-Kagome!-krzyknął przerażony chłopczyk.
Bał się o mnie? Poczułam ciepło na sercu,ale zaraz je przegoniłam. Jak się nie skupie na potworze to mogę zginąć. Potwór przeniósł wzrok ze mnie na chłopczyka i warknął gardłowo. Błyskawicznie wykorzystałam okazję. W dwóch susach pokonałam odległość dzielącą mnie od jego stopy i cięłam sztyletami. Od razu odskoczyłam od niego na bezpieczną odległość.
-To ja jestem Twoim przeciwnikiem,kreaturo!-warknęłam.
Potwór na nowo skupił wzrok na mnie i zamachnął się w odpowiedzi łapą. Odskoczyłam,obnażając kły i sycząc na niego jak kot. Był za wielki,żeby zrobiły mu coś moje sztylety,więc czas na drugą rundę. Odwróciłam głowę w stronę Masutaro i małego chłopca-nie zdziwiło mnie to,że Kouga zwiał.
-Potrzebuję więcej miejsca na wszelki wypadek! Właźcie na odpowiednio dalekie drzewo!-krzyknęłam do nich,uchylając się przed łapą ze szponami.
Mój mistrz wiedział o co mi chodziło,ale niechętnie to uczynił.
-Chodź,Jun-nakazał mu białowłosy i razem odbiegli w las.
Odwróciłam głowę z powrotem do potwora. Wsadziłam na miejsce sztylet z prawej ręki,skupiając się na swoim zadaniu. Uniosłam prawą rękę tak,jakbym chciała czymś rzucić w potwora. Przywołałam swoją magię ognia,bo dzięki niej mogłam w jakimś stopniu władać ogniem. Magia ognia była nasionkiem,a ogień kwiatem,który z niego wyrasta. Jeśli ktoś posiadał magię ognia,jak ja,to mógł go kształtować według własnej woli. Mogłam zrobić z ogniem co tylko chciałam,ale do pewnego stopnia,ponieważ jeszcze nie osiągnęłam jeszcze pełnego wieku. Pełny wiek jest wtedy,gdy ma się ukończone pięćdziesiąt lat w swoim pierwszym stuleciu. Im będę starsza duchem,tym łatwiej będzie mi przychodzić panowanie nad ogniem. Podczas walki miałam większe trudności z panowaniem nad ogniem. Poczułam ciepło wypełniające mnie od środka i wiedziałam,że przywołałam magię ognia. Wyczuwałam w promieniu mili kilka ognisk,to było coś co przychodziło mi naturalnie,jeśli przywoływałam magię ognia. Nakazałam mojemu ogniu zmienić się w kulę ognia na mojej ręce. Poczułam jak energia ze mnie uchodzi,kiedy ogień po niecałej minucie postanowił wreszcie spełnić mój rozkaz. Wycelowałam i rzuciłam kulą ognia wielkości dużej piłki lekarskiej. Moja kula ognia trafiła potwora prosto w serce,przez co ryknął z bólu. Mój ogień sam się rozprzestrzeniał po jego ciele,ale Youkai nic sobie z tego nie robił. Raczej zrobił się trochę bardziej brutalny i wścieklejszy,a przez trochę mam na myśli,że dostał totalnej wścieklizny. Nie miałam na tyle siły,by mu zwiać,więc musiałam robić uniki przed jego łapami i pyskiem. Oczywiście jego łapy nie wyglądały tak jak przedtem,bo broniłam się przed pazurami i kłami jak tylko mogłam. Kłopot zaczął się jak byłam na tyle zmęczona,że nie miałam siły na uniki i atakowanie. Miałam płytki oddech i nie miałam sił walczyć z potworem. Problem pojawił się jak potwór złapał mnie w swoją prawą łapę i zaczął zgniatać.
-Kagome! Przesuń się z łaski swojej!!-krzyknął Inuyasha.
Wzniosłam oczy ku niebu. Jego głupota przewyższała jego samego. Jak ja niby miałam się ruszyć?
******~~~~******
Popatrzyłam ponuro na Masataro. Zgodził się bronić i pilnować zamek tylko dlatego,że miał mały dług u władcy. W porządku,rozumiem. Miał dług u władcy i spłacał do właśnie w tej chwili,no ale żeby mnie,Mitsuo-sama i Inuyasha'e[wybaczcie ale za cholerę nie wiem jak się to imię odmienia] w to wplątywać?
-Sprawdź co u Houshi-sama-nakazał mi Kotołak po niespełna dwóch minutach.
-Jak już skończę szkolenie u Ciebie to nie zamierzam Cię słuchać-oznajmiłam mu na pożegnanie.
