierdziłam-Chodź za mną i nie hałasuj-nakazałam jej i wyszłam na korytarz.
Szła za mną najciszej jak potrafiła. Kierowałam się własnym zapachem. Szłyśmy tą samą drogą,którą tu przyszłam. Poszło naprawdę fantastycznie. Nikt nas nie zauważył,nikt nie włączył alarmu,ani nic takiego. Poszło podejrzanie prosto. Za prosto,jak dla mnie. Odwróciłam się do Katie ze zmarszczonymi brwiami.
-Za prosto nam poszło-szepnęłam do niej.
-Wątpisz w swoje umiejętności?-zapytała cicho.
-W tym świecie? Owszem-odpowiedziałam,równie cicho jak ona.
Odwróciłam się i pchnęłam drzwi.. Złapałam Katie za łokieć i ruszyłyśmy biegiem przed siebie. Byliśmy już dwa kilometry przed Losoborem,kiedy wyczułam dziwną moc. Jakby ktoś zamrażał coś.
-Nie odwracaj się,tylko biegnij!-nakazałam przyjaciółce.
-Co to?-zapytała zasapana.
-Ktoś zamraża ziemię za nami. Jeśli nas wyprzedzi to będzie lodowisko-odpowiedziałam.
Katie już nie zadawała pytań,a ja jej nie powiedziałam nic więcej. Taką moc mają tylko dzieci władców. Jeśli byłaby to Mab,już dawno miałybyśmy lodowisko. A ponieważ Mab ma samych silnych synów, więc to któryś z nich. Ciekawe czemu nas nie atakuje. Pewnie boi się,że zrani Katie. Blondynka poślizgnęła się i rozpłaszczyła się na lodzie. Nie miałam problemów z zatrzymaniem równowagi. Pomogłam jej wstać,a ona przyjrzała się mojemu ubraniu. Stało się takie samo jak lód. Uwielbiam ten strój! Pomogłam wstać przyjaciółce i ciągnęłam ją po lodzie.
-Czemu się z nim nie zmierzysz?-zapytała cicho.
Położyłam uszy po sobie i spojrzałam na nią spode łba.
-Nie mogę walczyć jeśli to bezpośrednio nie zagraża naszemu życiu-odpowiedziałam,a właściwie wywarczałam.
-On nie zagraża naszemu życiu?-zapytała,wskazując za siebie.
-A widzisz,żeby celował do nas z łuku,czy rzucał się z mieczem w dłoni?-odparowałam,ostrzej niż zamierzałam.
Dotarłyśmy wreszcie do koni,więc podsadziłam blondynkę na białego konia z czarną grzywą i sama wskoczyłam na swojego konia. Spięłam łydki i oba konie ruszyły galopem.







Rozdział 8. To było boskie.

Nadal był niewidoczny,ale nie miał świadomości. Odwróciłam się i wyszłam na ścieżkę,w tej samej chwili Meghan jęknęła z bólu. Odwróciłam się błyskawicznie w jej stronę. Błąd intruzów. Doprowadzili mnie tym na skraj wściekłości. Jak śmieli uderzyć dziecko? W dodatku moją siostrzyczkę? W ciągu pięciu sekund znalazłam się przy nich. Zachowywali się głośno,ich serca łomotały,oddech mieli świszczący i było ich dwóch. Z czego jeden z nich krwawił,czułam metaliczny zapach krwi. Do diabła z niezabijaniem! Złapałam pierwszego za szyję i zacisnęłam palce. Usłyszałam cichy trzask i coś jakby mlaśnięcie. Zmiażdżyłam mu szyję. Już po nim. Nie dobiłam go,tylko puściłam i z pełnego obrotu kopnęłam drugiego w klatkę piersiową,tam gdzie znajdowało się jego serce. Z pewnością poleciał kilka metrów do tyłu. Upadł przy linii drzew z lewej strony,martwy.
-To było boskie-sapnęła Meghan,zwinięta w kulkę.
Klęknęłam przed nią i popatrzyłam z troską w oczy. Oberwała mieczem. Ciężka rana,ale nie śmiertelna.
Zabić nas można na dwa sposoby. Pierwszy,przebić bronią nasze serce. Drugi,obciąć nam głowę. Normalnie jak u wampirów z książek fantasy. Odgarnęłam jej włosy z twarzy i przyłożyłam otwartą dłoń do głębokiej i brzydkiej rany,ciągnącej się od biodra do pierwszego żebra. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i oczyściłam umysł. Mała sama się leczyła,ale zemdlała by z dużej utraty krwi,gdyby się leczyła sama. Kotołaki potrafią leczyć siebie i innych,ale muszą znaleźć swoje granice bezwzględne. Ja jeszcze nie znalazłam swojej,mimo,że mam dwadzieścia jeden lat. Małe Kotołaki leczą wolniej. Jest to dla nich bardziej wyczerpujące niż dla większych. Mała oddychała płytko,a w miarę jak leczyłam jej ranę,oddychała głębiej. Kiedy skończyłam,prawie się nie zmęczyłam. Prawie. Oddychałam tylko trochę szybciej.
-Dziękuję-mruknęła mała.
Odpowiedziałam jej uśmiechem. Robin Koleżka(Puk) uporał się ze swoim wrogiem i podszedł do nas.
Miał kilka drobnych ran,ale kiedy go dźgnęłam palcem zniknęły. Pomogłam wstać Meghan,a wokół nas
powietrze pachniało fiołkami. Zapomniałam wspomnieć,że mamy swój zapach,kiedy kogoś leczymy.
Królowa Tytania gdzieś zniknęła,ale Król Oberon został i przyglądał mi się z zaciekawieniem.
-To niewybaczalne,że ktoś napadł na mój Dwór. W dodatku z ukrycia!-oznajmił-Dziękuję za pomoc w
unieszkodliwieniu intruzów,Anastasio-dodał.
-To nic takiego-odpowiedziałam.
-Jestem Ci coś winien-stwierdził-Czego sobie życzysz,Anastasio Rain?-zapytał.
Dużo rzeczy. Wpadłam na naprawdę dziki pomysł.
-Chciałabym wstąpić do Twych rycerzy,Królu Oberonie-odpowiedziałam,zanim się rozmyśliłam.
Wyglądał na zdziwionego. Podobnie jak Koleżka i moja siostrzyczka.
-I chciałabym,żeby moja siostra była bezpieczna na pana terenach-dodałam.
Czemu chciałam wstąpić do rycerzy Oberona? Właściwie sama nie wiem. Myślę,że chciałam się trochę zabawić w rycerza,dopóki mi oczywiście nie przejdzie.
-Oczywiście-odpowiedział Oberon,po chwili zastanowienia-Odpocznijcie-dodał po chwili ciszy.
To był sygnał,że mamy spadać,tyle,że w zastosowaniu innych słów. Odwróciliśmy się i ruszyliśmy z powrotem. Cała nasza trójka wylądowała w "moim" pokoju. Usiadłam na jednym z czterech foteli. Meg i Koleżka zrobili to samo.
-Mogłaś go poprosić o cokolwiek,a poprosiłaś o wstąpienie do rycerzy-westchnął Puk.
Przewróciłam oczami.
-Po prostu zawsze chciałam zostać rycerzem-odparowałam.
Elf zaczął się śmiać,a my do niego dołączyłyśmy.







Rozdział 7. Słuch i węch.

    Odzyskałam przytomność z ogromnym bólem głowy i całego ciała. Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy. Byłam w jasnym,zielonym pokoju,bardzo dużym. Jedna ściana była zgominowana przez półki z książkami,druga wielkim oknem,z widokiem na las,a trzecia wielką szafą i drzwiami do łazienki. Nie miałam na sobie moich ciuchów,tylko koszulę nocną. Leżałam na łóżku,obok wielkiego okna. Udało mi się usiąść i położyłam sobie palec na skroni. Kocham moje zdolności uzdrawiające. Już po minucie ból ustąpił,a ja mogłam funkcjonować normalnie. Wstałam z łóżka,podeszłam do szafy i aż się wzdrygnęłam. Matko kochana! Tylu sukni w jednym miejscu jeszcze nie widziałam! A nie...widziałam w szafie Katie. Katie! Skupiłam się na ratowaniu swojego tyłka,że zapomniałam o niej. Wzięłam ciepły prysznic. Na szczęście w szafie było kilka spodni,butów do kolan,koszul i tunik. Ubrałam jasno brązowe spodnie,zielone buty do kolan o miękkiej podeszwie i zieloną tunikę. Rozczesałam włosy i zostawiłam je rozpuszczone. Otworzyłam białe drzwi i wyszłam na jasnożółty korytarz. Byłam na jasnym dworze,który wyglądał jak zamek. Z nikąd pojawił się Puk i Meghan. Moja siostrzyczka rzuciła mi się na szyję,kiedy tylko mnie zobaczyła.
-To było bardzo niebezpieczne dla ciebie-oznajmiła mi cicho.
-To co zrobiłaś przed dworem było niezwykłe-powiedział Puk-Chodź. Król i Królowa Cię oczekują-dodał po chwili.
-Prowadź-odpowiedziałam.
-Jak to zrobiłaś? Ten wiatr?-zapytała ledwie słyszalnie moja siostrzyczka,którą nadal miałam na rękach.
-Sądzę,że obudziłam cząstkę swojej Mocy-odpowiedziałam równie cicho.
Skinęła głową uśmiechnięta. Postawiłam ją na jasnej podłodze i złapałam za rękę. I tak szłyśmy korytarzem za elfem,aż nie doszliśmy do wielkich drzwi. Dwaj elfi rycerze w jasnych zbrojach,stali obok drzwi. Kiedy weszliśmy do sali tronowej z dwoma tronami. Na jednym siedziała piękna kobieta o złotych włosach i szarych oczach,a na drugim przystojny mężczyzna o zielonych oczach i białych włosach. Oberon i Tytania byli przesiąknięci mocą. Sala tronowa wyglądała jak las,wszędzie rosły drzewa,podłoga była zrobiona z mchu i było tu tyle pięknych kwiatów! Ich trony były zrobione z żywych,brzozowych drzew i kwiatów. Podeszłam z młodszą siostrą i Pukiem do nich i nisko dygnęłam.
-Anastasio Rain,Meghan Rain-skinął nam głową Oberon,więc wyprostowałyśmy się.
-Królu Oberonie,Królowo Tytanio-odpowiedziałam z szacunkiem.
-Puk złożył nam szczegółowy raport z Waszej podróży tutaj-oznajmił Oberon,a ja wiedziałam do czego zmierza,ale mu nie przerywałam-Szczegółowo opisał Twoją magię,Anastasio,ale mimo wszystko nie wyczuwam Twojej magii. Możesz nam to wyjaśnić?-zapytał chłodno.
Profesjonalny,ale z dystansem i chłodem.
-Nasza magia,magia Kotołaków jest bardzo złożona i nawet ja nie wiem dokładnie co ją wywołuje. Najwidoczniej moja magia jest ukryta gdzieś w głębi mnie,jeszcze śpi. Nie wiem jak zrobiłam to co zrobiłam przed Jasnym Dworem-powiedziałam spokojnie.
-Co chcesz przez to powiedzieć?-zapytała Tytania,mierząc mnie zimnym wzrokiem.
Przeczesałam ręką włosy.
-Nasza magia jest dla Was wszystkich niewykrywalna. Nie możecie jej wyczuć ani nic takiego. Szczególnie jeśli nie zna się swoich wszystkich zdolności-odpowiedziałam na jej pytanie.
Poczułam jak mała delikatnie szturcha mnie w nogę,więc popatrzyłam na nią pytająco. Wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła je ustami. Od razu zrozumiałam. Ktoś nieproszony był w sali i nas podsłuchiwał. Napięłam wszystkie mięśnie i zaczęłam węszyć. Czułam zapach lodu i potu. Połączenie było dziwne i nie umiem tego wytłumaczyć. Usłyszałam jak ktoś wciąga gwałtownie powietrze, przyśpiesza mu serce,ale się nie ruszał.
-Ktoś tu jest. Ktoś,kogo nie powinno tu być-oznajmiłam,węsząc i nasłuchując.
Oberon nawet się nie ruszył,a Tytania z oburzeniem prychnęła. Mam postronną uwagę. Mogę skupić się na wielu rzeczach jednocześnie jak każdy Kotołak. Intruz był niewidzialny,ale to nie znaczy,że go nie słyszałam i nie czułam.
-Daj mi sztylet z Twojego buta-poprosiłam Puka,który się nawet nie zawahał.
Podałam rękojeścią do przodu swojej małej siostrzyczce.
-Pierwsza lekcja,mała. Nie ruszaj się stąd i jeśli ktoś się tu zbliży,atakuj. Kieruj się instynktem-zamruczałam do małej.
Wzięła ode mnie sztylet.
-Słuch i węch-szepnęłam,tak cicho żeby tylko ona usłyszała-Rań głęboko i unieruchamiaj,ale nie zabijaj-dodałam już dużo głośniej.
Nie zmieniłam się w swoją kocią postać,intruz miał dużą przewagę nawet bez tego. Puk miał dwa sztylety w obu rękach.
-Jest niewidzialny-oznajmiłam mu-Nie masz dobrego nosa ani słuchu,więc zdaj się na instynkt-dodałam.
Nie starałam się być cicho. Skupiłam się na słuchu i węchu. Puk szedł obok mnie,ale nie długo.
-Z lewej-mruknęłam do niego-Ma miecz-dodałam.
Uwielbiam zabawy w chowanego,tyle że bez broni i magii. Zastrzygłam uszami i uchyliłam się przed ciosem z ramie,kopiąc jednocześnie niewidzialnego wroga w krocze. Jęknął głośno i jego niewidzialność się ulotniła. Złapałam go za nadgarstek ze sztyletem i wykorzystując jego zamach,
wbiłam mu go w brzuch. Od razu stracił przytomność z bólu. Wpadłam do lasu po mojej prawej. Ktoś tu był,ale był cholernie cicho. Serce mu nie biło szybko,więc go nie słyszałam. Wstrzymał oddech kiedy weszłam go lasu. Stał w bezruchu,więc go cholera jasna nie mogłam namierzyć. Zapach go zdradził,ale nie dałam po sobie poznać,że mniej więcej wiedziałam gdzie był. Stał gdzieś przede mną, dokładnie na mojej ścieżce. Nie mogłam polegać na swoim wzroku i to mi uzmysłowiło jak bardzo na tym jednym zmyśle polegałam. Zmarszczyłam brwi sfrustrowana,ale szłam dalej. Za kilka sekund na niego wpadnę,a nie wiedziałam jaką ma broń i jakim jest stworzeniem. Ogr zmiażdży mnie swoją maczugą,mały skrzat może rozszarpać mi gardło... Przestałam się tym przejmować. Zginę to zginę,ale dopiero jak znajdę Katie,nie wcześniej. Weszłam w pole rażenia niewidzialnego intruza. Nawet nie drgnął,obserwując mnie. Zapewne był wyższy i uzbrojony,ale co mi tam. Kiedyś trzeba zaryzykować. Czemu nie teraz? Kopnęłam go w piszczel,a wtedy popełnił ten błąd,że wziął gwałtowny oddech. Był wyższy. Kopnęłam go najmocniej jak potrafiłam w żebra. Usłyszałam nieprzyjemne i suche trzaskanie kości. Zarefondowałam mu jak nic tydzień leżenia w łóżku,jeśli nie więcej. Zapewne zrobił co każdy na jego miejscu by zrobił jakby miał połamane żebra. Objął ramionami brzuch i jęknął. Kopnęłam go bezlitośnie w zgięcie kolana i upadł,a potem dla pewności zarefundowałam stratę przytomności.