Odwróciłam się i zeskoczyłam z muru na piach. Jesteśmy na terenie górskim. Zamek leży w połowie drogi na jakąś górę,której nazwy nie potrafię wymówić i nic nie robimy. Jun zaczął swój opóźniony trening na wojownika w wiosce obok studni,którą strzeżemy. Jak na razie chyba nieźle nam idzie,zważywszy,że jesteśmy od niej oddaleni pięcioma dniami drogi. W naszym czasie byliśmy sześć dni temu. Wzięliśmy ubrania-a przynajmniej ja-na zmianę,jedzenie-ten czas coś podejrzanie dziwnie odżywia się praktycznie jakimiś warzywami,tylko od czasu do czasu jedzą mięso czy ryby-,no i ja jeszcze zabrałam więcej broni. Aktualnie jestem ubrana w czarne getry,niebieski podkoszulek i trapery. Mam przyjmowacze ciosów na rękach(od nadgarstka do łokci metalowe opaski),noże do rzucania przypięte na udach,po dwa wąskie sztylety do zadawania ostatnich ciosów w butach i pas z moimi dwoma sztyletami do walczenia i batem. Mam więcej broni,niż wojownicy władcy tego cholernego zamku. Wszyscy,których mijam patrzą na mnie z podziwem,dystansem,albo po prostu gniewem. Bo niby po co im kobieta z bronią? Nie jestem zwykła o czym świadczą moje uszy i ogon oraz kły. Kilku nawet oskarżyło mnie o bycie Youkai. Bez trudu wskakuję na mur,na którym stoi Mitsuo. Jest Mnichem o czym świadczy jego dziwne ubranie podejrzanie pasujące do określenia jako sukienka. Ma szatę czarno-niebieską i laskę z takim dużym kołem z jednej strony,a na tym zawieszone kilka innych,które irytująco pobrzękują przy każdym jego ruchu. Przyjaciel mojego mistrza jest czarnowłosym chłopakiem około dwudziestu-pięciu lat. Jest wyższy ode mnie o pół głowy i ma zielone oczy,co tu,nie często się zdarza. Oprócz tego jest zboczony. Przyłączył się do nas po trzech dniach naszej wędrówki do tego zamku. Ogólnie zamek wyglądał jak każdy inny zamek w tym czasie. Mur miał zrobiony z drewna i był on prostokątem otaczającym kwadratowy zamek z drewna,gipsu i specjalnego papieru kolorowego. Papier był stosowany do rozsuwanych drzwi. Na moje oko cały zamek by spłonął jakbym zapaliła ognisko w nieodpowiednim miejscu. Kiedy tylko tu przyszliśmy przyjęto nas bardzo dobrze,jednakże sam pan zamku był jakiś dziwny i zerkał na mnie co jakiś czas. Naprawdę jest jakiś dziwny,podobnie jak cały zamek. Nie ma tu ani jednej kobiety ani dziecka. Podejrzana sprawa,ale nie mogę węszyć dopóki nie znajdę jakiegoś porządnego argumentu. A jak na razie nie znalazłam porządnej,więc nie zaczynam swojego śledztwa. Wskoczyłam bez większych problemów na mur,jakiś metr od Mitsuo-sama.
-Zauważyłeś coś?-zapytałam,odwracając się do niego przodem.
Jeszcze nie przywykł do tego,że chodzę tak cicho,że ludzkie ucho tego nie ma prawa uchwycić,dlatego drgnął nieznacznie,a jego oddech przyśpieszył.
-Nie strasz mnie!-poprosił,przykładając sobie rękę do serca-Nic się nie dzieje. Wszystko jest nieruchome-odpowiedział na moje pytanie,widząc,że się nie odezwę.
-Pilnuj dalej-nakazuję,odwracając się-I nie bujaj w obłokach-dodaję,nie odwracając się.
Teraz idę sprawdzić co u Inuyashy(Inuyaszy[H zamieniamy na Z]). Jest na murze przyprostokątnym do tego,więc nie ma potrzeby zeskakiwania na ziemię. On przynajmniej słyszy,że idę ze względu na psie uszy i wyczulony psi węch. Dowiedziałam się od niego,że jest Psim Pół Demonem i ma siostrę sukę. Poza tym jest dobrym wojownikiem i jakbyśmy się znaleźli po przeciwnych stronach trudno byłoby mi powiedzieć,które z nas by zginęło. Jest bardzo uparty,wredny,w szczególności agresywny i dumny,ale jak się przez to przebije co naprawdę jest dość trudne,to można odkryć wrażliwą i lepszą część niego. Jest Hanyou i przez to był lekceważony,przez ludzi i Youkai,przed tymi drugimi musiał się bronić i ukrywać,bo często chciały go zabić od małego. Jest odporny na wyzwiska i cięte komentarze ludzi,przez lata człowiek się przyzwyczaja. Raz w miesiącu się zmienia w człowieka,ale nie chciał mi zdradzić dokładniejszej daty. Myślę,że jeszcze w pełni mi nie ufa. Jest całkiem zabawny i świetnie się ze sobą dogadujemy.
-Jesteś teraz kotem na posyłki?-zapytał mnie,kiedy już stanęłam obok niego.
Uśmiechnęłam się,wychwytując żartobliwą nutę w jego głosie. Często ze mnie żartował.
-Pies jest zajęty,więc nie mam zbytniego wyboru-odpowiedziałam.
-U mnie też jest spokojnie-oznajmił z lekkim uśmiechem.
-Teraz już nie musisz się bać ani uciekać-wypaliłam zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Odwrócił się do mnie totalnie zdziwiony i zszokowany.
-Co to miało znaczyć?-zapytał Inuyasha.
Nie tylko on był zdziwiony.
-Zapomnijmy o tym głupim zdaniu-mruknęłam lekko zawstydzona.
Od kiedy to ja gadam TAKIE rzeczy? Odbiło mi totalnie. Zamrugałam kilka razy,kręcąc głową. Muszę się ogarnąć. Odwróciłam się do niego plecami i już miałam zeskakiwać z muru,gdy złapał mnie za nadgarstek,powstrzymując moją natychmiastową ucieczkę.
-Jak zaczęłaś to dokończ-nakazał.
-To wszystko co miałam do powiedzenia. Po prostu chcę,żebyś mi zaufał-odpowiedziałam.
-Ufam Ci-oznajmił cicho.
Zmarszczyłam brwi,wyczuwając dziwny zapach. Ziemia z grobowca i zgnilizna mieszała się z tajemniczym zapachem jakichś kwiatów oraz metalicznym zapachem krwi.
-Jesteśmy obserwowani-oznajmiłam cicho.