Rozdział 6. Czemu się na mnie gapią?

Po czym odwracam się i ruszam biegiem za zapachem Meg i Puka. Po kilku minutach ich doganiam i razem biegniemy przez ciemny las.
-Nie będzie nas tropił,jeśli ma rozum-stwierdzam-Kiedy go znokautowałam,usłyszałam tendent kopyt. Inni albo jadą na odsiecz temu kretynowi,albo ruszają na polowanie. Na nas-dodaję.
-Jesteście jedyne w swoim rodzaju tutaj. Nikt nie widział nigdy Kotołaków-zaczął Pul,ale mu przerwałam.
-Do czego zmierzasz?-pytam go.
-Zraniłaś ego Asha. W dodatku jesteście wyjątkowe-mówi dalej,ignorując moje pytanie.
-Chcesz powiedzieć,że nie odpuści póki nie będzie nas miał w swojej kolekcji-stwierdzam.
Elf przytakuje,kiwając głową.
-Dostał ostrzeżenie-oznajmiam.
-I co z tego?-zapytał Puk,nie rozumiejąc.
-Mogę go zabić bez najmniejszych kłopotów-odpowiedziałam-Wasza magia nie działa na nas, Kotołaków,ale nasza na Was działa-dodałam z lekkim uśmiechem.
-A jakbyś go nie ostrzegła,nie mogłabyś go zabić?-pyta z uśmieszkiem.
-Jaki on nierozumny-westchnęła Meg,biegnąc kilka centymetrów obok moich nóg,po mojej prawej stronie.
-Chodzi o to,że ja go ostrzegłam,że jeśli za nami podąży to go zabiję-zerknęłam na Meg-Jeśli ktoś zalazł nam podobnym za skórę to nie wychodzi z tego żywy. On ma równy stopień co my,Kotołaki,
więc musiałam go ostrzec,żeby wiedział na co się porywa,jak ruszy za nami. Ogólnie nie musimy nikogo uprzedzać,że jeśli nas zaatakują to zginą,ale tylko ogólnie. Wyjątki stanowią Królowie i Królowe
oraz ich dzieci-cierpliwie mu wytłumaczyłam.
-Rozumiem-mruknął i nie odzywaliśmy się do siebie.
Moje spodnie,bluzka i bluza były brudne i potargane. Pasowałoby skoczyć do domu albo do jednej z moich skrytek,żeby zmienić ubranie na dużo lepsze i grubsze. Zrobiliśmy postój,by zjeść coś. Elf miał tylko jakieś jagody. Kotołaki nie przepadają za owocami. Westchnęłam i podeszłam do małej rzeczki,w której były ryby. Duże łososie.
-To normalne zwierzęta,w sensie,że nie gadają i tego typu rzeczy?-zapytałam go.
Popatrzył na mnie dziwnie.
-Zwykłe ryby-potwierdził.
Zmusiłam się do wejścia,do przejrzystej wody po kostki. Dalej się nie odważyłam.
-Mam nadzieję,że nie ma tu żadnych potworów-wymamrotałam i wyciągnęłam z tylnej kieszeni mały,srebrny flet.
Zatkałam wszystkie dziurki,nabrałam powietrza i zaczęłam grać cichą,powolną muzykę. Jakaś ciekawska ryba podpłynęła do moich stóp,przyciągnięta muzyką. Meg obserwowała mnie z ciekawością. Nadal grałam cicho,teraz jedną ręką. Drugą powoli,nie śpiesząc się,przybliżałam do ryby,która pływała wokół mojej stopy. Błyskawicznie ją złapałam i wyciągnęłam z wody. Tak się szarpała,że musiałam schować srebrny flet do kieszeni i przytrzymywać obiema rękami. Odwróciłam się,trzymając śliską rybę obiema rękami. Meg,widząc jak zmagam się z bezbronną rybą,zaczęła się śmiać. Miała piękny,czysty i perlisty śmiech. Była rozbawiona i wesoła,a jej śmiech był zaraźliwy,więc po chwili śmialiśmy się we trójkę. Wyskoczyłam z wody,trzymając już martwą rybę. Podałam ją małej,a ona od razu zaczęła ją jeść. Upolowałam sobie dwie ryby,a kiedy trochę odpoczęliśmy i nastał świt,ruszyliśmy dalej. Nikt nas nie gonił,więc szliśmy. Właśnie rozmawiałam o naszym dziedzictwie z Meg,kiedy usłyszałam groźne kwiczenie. Odwróciłam się błyskawicznie i zobaczyłam dzika. Nie byle jakiego. Ciemno niebieski dzik z dużymi kłami patrzył na nas jak na żarcie i ruszył w naszą stronę. Meg pisnęła i dała nogę w las,ja za nią,a Puk prowadził. Dzika świnia nie chciała odpuścić,więc musieliśmy się przedostać przez krzaki malin,większych ode mnie. Dzik jakoś nie miał ochoty włazić za nami. Cały czas obserwowałam niebieskiego potwora,więc nie za bardzo zwracałam sobie uwagi co mam pod nogami. Potknęłam się o korzeń,ale złapałam równowagę. Przedarliśmy się przez krzaki malin na wielką polankę. Mieliśmy tego pecha,że to była polana satyrów. Od pasa w dół mieli nogi kozy górskiej,a od pasa w górę byli ludźmi. Założę się,że mieli też różki. Weszliśmy na terytorium młodych satyrów. Pewnie dlatego niebieski dzik nie polazł za nami. Dwadzieścia pięć par oczu gapiło się na mnie. Meg zmieniła się w małego kotka z czerwonymi oczami i skryła za moimi nogami.
-Czemu się na mnie gapią?-zapytałam elfa.
-Jesteś dziewczyną-odpowiedział-Najprawdopodobniej Cię przelecą-dodał,widząc moją minę.
-Pierwszy raz zaczynam żałować,że nie urodziłam się jako chłopak-mruknęłam.
-Mam plan jak uciec,ale trzeba odwrócić ich uwagę-oznajmił Puk-Zmienię się w konia i wsiądziecie mi na grzbiet. Może jakoś uda mi się nas stąd wydostać-dodał.
-Do dzieła-mruknęłam.
Puk zaczął się zmieniać w konia,a ja próbowałam wymyślić coś co może odwrócić uwagę satyrów.
-Meg,zmień się i wsiadaj na jego grzbiet-nakazałam małej.
Wykonała moje polecenie bez żadnych protestów,a satyrowie nie zwracali na nich uwagi,tylko gapili się na mnie wygłodniałym i pełnym żądzy spojrzeniem. Przez to nie czułam się komfortowo i swojo. Ze stada wystąpił wyższy od reszty satyr i obstawiam,że jest ich wodzem albo czymś takim. Uśmiechnął się wesoło i seksownie. Zapewne używał jakiegoś uroku czy czegoś takiego na mnie,ale jego magia na mnie nie działała. Po prostu urok się ode mnie odbijał,spływając jak deszcz.
-Nie musisz się bać-odezwał się-Nie zrobimy Ci krzywdy-dodał.
Wtedy usłyszałam tętent kopyt gdzieś z oddali. Oj! mamy mało czasu. Stałam pomiędzy jednym niebezpieczeństwem,a drugim. Oba były groźne i oba chciały mi coś zrobić. Miałam już tego serdecznie dość. Przez moją pięciosekundową nieuwagę,satyr był trochę bliżej mnie. Pomyślałam o żenującej sytuacji,a na moich policzkach pojawiły się szkarłatne rumieńce.
-Nie zrobicie mi krzywdy?-zapytałam nieśmiało.
Boże! moje nędzne aktorskie talenty zadziałały na satyrze!
-Sprawimy,że będziesz szczęśliwa-zapewnił mnie.
Konie były na tyle blisko,by usłyszał je Puk. Rzucił mi przerażone spojrzenie,ale dyskretnie pokazałam mu palec wskazujący i środkowy. Jeszcze dwie minuty.
-Szczęśliwa?-rzuciłam z rozmarzeniem.
-Oczywiście! Poczujesz się spełniona i szczęśliwa z nami!-widać,że złapał haczyk tak samo jak inni satyrowie na polanie.
-Jesteś pewny?-zapytałam,wahając się.
Została minuta,a konie były dwadzieścia pięć kilometrów za nami. Jasna cholera!
-Nie wierzysz mi?-zapytał z lekkim oburzeniem w głosie satyr.
Zdenerwowałam go,pytając,ale kiedy zobaczył przerażenie na mojej twarzy,od razu złagodniał i zmienił taktykę.
-Och,kwiatuszku! Będziesz najszczęśliwsza na całym świecie jeśli z nami zatańczysz! Jesteś taka piękna,że smutek i inne złe emocje,ranią moje serce,kiedy je czujesz-mówił cały czas się do mnie zbliżając.
Znowu udałam rozmarzenie,więc pokonał dzielącą nas odległość. Tylko na to czekałam.
-Nie jestem kwiatuszkiem. Nie lubię romantyków. Nie lubię,jak ktoś na mnie naciska z wyborem. Nienawidzę,kiedy ktoś próbuje mnie zaciągnąć do łóżka. I w życiu tu nie zostanę!-warczałam w tym samym czasie jak nokautowałam satyra. Wywinął pięknego kozła do tyłu,spadając na swoich poddanych,nieprzytomny i zwalając ich z nóg.
-Wiejemy-rzuciłam do Puka i nie czekając na niego,zmieniłam się w swoją kocią postać i wzięłam nogi za pas.
Przebiegłam przez łąkę i dałam nura w las. Satyrowie ostrząsneli się z szoku,wódz zdążył się ocknąć i rzucili się za nami w pogoń. Szybcy byli,ale byliśmy dalej i troszkę im to zajęło,żeby nas namierzyć. Uśmiechałam się szeroko w kocim uśmiechu,rozbawiona i dumna ze swojego aktorskiego talentu. Bez problemu nadążałam za Pukiem w swojej kociej postaci,więc się przemieniłam w ludzką postać.
-To było niezłe przedstawienie-pochwaliła mnie Meg z uśmiechem.
-Jak nie wyjdzie mi w uzdrawianiu i tym podobnym to mogę zacząć jako aktorka-stwierdziłam,biegnąc obok Puka w końskiej postaci.
-Jestem pewna,że w tej roli pójdzie Ci świetnie-odpowiedziała moja siostrzyczka.
Wściekli satyrowie nadal nas gonili,ale nie to zaniepokoiło mnie najbardziej. Mroczny "Książę" Kretyn był coraz bliżej ze swoją świtą,a my nie mieliśmy gdzie się ukryć. Drzewa rosły bardzo rzadko, zwierząt nie było,ale za to zbliżaliśmy się do Jasnego Dworu,króla Oberona i królowej Tytanii. To było gdzieś przed nami. Dzieliło nas od dworu jakieś pięć kilometrów albo więcej.
-I tak po prostu władujemy się na teren króla Oberona? Wpieprzymy się w biegu do pałacu,ścigani przez jakiegoś mrocznego Pikassa i jego świtę oraz stado satyrów?-zapytałam Puka.
-Musimy ich jakoś spowolnić,bo za kilka sekund znajdziemy się w zasięgu strzał-stwierdziła z niepokojem Meg.
-Co powiesz na mały wyścig,koniku?-rzuciłam do Puka.
Zarżał z rozbawieniem,jakby mówił "I tak mnie nie pokonasz!" po czym wystrzelił do przodu.
-To nie było uczciwe!-warknęłam za nim i skoczyłam w powietrze.
Zmieniłam się w czarnego kota,wylądowałam i ruszyłam za koniem,machając ogonem w rozbawieniu. Jestem od niego szybsza. Nie chciało mi się biec za nim bezszelestnie,więc nawet się nie starałam. Miał przewagę,bo wyforsował się do przodu. Położyłam po sobie uszy i bez trudu go wyprzedziłam bez trudu. Jeśli zginiemy,to przy najmniej będziemy zajęci rywalizacją. Kilka metrów przed otwartą braną do Jasnego Dworu,usłyszałam przerażony krzyk Meg. Puk biegł metr za mną i został trafiony przez Mrocznego Picassa. Runął na ziemię z hukiem,a za nim leżała Meg. Puk miał strzałę w stopie,a kiedy tylko upadł na ziemię i przejechał po niej trochę,zmienił się w swoją postać. Wbijając ostre pazury w trawę i orając ją,zatrzymałam się. Odwróciłam się,przeskoczyłam nad zwijającym się z bólu elfie i rzuciłam Meg spojrzenie mówiące: Pomóż mu. Zmieniłam się w ludzką postać i zrobiłam kilka kroków w stronę zdumionej pogoni. Odsłoniłam zęby,posłałam Mrocznemu Picassowi zabójcze spojrzenie i poczułam przyjemne kłucie w całym ciele. Palce mi się rozjaśniły na srebrno,a ja poczułam moc. Nie byle jaką. Obudziłam swoją uśpioną moc,wściekłością. Rozchyliłam ręce,jakbym chciała ich wszystkich przytulić i wtedy...Buuum!!! Jak srebrne tornado,srebrny wiatr wyrzucił wrogów do tyłu kilka kilometrów. Nie wiedziałam jak ja to zrobiłam. Zresztą ostrość widzenia mi się zamazała,a ja poczułam ogromne zmęczenie. Kolana się pode mną ugięły,a ja straciłam przytomność,zanim zderzyłam się z ziemią.