Wyczułam ten dziwny zapach przed Inuyashą,bo miałam czulszy węch. Odwróciłam się w kierunku z jakiego pochodził zapach. Naprzeciwko zamku było wysokie wzgórze. I z tam tond obserwowali nas mężczyźni,a właściwie pięciu. Ten pośrodku był najbardziej przystojny i miał ogromny miecz,który był większy od jego właściciela. Zapewne to on był Bankotsu. Facet z jego lewej wygląda jak kobieta,więc to musi być Jenkotsu. Uwielbia przystojnych facetów,chodź on sam wcale nie jest taki brzydki. Jego ulubiona broń to jego wężowaty miecz(ma kilkanaście ostrzy złączonych ze sobą przez co sam miecz jest niebezpieczny dla przeciwnika). Suikotsu stoi po jego prawej. Jest mądry i może skąstruować broń oraz co mu tylko do głowy przyjdzie. Lubi armaty przenośne. Obok niego stoi Kyukotsu ma na rękach metalowe pazury,którymi walczy i jest w tym niezły. Obok Jenkotsu stoi Ginkotsu. Posługuje się swoim mieczem,ale walka wręcz to jego specjalność. Razem tworzą Shichinintai. Są silni i niebezpieczni,ale my też tacy jesteśmy. Jest nas tylko czwórka(Ja,Saburo,Inuyasha i Mnich),a to oznacza,że jednego z nich będziemy musieli zostawić wojownikom władcy tego zamku.
-Trzeba zawiadomić Strażnika Musutaro-stwierdził Inuyasha.
-Taa-mruknęłam,odwracając się i skacząc z muru.
Masutaro rozmawiał z władcą zamku przy drzwiach. Podeszłam do nich i całkowicie zignorowałam blondyna.
-Już są-oznajmiłam białowłosemu.
-Idź-odpowiedział nawet na mnie nie patrząc.
Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem do Inuyashy. Patrzył ze zmarszczonymi brwiami i zmrużonymi oczami na mojego mistrza. Wskoczyłam na mur i zeskoczyłam na drugą stronę. Między pagórkiem,a zamkiem był las sosnowy. Pokonałam drogę z połowy góry na dół w pięciu minutach,skacząc po skałach. Wbiegłam do lasu i po trzech minutach wbiegałam już na duży pagórek. Ich zapach stawał się silniejszy i mogłam usłyszeć ich rozmowę.
-Ten czarnowłosy chłopak z psimi uszkami jest słodki-stwierdził Jenkotsu.
Tylko on mógł mówić takie rzeczy.
-Nic nas to nie obchodzi-warknął Bankotsu.
Więcej nie zdążyli powiedzieć,bo dotarłam na szczyt pagórka. Byli trochę zdziwieni jak się zatrzymałam przed nimi. Pewnie zastanawiali się jak dałam radę tu dotrzeć nie robiąc hałasu.
-Jak Ty...?-zaczął Suikotsu,ale przerwał mu Bankotsu.
-Ty zapewne jesteś Kagome-powiedział-Po co się tu skradałaś? Chcesz przejść na zwycięską stronę?-zapytał,lustrując mnie uważnie wzrokiem.
-Wcale się nie skradałam i nie zdradzę przyjaciół-odpowiedziałam-Mam wiadomość do przekazania i nie zamierzam się powtarzać,więc radziłabym słuchać uważnie-dodałam.
-Jesteś kotem-stwiardził Jenkotsu.
-Kotołaczką,kretynie-warknęłam,przewracając oczami-Masz jeszcze czas się wycofać i żyć. Jesteś pewien,że wiesz co robisz? Zastanów się czy będzie warto-powtórzyłam wiadomość.
-Kim Ty myślisz,że jestem?!-warknął Bankotsu.
Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem. Wykonałam swoje zadanie. Usłyszałam przed sobą,w lesie ciężkie kroki.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
niedziela, 19 kwietnia 2015
Rozdział 18. Ubezpieczaj tyły.
Dwa dni później natrafiliśmy na płonącą wioskę. Saburo był ciężko ranny i nie mógł walczyć ani tym bardziej włazić do palących się domów. Mimo,że nasze rany szybko się goiły,nic nie mogliśmy poradzić na trujący jad albo inne świństwa opóźniające zdrowienie.
-Ubezpieczaj tyły-nakazałam mu.
Wiedziałam,że nikt już raczej nie zaatakuje palącej się wioski,ale nie chciałam żeby wiedział,że się nad nim lituję. Wbiegłam do wioski,wcześniej zakładając maskę ochronną. Była metalowa i wyglądała jak połowa sitka w kolorze pomarańczowym. Pomarańcz to mój kolor rozpoznawczy. Maska była zrobiona tak,że nie przepuszczała dymu ani niczego trującego,więc mogłam spokojnie oddychać. By się trzymała twarzy na obu końcach zrobiono dziurki i przewleczono mocną wstążką ognioodporną. Zasłaniała mi pół twarzy,od brody po nos. Tylko oczy mi się zaszkliły od dymu. Wszystko dookoła płonęło. Było gorąco jak na pustyni. Na szczęście ogień mnie nie parzył. Jeśli by tak było to już byłabym cała poparzona. Miałam już swoją własną broń ofiarowaną mi przez ogień. Dwa sztylety i bicz ze złota i srebra. Ogień je dla mnie stworzył. Dwa sztylety miały na rękojeści i ostrzu pięknie wypalone ognie,które wychodzą z paszcz smoków. Uważnie się rozejrzałam. Nie było tu żywej duszy,ale coś nie pozwoliło mi stąd odejść. Przez chwilę widziałam przed sobą lisi ogień formujący się w dużego lisa,który patrzył prosto na mnie,a potem silny podmuch powietrza rozwiał dym i zielony ogień. W ledwie stojącej chatce zobaczyłam zarys małego chłopca,prawdopodobnie nieprzytomnego. Więc ten lisi ogień pochodził od zmarłego ojca chłopca. Ruszyłam biegiem w stronę płonącego domu,który lada chwila mógł się zawalić na lisiego chłopca. Dym utrudniał mi widzenie,ale mogłabym być ślepa,a i tak widziałabym wszystko...dzięki ogniu. Weszłam w nowy poziom panowania nad ogniem. Mogłam widzieć wszystko poprzez ogień. To było coś jak lustro,dzięki któremu mogłam wszystko widzieć. Kosztowało mnie to sporo wysiłku psychicznego i energii. Im więcej będę ćwiczyła tym łatwiej będzie mi to przychodziło. Nie mogłam opanować tego ognia,bo było go za dużo jak dla mnie. Nie chciałam tracić siły,ale musiałam zrobić coś z ogniem trawiącym chatkę,bo inaczej chłopiec zginie. Decyzja była natychmiastowa. Zaatakowałam dziki ogień swoim. Przejmij nad nim kontrolę! Przejmij kontrole!