piątek, 20 marca 2015

Rozdział 5. Mroczny Łów.

Myślę,że mi odbiło. Poszłam z moją małą siostrzyczką,którą poznałam kilka godzin temu i chłopakiem,którego wogóle nie znałam do jakiejś krainy w szafie mamy. Katherina została porwana przez jakieś mityczne stfory z jakiejś głupiej książki. Kłopoty zaczęły się dopiero w nocy. Moja ośmioletnia siostrzyczka zasnęła na moich rękach. Miała białe włosy,kilka centymetrów za ramionka,czerwone,duże oczy i uszy identyczne jak moje. Ogony też miałyśmy takie same. Była mi zaledwie do bioder. Kilka minut temu zażyłam kąpieli w stawie kapii czy jak to się nazywa. Nigdy wcześniej nie wiedziałam,że jakiś koń może być przerażący,teraz już wiem. Podczas zażywania kąpieli,na którą nie byłam przygotowana,dołączył do mnie właściciel stawu i o mało mnie nie zżarł. Widziałam tylko jego łeb i szyję. To był biały łeb konia o pustym i nienawistnym spojrzeniu. W dodatku miał szpiczaste i ostre zęby. Nigdy więcej się nie zbliżę do żadnego stawu. Udało mi się wyleź z tego przerażającego stawu. A wszystko przez jakiegoś złośliwego skrzata,który przybrał postać Katie. Byłam rozzłoszczona i tylko Meghan mnie uspokajała. Obejmowała mnie swoimi małymi rączkami
za szyję i słodko miałczała. Szłam koło Puka,elfa. Miał rude włosy i zielone oczy. Byłam z nim równa,oczywiście bez moich uszu. A potem usłyszałam mrożące krew w żyłach wycie. Sześć psów było daleko w tyle,za nami i biegło naszym tropem.
-Mroczny Łów-szepnął do mnie,jakbym rozumiała o co chodzi.
Nie spodobało mi się słowo "łów". Jakbyście jeszcze nie wiedzieli mimo,że jestem Kotołakiem,psy mnie nienawidzą. I wzajemnie,ale kiedy znajdują się blisko nas,Kotołaków całkowicie szaleją z wściekłości i nienawiści. Jedyna dobra wiadomośś była taka,że księżyc był w pełni,a mnie rozsadzała energia. Mała obudziła się,kiedy psy myśliwskie zawyły po raz kolejny. Dziwne było to,że słyszałam tylko jednego konia z jeźdźcem. A gdzie inni?
-Mroczny Książę Ash,na nas poluje-oznajmił Puk,wyraźnie zaniepokojony.
Zdążył mi opowiedzieć co nie co o swoim świecie. Dzikie potwory,elfy,satyrowie,centaury,ogry,trolle i wiele innych,żyło w tym świecie. Świecie NigdyNigdy. Dziwna nazwa,wiem.
-Psy są moje-oznajmiłam z drapieżnym uśmiechem.
-Ash jest najlepszym myśliwym na tym świecie-powiedział ponuro elf.
-Nie ma lepszych łowców od Kotołaków-odparowałam,stawiając Meghan na ziemi-Niedaleko jest małe jezioro. Przepłyńcie na drugą stronę i wdrapcie się na jakieś duże drzewo-nakazałam,patrząc w czerwone oczy mojej młodszej siostrzyczki.
Co z tego,że znałam ją tylko kilka godzin? Siostrzana miłość nie zna czegoś takiego jak czas. Kucnęłam,żeby nasz wzrok był na tym samym poziomie i uśmiechnęłam się do niej.
-Nie chce się z Tobą rozłączać-szepcze cicho,a w jej oczach widzę wzbierające łzy.
-Mała,a kto mówi,że się rozłączamy? Ja tylko spiorę dupsko złemu kretynowi,który chce nas zabić. Zrobię mu brzydkie siniaki i zlikwiduję te wredne psiska,które nas nie tolerują,a
potem Was dogonię i ruszymy dalej-oznajmuje małej.
Pociąga nosem i przytula mnie mocno. Otaczam ją ramioniami.
-Skop mu porządnie dupsko-prosi cicho.
-Dla Ciebie wszystko,mała-mruczę cicho.
Odsuwa się ode mnie i rusza biegiem za Pukiem. Tylko raz się ogląda,a ja mrugam do niej z uśmiechem. Kiedy znikają za zakrętem,przemieniam się w kota,większego niż w moim
świecie,zaczynam się turlać i ocierać o drzewa w pobliżu. Kiedy psy tu dotrą to oszaleją. Wskoczyłam na gałąź drzewa przy drodze i w cieniu liści przyczaiłam się na Asha. Psy pojawiły się pierwsze i tak jak podejrzewałam,zaczęły głośno ujadać i rzucać po krzakach z szaleństwem w oczach. Zaraz za nimi zobaczyłam czarnowłosego,przystojnego elfa. Napięłam wszystkie mięśnie i skoczyłam na niego,kiedy tylko znalazł się naprzeciwko mnie. W powietrzu przemieniłam się w swoją ludzką postać. Siła i mój ciężar sprawiły,że zleciał z konia. Zabolało zderzenie się z nim,ale był tak oszołomiony nagłym atakiem,że wleciał do rowu przy wydreptanej drodze,koń przerażony stanął dęba,zgniatając jednego psa myśliwskiego i pogalopował z powrotem tam skąd przybył,ale bez jeźdźca. Kiedy tylko wylądowałam na trawie i zatrzymałam się. Błyskawicznie wstałam bez żadnego obrażenia i przemieniłam się w dużego kota,prawie dorównywałam myśliwskim psom wzrostu. Z głośnym sykiem rzuciłam się na najbliższego psa i skręciłam mu zęby. Dwa z głowy,zostało cztery. Byłam od nich szybsza i zwinniejsza. Mój koci zapach sprowadzał psy na skraj szaleństwa,przez co szybko i łatwo pokonałam pozostałe trzy psy. Czwarty okazał się trochę bardziej opanowany. Rany goiły się błyskawicznie i już
po chwili byłam równie szybka,zwinna i pełna energii jak na początku. Pies trzymał się na dystans i odskakiwał ode mnie kiedy go atakowałam. Mogę nie skupiać się na jednej rzeczy w tym samym
czasie,tylko na wielu,ale ktoś kto nie spotkał nikogo takiego jak ja nie wiedział o tym. Elf nie wiedział,że wiedziałam,że celował do mnie z łuku swoją jedyną strzałą. Czekał na właściwy moment,by wystrzelić. Wahał się czy od razu mnie zabić,czy mocno zranić i wziąć w niewolę,do klatki. Kiedy się zdecydował,zatrzymałam się na chwilę,udając zainteresowanie psem. Czekałam,aż wystrzeli swoją
jedyną strzałę,bym mogła mu nakopać do dupy. Wypuścił strzałę,która miała mnie ugodzić w serce,ale jedyne co zrobiła to zadrasnęła mnie w brzuch,jak stanęłam na tylnych łapach. Przez moje ciało,
przeleciała fala zimna,a wodół rany,na sierści miałam szron. Więc władał jakąś mocą lodu? Tego nie wspomniał Puk. Pies rzucił się na mnie,ale odsłonił swoją szyję,więc przemieniłam się i z całej siły
kopnęłam go w odsłonięte miejsce. Chrupnęło,a bezwładne ciało poleciało w krzaki. Wstałam i odwróciłam się do elfa. Zanim zdążył zareagować,czy otrząsnąć się z szoku,z całej ciły kopnęłam go w
brzuch,tak że poleciał do tyłu,zamglony bólem i jeszcze większym szokiem. Podeszłam do niego leniwie.
-To ja jestem najlepszym łowcą-oznajmiłam mu cicho-Nie trop nas,nie idź za nami,bo nie będę mieć litości. To jedyne ostrzeżenie jakie dostaniesz-dodaję i nokałtuję go.









Rozdział 4. Czy Ty mnie śledzisz?

Stoję i wkładam na półkę pędzle. Pracuję u Claytona,miłego starszego pana z poczuciem humoru. Connor i Travis również pracują. Są synami pana Claytona. Oboje są rudawi i mają piwne oczy. Są przystojni i mili. Traktują mnie jak młodszą siostrę,co czasami bywa wkurzające. Tak,pracuję w sklepie z narzędziami. Mam na sobie czarne rurki,niebieski podkoszulek o jeden rozmiar za duży i conversy. Włosy zaplotłam w dobierańca. Kiedy kończę wykładanie,odstawiam wózek na swoje miejsce i robię mały obchód wśród klientów. Widzę starszą panią z ciężką,dużą torbą z zakupami. Podchodzę do niej z miłym uśmiechem.
-Pomóc pani?-pytam.
Uśmiecha się do mnie z wdzięcznością i podaje mi torbę. Nie jest za lekka,ale jestem silna.
-Miła z Ciebie młoda dama-mówi do mnie.
Podchodzę do drzwi,odwracam się i popycham plecami,przytrzymując je dla starszej kobiety. Idę za nią do szarego auta w milczeniu. Otwiera bagażnik,a ja kładę do środka torbę.
-Miłego dnia życzę pani-mówię i wracam do sklepu.
Opieram się o ladę,za którą stoi Connor.
-Jak zawsze pomocna-podżeźnia się mi.
-Jak zawsze pacan-odparowuję i śmiejemy się.
On wraca do sprawdzania produktów,a ja odpisuję Katie na wiadomość. Wkładam swój zielony,dotykowy telefon do tylnej kieszeni i obserwuję klientów. Majsterkowicze,obudzili się dopiero na wiosnę. Ruch powili staje się mniejszy. Nudzi mi się trochę.
-Ana!-woła mnie Travis.
Przewracam oczami i idę do niego. Wygląda na zagubionego i zażenowanego,jak zawsze kiedy czegoś nie wie. Obsługuje wysokiego bruneta w białej koszuli,dżinsach i conversach. Rozbawiona,podchodzę do nich.
-Mogłabyś się zająć,panem Grey'em?-pyta,a ja blednę lekko.
To raczej było pytanie retoryczne,bo Travis w pięć sekund znika w magazynie. Pewnie,Ana się wszystkim zajmie-warczy moja podświadomość za nim. Odwracam się do Grey'a z uniesioną brwią. Uśmiecha się do mnie. Christian Grey we własnej osobie stoi przede mną.
-Czy Ty mnie śledzisz?-pytam go.
-Tak-potwierdza,obserwując moją reakcję.
Nie jestem zdziwiona.
-Przyszedłeś tu tylko,żeby się ze mną spotkać czy coś kupić?-pytam.
-I jedno,i drugie-odpowiada z uśmiechem i wiem,że ze mną flirtuje.
-W takim razie czego szukasz?-nie wiem co ja mam z tymi pytaniami.
-Głównie sposobu,żeby się z Tobą umówić i liny,czarnej z naturalnego włókna-odpowiada,a ja oblewam się rumieńcem.
Jezu! Czemu się rumienię? Przecież nie powiedział niczego niezwykłego! Przewracam oczami z niemądrym uśmiechem i przechodzimy trzy regały w prawo do lin. Odnajduję właściwą i patrzę na niego pytająco.
-Ile metrów?-pytam.
-Sześć-odpowiada.
Odliczam sześć metrów czarnej liny z włókna naturalnego i przecinam wprawnie,małym nożykiem z tylnej kieszeni. Zwijam odmierzoną linę i mu wręczam. Chowam z powrotem nożyk i odkładam resztę liny na miejsce.
-To jak? Dasz się zaprosić na randkę?-pyta wprost.
-Zastanowię się i dam odpowiedź wieczorem-odpowiadam z chytrym uśmieszkiem.
Wtedy od robi coś co mnie szokuje. Podchodzi i całuje mnie,w usta. To namiętny pocałunek,który odwzajemniam. Po chwili odsuwamy się od siebie z uśmiechami.
-To było zaskakujące-mamroczę.








Rozdział 3. Nie znam nikogo takiego.

Kiedy dzwoni dzwonek do drzwi,idę otworzyć. Otwieram drzwi i widzę mężczyznę w koszuli i czarnych spodniach od garnituru. Jest spokojny i patrzy na mnie ciepło. Jest byłym wojskowym,rozpoznaję to po jego chudej sylwetce i jasnych,krótko ostrzyżonych włosach.
-Dzień dobry-witam go-O co chodzi?-pytam uprzejmie.
-Panna Rain?-odpowiada uśmiechem.
Jestem zaskoczona i zdezorientowana,ale ukrywam to pod maską spokoju.
-Tak-potwierdzam.
-Mam pani to przekazać-oznajmia i podaje mi czarne pudełko.
Już nie kryję zdziwienia.
-Dlaczego?-pytam,ale on wzrusza ramionami,że nie wie.
-Od kogo?-nie odpuszczam.
-Od pana Christiana Grey'a-odpowiada.
Przez pięć sekund przeszukuję pamięć,ale nie kojarzę imienia i nazwiska.
-Nie znam nikogo takiego-oznajmuję,uparcie nie biorąc pudełka.
Nie lubię niespodzianek ani prezentów. A już zwłaszcza od nieznajomych.
-Pan Grey chce z panią porozmawiać-mówi w końcu blondyn.
Siłą woli mu nie odpyskowałam czegoś naprawdę mądrego w stylu "A on wie co to znaczy spotkanie?".
-No to niech sam przyjdzie-odpowiadam.
-Pan Grey wyjechał na pilne spotkanie i nie może osobiście przyjść-cierpliwie tłumaczy.
Naprawdę jest cierpliwy.
-Nie mogę przyjąć tego czegoś,cokolwiek to jest-oznajmiam.
-To telefon-odpowiada mężczyzna.
-W takim razie nie mogę przyjąć telefonu-warczę.
Nie jestem cierpliwa. Mówię "nie" to znaczy "nie".
-Ana? Wszystko w porządku?-pyta Karie,pojawiając się koło mnie znikąd.
-Tak,w porządku-odpowiadam.
Działa na mnie uspokajająco. Nie chcę ją denerwować,ani niepokoić,więc mięknę. Biorę od mężczyzny czarną paczkę,a on oddycha z ulgą.
-Mam coś podpisać?-pytam go.
-Nie. To wszystko-odpowiada z uśmiechem-Życzę panią miłego dnia-dodaje i idzie do auta zaprakowanego przy chodniku.
Katie się śmieje,wchodząc do kuchni,a ja idę za nią,z paczką na wyciągniętej dłoni. Ja również się śmieję jak wariatka. Kładę paczkę na stół i wyciągam z szafki łyżkę.
-Będziesz otwierać paczkę łyżką?-pyta przyjaciółka.
-Nie-zaprzeczam.
Z górnej szafki wyciągam słoik masła orzechowego i otwieram go,wkładając do środka łyżkę po czym siadam na stołku barowym,przy marmurowym,wysokim i czarnym barze kuchennym. Karie siedzi naprzeciwko mnie,obserwując moje ruchy i śmiejąc się. Zjadam dwie łyżki masła orzechowego,zapamiętując jak smakuje. Kto wie co może się kryć w tym opakowaniu? Opanowuję się i bardzo ostrożnie otwieram czarne pudełko. Na gąbkach znajduje się czarny BleckBerry ten najnowszy. Katie śmieje się głośno i radośnie,z mojej miny. Hmm...spodziewałam się jakiejś małej bomby czy czegoś w tym rodzaju. Włączam czarny,duży telefon i kładę go na blacie,a pudełko chowam do szafki,najbliżej mnie.
-Przyjęłaś od obcego faceta prezent,a ja muszę Cię namawiać,żebyś wzięła coś ode mnie-wzdycha.
-Właśnie byłam w trakcie kłótni z tym facetem,kiedy się pojawiłaś-bronię się-Nie chciałam Cię denerwować,więc wzięłam paczkę,dość niechętnie-dodaję i zapycham sobie usta masłem orzechowym.
-W takim razie masz brać ode mnie prezenty bez narzekania-oznajmia Katie.
Kiwam głową,a ona wstaje i zaczyna robić coś do jedzenia. Chwilę później dzwoni czarny BlackBerry i wyświetla się nazwa "Christian". Mam w ustach masło orzechowe i nie za bardzo mogę mówić właśnie w tej chwili. Katie podaje mi szklankę mleka,więc szybko ją wypijam i odbieram. Teraz mogę mówić.
 -Słucham?-pytam chłodno i uprzejmie.
-Słyszałem,że miałaś opory przed wzięciem telefonu-mówi męski głos,prawdopodobnie Christian Grey.
Wstaję i wychodzę z kuchni.
-Nie lubię dostawać prezentów,szczególnie od nieznajomych-odpowiadam,siadając na szczycie schodów.
-Widziałaś mnie,wczoraj w nocy-oznajmia.
Marszczę brwi.
-Jesteś tym brunetem o szarych oczach?-pytam,totalnie zdziwiona.
-Dokładnie-potwierdza.
Zagryzam wargę,by powstrzymać moje mądre słowa.
-Dlaczego po prostu nie podszedłeś i się nie przedstawiłeś?-pytam z czystej ciekawości.
-Nie przepadam za takimi miejscami i nie chciałem,żebyś pomyślała,że chcę Cię przelecieć-odpowiada,a ja się śmieję.
-To dlaczego przyszedłeś do klubu?-pytam,kiedy przestaję się z niego śmiać.
-Przyjechałem po brata-odpowiada.
-Rozumiem-mówię-Wiesz kim jestem?-pytam go.
-Anastasią Rain-odpowiada z dezorientacją.
-Nie o to mi chodzi-oznajmiam.
-Tak,ale nie obchodzi mnie to-mówi.
-Dlaczego w ogóle dzwonisz?-pytam go.
-Bo mi się spodobałaś-odpowiada.
Marszczę brwi,zdziwiona.
-Skąd wiedziałeś gdzie mieszkam?-pytam cicho.
-Z pewnego źródła-odpowiada wymijająco.
-Jakiego źródła?-pytam,marszcząc brwi.
Wynajął kogoś,żeby mnie namierzył? To się robi naprawdę dziwne,a wiem coś o tym.
-Cóż,moja droga,nie muszę Ci się tłumaczyć-mówi chłodno.
-To po co dzwonisz?-pytam rozbawiona.
-Bo chcę się z Tobą umówić-odpowiada,a ja się śmieję.
-Zaufanie. Na tym polega związek-oznajmiam mu i się rozłączam.
Wyciszam telefon i wkładam go do tylnej kieszeni spodenek. Wstaję i wracam do kuchni. Katie nakłada jedzenie na talerze i siada naprzeciwko mnie. Jemy w milczeniu.