Musiałam powtarzać komendy dwa razy,nie wiem czemu,po prostu musiałam. Wbiegłam do chatki,która już trzeszczała i chwiała się. Mimo,że mój ogień przejął kontrolę,musiałam się śpieszyć. Ściągnęłam swoją maskę i nałożyłam ją na twarz chłopca,by mógł oddychać. Wzięłam go na ręce i wyskoczyłam z chatki w momencie kiedy zawalił się sufit. Wylądowałam metr od płonących ruin chatki i nawet się nie odwracając biegłam z powrotem. Musiałam jeszcze osłaniać ciało chłopca przed płomieniami,a to też kosztowało mnie dużo energii. W dodatku nie miałam maski i kaszlałam przez dym.
Minęła godzina od momentu,kiedy wróciłam do Saburo z nieprzytomnym chłopcem. Rozbiliśmy obóz dwie mile dalej od zgliszczy wioski. Rozpaliłam ognisko i zjedliśmy z białowłosym kolację. Chłopiec nadal był nieprzytomny. Miał czerwone włosy i drobną twarz. Ciemnoczerwone uszy i ogon jak u lisa tylko podkreślały jego włosy. Miał na sobie pomarańczowy podkoszulek i czarne spodenki do kolan. Miał też kilka poparzeń,ale uleczyłam go. Był lekki jak na dziecko w jego wieku. Na oko wyglądał na pięć lat. Saburo drzemał sobie,oparty o pień drzewa,a ja stałam na gałęzi drzewa,które było brzozą. Widziałam z tond całą okolicę. Nudziło mi się trochę,ale to była moja warta. Co z tego,że Saburo na swojej zawsze przysypia. Coś tu biegło z nadludzką szybkością. W dodatku biegło po naszych śladach. Kucnęłam i przygotowałam się do ataku.
-Kagome! Nie atakuj go!-krzyknął Saburo.
-Grrr!-warknęłam,wstając.
Kiedy się zbliżył,poczułam zapach mokrego wilka. Od kiedy on zadaje się z wilkami? W dodatku był Youkai. Moją uwagę przykuł jakiś cień skradający się z lewej strony. Zalatywał psem. Co to jest? Zlot czworonogów?! Psa się raczej nie spodziewa Saburo. Świetnie,mogę się zająć złodziejem mojego miecza. Zeskoczyłam z gałęzi i wylądowałam miękko na trawie. Kiedy tylko moje stopy dotknęły trawy,bezszelestnie ruszyłam na spotkanie z Hanyou. Wyciągnęłam z pochw moje dwa sztylety,które zabłysły szaro-pomarańczową poświatą ognia. Wskoczyłam między drzewa i tyle mnie widzieli. Czarnowłosy najwyraźniej czekał na mnie,bo jak przybiegłam,on już tam czekał. Mój miecz go w ogóle nie odrzucał ani nic. Przyglądał się mieczowi,który trzymał w prawej ręce,a ten nic mu nie robił.
-Zaakceptował Cię-powiedziałam zdziwiona.
-Głównie dlatego Cię unikałem-odpowiedział.
-Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś?
-Zastanawiałem się,dlaczego Twój miecz wybrał mnie.
-Uznał,że bardziej go potrzebujesz ode mnie. Mam swoją moc,a poza tym jest jeszcze inna.
Uniósł brew,ale nie pytał. Wiedziałam,że jest zaciekawiony.
-Możesz go zatrzymać,mam inną broń.
Schowałam sztylety na swoje miejsce i odwróciłam się z zamiarem odejścia.
-Uważaj na tchórzliwego wilka-poradził mi.
-Dlaczego mam na niego uważać? Założę się,że lepiej walczę od niego-odwróciłam się do niego.
-Jeśli coś sobie ubzdura to nie odpuści.
-Dlaczego mi to mówisz?-zapytałam go,totalnie zbita z tropu.
-Wpadłaś mu w oko-odpowiedział rozbawiony.
Kiedy zobaczył moją minę,roześmiał się. Moje policzki zapiekły. Szlag!
-Jak się spotkamy następnym razem może pouczę Cię używać miecza-stwierdziłam.
-To ten miecz nie jest zwykły?
Wzniosłam oczy do nieba,wzdychając ciężko.
-Jeszcze tego nie poczułeś? No tak! Nie jesteś Kotołakiem,więc nie czujesz naszej magii.
-To Ty jesteś Kotocośtam?
-Tak,baranie. Jestem Kotołaczką,a ten miecz był w mojej rodzinie od pokoleń i zielonego pojęcia nie mam,dlaczego wybrał akurat Ciebie.