Rozdział 2. Bredzisz.

       Wysiadłam z samochodu Katie i ruszyłyśmy do głośnego klubu o jakiejś dziwnej nazwie. Kiedy tylko znalazłyśmy się w środku muzyka mnie na chwilę oszołomiła. Czułam dym papierosowy,alkohol i pot. Dawało to nie za piękny zapach. Klub miał dwa piętra i w obu były duże bary obsługiwane przez dziesięcioro ludzi. Pięciu na dole i pięciu na górze. Na dole był wielki parkiet do tańczenia,a na górze stoliki i loże dla pijanych i rozmawiających. Świeciły się lasery,neonowe światła i w ogóle to wszystko co utrudnia zwykłemu człowiekowi widzenie na dłuższe odległości. Grała naprawdę głośna muzyka. Przyjaciółka zaciągnęła mnie na sam środek parkietu i zaczęłyśmy tańczyć. Klub był wypchany po brzegi przez studentów i licealistów. Ja razem z Katie kończyłyśmy ostatni rok studiów. Kiedy tylko zaczęłam się ruszać poczułam czyjś wzrok na sobie. Rozejrzałam się i w którymś momencie moje spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem szarych oczu należących do bruneta. Miał na sobie białą koszulę,dżinsy i conversy. Wyglądał na dwadzieścia pięć lat i był cholernie przystojny. Stał przy balustradzie na drugim piętrze i patrzył na mnie z uśmiechem. Coś mnie do niego przyciągało. Wiem to głupie,bo nawet go nie znam. Też się do niego uśmiechnęłam,ale odwróciłam wzrok. Katie śmiała się cicho ze mnie.
-To jedyny chłopak,na którego widok się zarumieniłaś!-stwierdziła.
Policzki bardziej mnie zapiekły. Przeczesałam włosy palcami.
-Bredzisz-oznajmiłam jej,ale ona wcale już nie zwracała na mnie uwagi.
Patrzyła na czarnowłosego chłopaka i ruszyła w jego stronę. Katie ruszyła na łowy. Zaśmiałam się i wróciłam do tańczenia. Musiałam pozbyć się energii mniejszej niż w czasie pełni,ale większej,niż zazwyczaj. Oczywiście mogłam wdać się w bójkę,co czasami mi się zdarza.
       Zastygam w bezruchu kiedy słyszę krzyk. Był cichy,przerażony i bardzo znajomy. Odwracam się w bok,skąd dochodził krzyk Katie,ale widzę tylko ścianę. Jest na zewnątrz. Kładę uszy po sobie i zaciskam zęby. Nawet nie wiem,że warczę groźnie. Ruszam biegiem do drzwi wyjściowych,przeciskając się przez tłum tańczących ludzi. Kiedy znajduję się na zewnątrz-nastawiam uszy i biegnę w stronę skąd dochodził krzyk mojej przyjaciółki. Już z oddali widzę przyciśniętą do ściany budynku jasnowłosą dziewczynę,w której od razu rozpoznaję moją przyjaciółkę. Mężczyzna,który ją trzyma ma czarne włosy i zielone oczy. Jest wysoki i silny. Uchylam się przed gałęzią i zatrzymuję w mroku z położonymi po sobie uszami. Przez chwilę obserwuję oboje,żeby się upewnić. Facet się do niej dobiera,a ona błaga,żeby przestał.
-Powiedziała "Nie",czego nie rozumiesz?-pytam niskim głosem,w którym można usłyszeć groźbę i ostrzeżenie.
Zaskoczony nieruchomieje i patrzy się w ciemność w której stoję,ale mnie nie widzi. Za to ja widzę doskonale,w słabym świetle latarni. Wychodzę z cienia,patrząc mu w oczy i opuszczając magię ochronną.
Tylko na chwilę. Cofa się przerażony,a ja podchodzę do Katie,która pochlipuje i zasłaniam ją własnym ciałem. Każdy mięsień na ciele mam naprężony,gotowy do ataku.
-Masz trzydzieści sekund na zabranie stąd swojego obrzydliwego tyłka-warczę na niego.
Napina mięśnie,ale odchodzi pośpiesznie,zbyt przerażony tym co mu pokazałam. Prawda jest taka,że jestem przerażająca kiedy bardzo się wścieknę,a teraz jestem cholernie wściekła. Przez to wściekłość nie panuję nad swoim ciałem i mój ogon jest widoczny. Czarny i długi,poruszający się teraz na boki bardzo szybko. Odwracam się na pięcie i podchodzę do skulonej przyjaciółki z troską. Przytula się do mnie płacząc jeszcze bardziej. Cała się trzęsie. Otaczam ją ciepłymi ramionami i lekko nas kołyszę na boki. Nic nie mówię,bo to jest zbędne i nic nie pomoże. Po prostu cierpliwie czekam,aż się uspokoi.
          Po kilku minutach przestaje płakać,z braku łez i już się nie trzęsie. Odsuwa się ode mnie.
-Chodź,wracamy do domu-mówię cicho,uspokajająco.
Kierujemy się na przody klubu,a kiedy stajemy przed autem,Katie oddaje mi kluczyki. Znamy się bardzo dobrze i cisza nie jest krępująca. Wsiadamy do zielonego samochodu,wkładam kluczyki do stacyjki i przekręcam. Silnik warczy,budząc się do życia. Włączam muzykę z radia i jedziemy. Nie przekraczam swojej prędkości,czyli stu piędździesięciu na godzinę. Widzę wszystko wyraźnie,mimo prędkości. Kotołaki już tak mają. Do domu dojeżdżamy po czwartej nad ranem. Katherina wysiada i idzie do domu,a ja wjeżdżam do garażu,gaszę auto i zamykam garaż. Wchodzę do domu i gaszę zapalone przez przyjaciółkę światła. W ciemności idę do swojego pokoju i sprawdzam na komórce zabezpieczenia na całym terenie. Wszystko jest w porządku,więc się kładę w ubraniach i zasypiam,śniąc o szarych oczach.
      Budzę się w samo południe,wyspana i wypoczęta. Biorę prysznic,ubieram dresy i jakąś czarną,za dużą bluzkę oraz buty do biegania. Zabieram telefon i schodzę na dół. Katie nie ma jeszcze na dole,więc zostawiam karteczkę,że wyszłam pobiegać i jakby co,ma dzwonić. Wychodzę z domu i zamykam drzwi na klucz. Robię wysokiego kucyka na czubku głowy i ruszam. Skupiam się na biegnięciu,to pochłania mnie bez reszty. Potrafię przebiec osiem kilometrów bez przystanków. Z tego zamyślenia wyrywa mnie zegarek mierzący kilometry. Zatrzymuję się i podglądam na niego. Z tego wszystkiego zrobiłam osiem kilometrów. Odwracam się i biegnę z powrotem. Do domu biegnę szybciej,przez co się bardziej męczę. Nie przeszkadza mi to.
       Po godzinie jestem w domu,który jest pusty. Wchodzę do kuchni i widzę karteczkę od Katie. Ma specificzne pismo. Lekko pochyłe,wydłużone litery. Uśmiecham się lekko. Wyszła na miasto po zakupy. Powinna zaraz wrócić Biorę ciepły prysznic,ubieram pierwsze lepsze ciuchy i w spartetko-papciach wychodzę z pokoju. W rękach niosąc laptop. Wchodzę na swoje konto i sprawdzam mejle. Trzy od May,mojej zwykłej siostry,pięć od mamy i jeden od Mell,koleżanki z pracy. Odpisuję na wszystkie. Kiedy kończę,sprawdzam co tam w świecie. Karie zatrzymuje się na podjeździe,więc wychodzę jej na spotkanie. Jest spokojna i uśmiechnięta,a to znaczy,że wydarzenia z nocy poszły w niepamięć. Cieszy mnie to,że się tym nie przejęła. Wnosimy zakupy i rozpakowujemy je w kuchni.