-Jaką magie ma ten miecz?
Zamyśliłam się na chwilę.
-Kaze no Kizu,Konzo,Kallash i jest w stanie wszystko przeciąć.
Zamrugał powiekami totalnie nic nie rozumiejąc.
-Chyba najpierw zaczniesz od podstawy.
Drgnęłam,gdy poczułam ciepło ognia. Oczyściłam umysł i wpuściłam to dziwne ciepło ognia do swojego umysłu. Zalały mnie fale obrazów,trwało to ledwie sekundę,a potem zobaczyłam jeden obraz. Czerwonowłosy chłopiec wpatrywał się przerażony w czarnowłosego wilka. Mężczyzna coś do niego warczał,ale nie chciałam słyszeć,to zabierało jeszcze więcej energii,niż patrzenie przez ogień. Miał szpiczaste uszy,jak każdy Youkai,który miał postać człowieka. Miał wilczy ogon i dziwne ubranie z wilczej skóry (naprawdę nie umiem go opisać. Zdjęcie poniżej go przedstawia).
Nie spodobało mi się to,że najprawdopodobniej groził małemu. Miał bojową postawę i to najbardziej mi się nie spodobało. Ogólnie on cały mi się nie podobał. Odcięłam się od dalszego oglądania. Za bardzo sobie pozwalał. Czarnowłosy chłopak w czerwonym kimonie bacznie mnie obserwował.
-Wygląda na to,że nie mam czasu-westchnęłam-To na razie,psie-pożegnałam się i odwróciłam.
-Mam na imię Inuyasha!!-krzyknął za mną.
Pokręciłam głową,biegnąc najszybciej jak umiałam w ludzkiej postaci do reszty. Dwie minuty później jak błyskawica wybiegłam z zza drzew i znalazłam się między lisim demonem,a wyleniałym wilkiem. Saburo już przywykł do tego,że prawie zawsze się wszędzie wcinam jeśli coś mi nie pasuje. Przywołałam swój ogień i otoczyłam go nim,tak żeby nie mógł uciec. Wyciągnęłam prawą rękę przed siebie,tak jakbym coś mu pokazywała.
-Tknij tylko chłopca to Cię zabiję-warknęłam do niego,zaciskając palce w pięść.
Języki ognia zacisnęły się na jego ciele,a on jęknął z bólu. Mogłam go od razu spalić,ale wiedziałam,że jest pod ochroną Masutaro. Był moim mistrzem,więc musiałam się słuchać,ale jeśli go chociaż zadrapie,zginie najgorszą śmiercią jaka mi do głowy przyjdzie.
-Kagome...-zaczął ostrzegawczo Masutaro,ale mu przerwałam.
-Wiem-odpowiedziałam mu,odwołując swój ogień.
Od razu ogień zniknął. Za to ja miałam mniej siły,ale nie byłam zmęczona na tyle,żeby zasnąć. Zmieniłam się w swoją normalną kocią postać i oddaliłam się do swojego punktu obserwacyjnego na brzozie. Broń,którą podarował mi ogień nie przeszkadza w zmienianiu postaci. Myślę,że ogień dając mi sztylety i bat miał podwójne znaczenie. Nie wiedziałam jeszcze tylko jakie. O mało nie spadłam z drzewa,kiedy tuż przede mną wyrosły wielkie czerwone ślepia i czarny nos. Dopiero później zobaczyłam resztę tego wielkiego stworzenia. Było łuskowate i miało ogromne mięśnie. Wielkie,białe pazury i niedźwiedzi ogon. Ogólnie wyglądało jak kilka zwierząt razem połączonych. Smoka,niedźwiedzia i goryla. Otworzyłam zdziwiona i zdezorientowana pysk. Dotarło do mnie,że to wielki i zły Youkai,jak chciał mnie zabić swoją wielką łapą. Zeskoczyłam z gałęzi i w locie zmieniłam się w swoją ludzką postać. Wyciągnęłam sztylety i miękko wylądowałam na trawie,a gałąź,na której siedziałam ledwie kilka sekund temu,wylądowała przede mną w kilku kawałkach. To COŚ ryknęło i ruszyło w moją stronę.
-Ubezpieczaj tyły-nakazałam mu.
![]() |
| (tak mniej więcej wygląda bicz Kagome/Any) |
![]() |
| Jun. Lisi Demon. Ma 5 lat. |
Minęła godzina od momentu,kiedy wróciłam do Saburo z nieprzytomnym chłopcem. Rozbiliśmy obóz dwie mile dalej od zgliszczy wioski. Rozpaliłam ognisko i zjedliśmy z białowłosym kolację. Chłopiec nadal był nieprzytomny. Miał czerwone włosy i drobną twarz. Ciemnoczerwone uszy i ogon jak u lisa tylko podkreślały jego włosy. Miał na sobie pomarańczowy podkoszulek i czarne spodenki do kolan. Miał też kilka poparzeń,ale uleczyłam go. Był lekki jak na dziecko w jego wieku. Na oko wyglądał na pięć lat. Saburo drzemał sobie,oparty o pień drzewa,a ja stałam na gałęzi drzewa,które było brzozą. Widziałam z tond całą okolicę. Nudziło mi się trochę,ale to była moja warta. Co z tego,że Saburo na swojej zawsze przysypia. Coś tu biegło z nadludzką szybkością. W dodatku biegło po naszych śladach. Kucnęłam i przygotowałam się do ataku.
-Kagome! Nie atakuj go!-krzyknął Saburo.
-Grrr!-warknęłam,wstając.
Kiedy się zbliżył,poczułam zapach mokrego wilka. Od kiedy on zadaje się z wilkami? W dodatku był Youkai. Moją uwagę przykuł jakiś cień skradający się z lewej strony. Zalatywał psem. Co to jest? Zlot czworonogów?! Psa się raczej nie spodziewa Saburo. Świetnie,mogę się zająć złodziejem mojego miecza. Zeskoczyłam z gałęzi i wylądowałam miękko na trawie. Kiedy tylko moje stopy dotknęły trawy,bezszelestnie ruszyłam na spotkanie z Hanyou. Wyciągnęłam z pochw moje dwa sztylety,które zabłysły szaro-pomarańczową poświatą ognia. Wskoczyłam między drzewa i tyle mnie widzieli. Czarnowłosy najwyraźniej czekał na mnie,bo jak przybiegłam,on już tam czekał. Mój miecz go w ogóle nie odrzucał ani nic. Przyglądał się mieczowi,który trzymał w prawej ręce,a ten nic mu nie robił.
-Zaakceptował Cię-powiedziałam zdziwiona.
-Głównie dlatego Cię unikałem-odpowiedział.
-Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś?
-Zastanawiałem się,dlaczego Twój miecz wybrał mnie.
-Uznał,że bardziej go potrzebujesz ode mnie. Mam swoją moc,a poza tym jest jeszcze inna.
Uniósł brew,ale nie pytał. Wiedziałam,że jest zaciekawiony.
-Możesz go zatrzymać,mam inną broń.
Schowałam sztylety na swoje miejsce i odwróciłam się z zamiarem odejścia.
-Uważaj na tchórzliwego wilka-poradził mi.
-Dlaczego mam na niego uważać? Założę się,że lepiej walczę od niego-odwróciłam się do niego.
-Jeśli coś sobie ubzdura to nie odpuści.
-Dlaczego mi to mówisz?-zapytałam go,totalnie zbita z tropu.
-Wpadłaś mu w oko-odpowiedział rozbawiony.
Kiedy zobaczył moją minę,roześmiał się. Moje policzki zapiekły. Szlag!
-Jak się spotkamy następnym razem może pouczę Cię używać miecza-stwierdziłam.
-To ten miecz nie jest zwykły?
Wzniosłam oczy do nieba,wzdychając ciężko.
-Jeszcze tego nie poczułeś? No tak! Nie jesteś Kotołakiem,więc nie czujesz naszej magii.
-To Ty jesteś Kotocośtam?
-Tak,baranie. Jestem Kotołaczką,a ten miecz był w mojej rodzinie od pokoleń i zielonego pojęcia nie mam,dlaczego wybrał akurat Ciebie.
-Jaką magie ma ten miecz?
Zamyśliłam się na chwilę.
-Kaze no Kizu,Konzo,Kallash i jest w stanie wszystko przeciąć.
Zamrugał powiekami totalnie nic nie rozumiejąc.
-Chyba najpierw zaczniesz od podstawy.
Drgnęłam,gdy poczułam ciepło ognia. Oczyściłam umysł i wpuściłam to dziwne ciepło ognia do swojego umysłu. Zalały mnie fale obrazów,trwało to ledwie sekundę,a potem zobaczyłam jeden obraz. Czerwonowłosy chłopiec wpatrywał się przerażony w czarnowłosego wilka. Mężczyzna coś do niego warczał,ale nie chciałam słyszeć,to zabierało jeszcze więcej energii,niż patrzenie przez ogień. Miał szpiczaste uszy,jak każdy Youkai,który miał postać człowieka. Miał wilczy ogon i dziwne ubranie z wilczej skóry (naprawdę nie umiem go opisać. Zdjęcie poniżej go przedstawia).
![]() |
| Kouga. Książę watahy wilków.(zdj. z anime Inuyasha[oglądam i Polecam]) |
Nie spodobało mi się to,że najprawdopodobniej groził małemu. Miał bojową postawę i to najbardziej mi się nie spodobało. Ogólnie on cały mi się nie podobał. Odcięłam się od dalszego oglądania. Za bardzo sobie pozwalał. Czarnowłosy chłopak w czerwonym kimonie bacznie mnie obserwował.
-Wygląda na to,że nie mam czasu-westchnęłam-To na razie,psie-pożegnałam się i odwróciłam.
-Mam na imię Inuyasha!!-krzyknął za mną.
Pokręciłam głową,biegnąc najszybciej jak umiałam w ludzkiej postaci do reszty. Dwie minuty później jak błyskawica wybiegłam z zza drzew i znalazłam się między lisim demonem,a wyleniałym wilkiem. Saburo już przywykł do tego,że prawie zawsze się wszędzie wcinam jeśli coś mi nie pasuje. Przywołałam swój ogień i otoczyłam go nim,tak żeby nie mógł uciec. Wyciągnęłam prawą rękę przed siebie,tak jakbym coś mu pokazywała.
-Tknij tylko chłopca to Cię zabiję-warknęłam do niego,zaciskając palce w pięść.
Języki ognia zacisnęły się na jego ciele,a on jęknął z bólu. Mogłam go od razu spalić,ale wiedziałam,że jest pod ochroną Masutaro. Był moim mistrzem,więc musiałam się słuchać,ale jeśli go chociaż zadrapie,zginie najgorszą śmiercią jaka mi do głowy przyjdzie.
-Kagome...-zaczął ostrzegawczo Masutaro,ale mu przerwałam.
-Wiem-odpowiedziałam mu,odwołując swój ogień.