Rozdział 1. Zabawa w pełni księżyca.

Drzemałam sobie na gałęzi drzewa w swojej zwierzęcej postaci,czyli czarnego kota,kiedy wyczułam poruszenie mojej najlepszej przyjaciółki. Mieszkałam z nią w naszym wspólnym domu. Był biały jak kilka innych domów i miał czarne dodatki. Posiadał wielki ogród i mały sad za domem,w którym się znajdowałam. Lubiłam mój mały sad,zwłaszcza w czasie pełni księżyca. Wtedy mam nadmiar energii i muszę ją spalić.
Wczoraj była pełnia,więc dzisiaj odpoczywam,ale po poruszeniu Katie wnioskuję,że zarwę kolejną noc.
-Ana!!-zawołała mnie przyjaciółka.
Wzniosłam oczy ku niebu,ale zeskoczyłam z drzewa,przybierając swoją normalną postać. Powietrze
wokół mnie zafalowało,a ja poczułam łaskotanie na ciele. Wylądowałam na nogach. Miałam na sobie fioletowy podkoszulek z białym nadrukiem,bluzę na zasówak czarno-różową,czarne spodenki z różowym paskiem nadziewane kwadratowymi ćwiekami i doczepianymi,małymi srebrnymi łańcuszkami. Zakolanówki czarno-różowe i czarne buty. We włosach miałam złotą spinkę w kształcie gwiazdy,na palcach dwa czarne,zwykłe pierścionki,na ręce ciemnofioletową,grubą brązoletkę z kolcami. Na szyi miałam dwa naszyjniki. Pierwszy przylegał do szyi i był identyczny jak brązoletka,a drugi,dłuższy i czarny ze srebrnym sierpem księżyca. Katie miała podobny naszyjnik,tylko że ze złotym łańcuszkiem. Różowe włosy sięgały mi do łopatek i miałam grzywkę. Ruszyłam leniwie do tylnych drzwi. Zajęło mi to jakieś trzy minuty. Otworzyłam drzwi i weszłam na korytarz i skierowałam się do kuchni,skąd dochodziły apetyczne zapachy ryby. Moja przyjaciółka właśnie odprawiała swój taniec radości,co nie wróżyło dla mnie dobrze. Usiadłam na krześle barowym i zaczekałam,aż skończy. Jej jasne blond włosy podskakiwały razem z nią. Była smukła i miała idealną figurę. Z jej radosnych kakaowych oczu wyczytałam radość. Kiedy wreszcie się ogarnęła i wyłączyła palniki na nowoczesnej kuchence,powiedziała coś co już wiedziałam.
-Idziemy do klubu całą paczką!-pisnęła radośnie.
Na ogół była spokojna,uśmiechnięta i uczyła się do egzaminów końcowych. W weekendy była szaloną,pragnącą przygód dziewczyną. Ja byłam cicha i unikałam zbyt głośnych pomieszczeń,a zwłaszcza klubów. Wolałam poczytać książkę albo spać. Moja kocia strona była leniuchem jak każdy kot,ale moja ludzka strona pragnęła czytać i gotować oraz spędzać aktywnie czas. Pogodziłam te obie strony. W weekendy leniuchuję ile się da,a pozostałe pięć dni czytam,gotuję i biegam. Zjadłyśmy kolację i poszłyśmy się szykować. No dobra,Katie poszła się szykować,a ja rozwaliłam się na kanapie i przełączałam kanały. Znalazłam jakiś film przyrodniczy i zaczęłam oglądać. Zasnęłam na nudnej reklamie.
-Masz dziesięć minut,Ana!-mówi Katie,pochylając się nade mną.
-Dam radę-odpowiedziałam i wstałam z kanapy.
Weszłam po schodach na górę i skręciłam na prawo. Otworzyłam czarne drzwi prowadzące do mojego pokoju i weszłam do środka. Duże i szerokie okno jest naprzeciwko drzwi,po prawej stronie stoi moje wielkie łużko,całe w czerni. Obok łóżka jest stolik nocny z lampką i książką,którą jeszcze nie skończyłam czytać. Po lewej jest wielka,srebrna szafa. Podłoga jest z czarnych paneli,a ściany są w kolorze srebra.
Na suficie jest wielki księżyc w pełni i gwiazdy,na ciemnym niebie. Obok okna stoi duży regał na książki,z książkami. Po drugiej stronie jest czarne biurko z cholernie wygodnym,krzesłem obrotowym na kółkach. Rozebrałam się do czarnej bielizny i wyciągnęłam z szafy srebrną podkoszulkędo połowy brzucha,czarne spodenki,srebrne zakolanówki i conversy. Rozczesałam proste włosy i byłam gotowa. Wyszłam na korytarz i weszłam do łazienki. Załatwiłam się i podeszłam do wielkiego lustra od podłogi do sufitu. Wyglądałam jak zawsze tajemniczo i pięknie. Czarne kocie uszy sterczały na głowie,źrenice były bardziej rozszerzone,niż zwykle(jak zawsze kiedy idę do głośnego klubu). Uśmiechnęłam się do swojego lekko opalonego odbicia. Kiedy się uśmiechałam widać było małe kły. Ludzie nie widzieli moich kocich uszu i źrenic. Moje białe zęby nie różniły się niczym od zębów innych ludzi. Niektórzy mieli małe kły jak ja,ale to nic nie zmieniało. Moja trójkątna twarz nie wyrażała żadnych uczuć. Wyszłam z łazienki i zeszłam na dół. Katie ubrała czerwoną sukienkę,pomalowała usta i oczy. Wyglądała ślicznie i seksownie jak zawsze. Robiła wrażenie na każdym facecie i mogła mieć każdego. Kiedy miała kłopoty zjawiałam się i wkraczałam do akcji.







Prolog.

Nie różnimy się na pierwszy rzut oka od śmiertelników. Ale jak się przejrzy maszą maskującą moc,zobaczy się uszy. Uszy kota,ale dużo większe. Mamy też większe dwa zęby,dokładnie jak u zwierząt drapieżnych. Możemy leczyć wszystkie rany,możemy zmieniać się w swoją postać. Nie umieramy,chyba,że ktoś nas zabije. Mamy niewidzialne dla nikogo,oprócz nas samych,ogony. Och! Zapomniałabym. Nie mamy okrągłych źrenic jak ludzie. U nas są pionowe jak u kota. Jesteśmy szybcy i pełni gracji. Potrafimy wejść tam,gdzie chcemy. Mieszkamy w lasach,podobnie jak królikołaki. Różnią się od nas tym,że nie mają ostrych kłów,pionowych źrenic i kocich uszu. Mają uszy królika i są równie zwinni jak my. W ich żyłach płynie krew potężnych królików,a w nas potężnych kotów. Żyjemy razem,sami albo w parach. Każdy może dołączyć do naszego klanu jeśli jest jednym z nas. Niestety jesteśmy nieliczni. Jesteśmy przed progiem wyginięcia. Mieszkamy wśród ludzi albo drzew. Niektórzy ludzie posiadają Wzrok. Widzą przez naszą magię. Kotołaki zazwyczaj mają dziwne włosy. Szare,białe,czerwone... Ja mam różowe włosy,wewnątrz uszu mam różową sierść. Mam też jasno niebieskie oczy. Jestem chuda,mam wystające kości biodrowe i jestem średniego wzrostu.