Od razu ogień zniknął. Za to ja miałam mniej siły,ale nie byłam zmęczona na tyle,żeby zasnąć. Zmieniłam się w swoją normalną kocią postać i oddaliłam się do swojego punktu obserwacyjnego na brzozie. Broń,którą podarował mi ogień nie przeszkadza w zmienianiu postaci. Myślę,że ogień dając mi sztylety i bat miał podwójne znaczenie. Nie wiedziałam jeszcze tylko jakie. O mało nie spadłam z drzewa,kiedy tuż przede mną wyrosły wielkie czerwone ślepia i czarny nos. Dopiero później zobaczyłam resztę tego wielkiego stworzenia. Było łuskowate i miało ogromne mięśnie. Wielkie,białe pazury i niedźwiedzi ogon. Ogólnie wyglądało jak kilka zwierząt razem połączonych. Smoka,niedźwiedzia i goryla. Otworzyłam zdziwiona i zdezorientowana pysk. Dotarło do mnie,że to wielki i zły Youkai,jak chciał mnie zabić swoją wielką łapą. Zeskoczyłam z gałęzi i w locie zmieniłam się w swoją ludzką postać. Wyciągnęłam sztylety i miękko wylądowałam na trawie,a gałąź,na której siedziałam ledwie kilka sekund temu,wylądowała przede mną w kilku kawałkach. To COŚ ryknęło i ruszyło w moją stronę.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Rozdział 17. On ma MÓJ miecz.
Wskoczyłam na drzewo,a w tym samym momencie zrobiła się duża wyrwa w murze z sosen. Wszędzie poleciały kawałki drewna,a moim oczom ukazał się czarnowłosy chłopak w czerwonym kimonie i z czarnymi psimi uszami. Miał złote oczy,które zmieniły barwę na piwną. Był wyższy ode mnie o głowę,a wokół niego lekko pulsowała magia.
-Hanyou,pół demon-szepnął do mnie Sabura.
-On ma MÓJ miecz-syknęłam.
Sabura złapał nie za ramie,powstrzymując mnie przed skoczeniem na pół-demona.
-Ma też z pewnością mój sztylet-szepnął mi na ucho-Nie możemy z nim walczyć nie mając broni-oznajmił-Zresztą Twój miecz jest dziwny i z pewnością będą problemy z oczyszczeniem go,jeśli w ogóle go zdobędziemy-dodał.
-Nie pozwolę żadnej mieszance używać mojego miecza!-syknęłam.
-Najpierw musimy znaleźć jakąś broń-warknął.
Wyrwałam się i wściekła,rzuciłam na czarnowłosego pół-psa. W locie zmieniłam się w swoją zwierzęcą formę i zdążyłam zadrapać mu policzek swoimi ostrymi pazurami. Złapał mnie za kark i rzucił jak szmacianą lalką o mur. Moje ciało wzmocniło się od ciągłych ćwiczeń,więc przeleciałam na drugą stronę robiąc dziurę. Duży odłamek drewna wbił mi się w bok,kilka centymetrów nad lewym biodrem. Zdążyłam go wyciągnąć zanim wylądowałam na trawie,turlając się dwa metry. Mam szczęście,że go wyciągnęłam przed upadkiem,bo jeśli bym nie zdążyła to odłamek wszedłby głęboki w moje ciało i pewnie nie byłabym w stanie się ruszać. Kiedy już się zatrzymałam,poczekałam chwilę,żeby rana się zamknęła. Bolało,ale dużo mniej niż rana zadana mieczem albo sztyletem. Westchnęłam głośno,próbując się opanować. Nie miałam broni. Jak miałam walczyć? Przeciwko mojemu mieczowi? Wstałam. Zmieniając się,myślałam o swoim rozmiarze w innej krainie. Tam byłam wielkości niedźwiedzia gryzzli,miałam większą siłę i szybkość. Teraz to wszystko by mi się przydało. Wzrost,siła i szybkość. Przemiana była kilku sekundowa. Kiedy wreszcie znalazłam się na czterech łapach,zerknęłam na swój cień. Był taki jak w innej krainie. Miałam co chciałam. Teraz zamierzałam zabić pół-demona,który ośmielił się ukraść mój miecz. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę dziwnego zapachu i przeskoczyłam nad sosnowym murem. Wylądowałam po drugiej stronie,Saburo nigdzie nie było widać,ale ten drań stał pośrodku wioski i... śmiał się. Wściekłość uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą,więc bez namysły zaczęłam pędzić wielkimi susami w jego stronę z odsłoniętymi kłami. Nie zaatakowałam go z tyłu,nawet jeśli był zły do szpiku kości,nie mogłam się przełamać i zaatakować go,gdy stał tyłem do mnie. Przeskoczyłam go,a kiedy byłam już przed nim,kopnęłam go z całej siły tylnymi nogami. Poleciał do tyłu,uderzył w domek i przeleciał z drugiej strony. Jestem pewna,że połamał sobie kilka kości. Wylądowałam miękko. Odwróciłam się i wskoczyłam do środka domku,do którego wpadł czarnowłosy. Na przeciwko była identyczna dziura tyle,że pokryta krwią.Wyskoczyłam przez dziurę na trawę mniej więcej do kolan,jeśli byłabym w swojej ludzkiej postaci. Teraz zakrywała mi większą połowę łap. Wzięłam głęboki wdech i już wiedziałam,że nie ma go w wiosce. Zwiał,ale był ranny,więc daleko na pewno nie uciekł. Poza tym dałabym radę go wytropić.
-Kagome!!-krzyknął z wahaniem Saburo.
Kagome to moje imię tutaj,w czasie Sengoku. Demony mogły nas szukać w naszym czasie,przechodząc przez studnie. Mamy pilnować jako Strażnicy,by żaden demon nie przeszedł do naszego czasu. Uspokoiłam się w mgnieniu oka i odwróciłam do niego przodem. Pachniał krwią i potem. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Co się stało?-zapytałam.
-Studnia jest oblężona przez Youkai,czystej krwi demony-odpowiedział.
Zaskoczyło mnie to. Musimy ją obronić,bo inaczej nasz czas będzie w niebezpieczeństwie.
-Chodźmy-oznajmiłam.
Skinął głową,a ja z powrotem zmieniłam się w swoją zwierzęcą postać tyle,że większą. Przeszłam ostrożnie przez dziurę w murze i rzuciłam się biegiem w stronę studni. W miarę jak się zbliżaliśmy,wyczuwałam dziwny zapach,dużo mocniejszy,niż tego pół-demona,który ukradł mi miecz. Wbiegliśmy na wielką polanę i wmurowało nas w ziemię. Cały rój Youkai otaczał studnię i kilka już się przedostało do naszego czasu. Youkai było różnego rodzaju,wielkości i wzrostu. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Niektóre przeszły do naszego czasu-oznajmiłam-Podrzucę Cię do studni,a sama zajmę się tymi tutaj-dodałam.
W trzech susach znalazłam się w odpowiedniej odległości od Saburo i splotłam palce ze sobą,stając w lekkim rozkroku. Skinęłam głową,a on ruszył biegiem w moją stronę. Kiedy wskoczył na moje złączone dłonie,z całej siły go podrzuciłam. Kiedy już był w powietrzu,zmieniłam się w wielkiego kota i zaczęłam walczyć pazurami i kłami. Gryzłam,drapałam i odpychałam potwory jak najdalej od studni. Ja też obrywałam,ale moje rany goiły się błyskawicznie,a ja stawałam się coraz silniejsza,bo dzień się kończył i zaczynała noc. Dziś wypadała pełnia księżyca w tym czasie,a moje ciało na nią reagowało. Byłam szybsza i silniejsza dzięki księżycowi w pełni. Im więcej Youkai zabijałam,tym więcej ich przybywało. Energia była nie do zniesienia,a ja stawałam się coraz agresywniejsza i brutalniejsza. Rozrywałam ich na strzępy i odgryzałam głowy. Nie panowałam nad sobą. Rany goiły się w zastraszającym tempie. Kiedy noc już na dobre zapadła do walki używałam też swojego ognia. Energia szybciej się spalała,ale nawet to nie mogło mi pomóc. Za pomocą ognia,pazurów i kłów szybciej pozbywałam się Youkai.
Otworzyłam oczy,jęcząc cicho. Całe ciało mnie bolało,ale nie byłam zmęczona jak zwykle po nocy w pełni księżyca. Czułam się normalnie,jak każdego innego dnia,oprócz tylko tego,że nie pamiętałam za wiele z nocy. Miałam tylko urywki tego co zrobiłam,jak zabijałam. Dobrze,że nie pamiętałam dużo z wczorajszej nocy. Usiadłam na wypalonej trawie i rozejrzałam się. Drzewa,które były najbliżej łąki się spaliły,o trawie lepiej już nie wspominać. Wszystko dookoła było czarne i spalone. To jeszcze bardziej mnie dobiło. Nie panowałam nad sobą do tego stopnia,że nie pamiętałam wszystkiego z wczorajszej nocy. Podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je rękami. Oparłam czoło o kolana i zaczęłam cicho płakać.
-Hanyou,pół demon-szepnął do mnie Sabura.
-On ma MÓJ miecz-syknęłam.
Sabura złapał nie za ramie,powstrzymując mnie przed skoczeniem na pół-demona.
-Ma też z pewnością mój sztylet-szepnął mi na ucho-Nie możemy z nim walczyć nie mając broni-oznajmił-Zresztą Twój miecz jest dziwny i z pewnością będą problemy z oczyszczeniem go,jeśli w ogóle go zdobędziemy-dodał.
-Nie pozwolę żadnej mieszance używać mojego miecza!-syknęłam.
-Najpierw musimy znaleźć jakąś broń-warknął.
Wyrwałam się i wściekła,rzuciłam na czarnowłosego pół-psa. W locie zmieniłam się w swoją zwierzęcą formę i zdążyłam zadrapać mu policzek swoimi ostrymi pazurami. Złapał mnie za kark i rzucił jak szmacianą lalką o mur. Moje ciało wzmocniło się od ciągłych ćwiczeń,więc przeleciałam na drugą stronę robiąc dziurę. Duży odłamek drewna wbił mi się w bok,kilka centymetrów nad lewym biodrem. Zdążyłam go wyciągnąć zanim wylądowałam na trawie,turlając się dwa metry. Mam szczęście,że go wyciągnęłam przed upadkiem,bo jeśli bym nie zdążyła to odłamek wszedłby głęboki w moje ciało i pewnie nie byłabym w stanie się ruszać. Kiedy już się zatrzymałam,poczekałam chwilę,żeby rana się zamknęła. Bolało,ale dużo mniej niż rana zadana mieczem albo sztyletem. Westchnęłam głośno,próbując się opanować. Nie miałam broni. Jak miałam walczyć? Przeciwko mojemu mieczowi? Wstałam. Zmieniając się,myślałam o swoim rozmiarze w innej krainie. Tam byłam wielkości niedźwiedzia gryzzli,miałam większą siłę i szybkość. Teraz to wszystko by mi się przydało. Wzrost,siła i szybkość. Przemiana była kilku sekundowa. Kiedy wreszcie znalazłam się na czterech łapach,zerknęłam na swój cień. Był taki jak w innej krainie. Miałam co chciałam. Teraz zamierzałam zabić pół-demona,który ośmielił się ukraść mój miecz. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę dziwnego zapachu i przeskoczyłam nad sosnowym murem. Wylądowałam po drugiej stronie,Saburo nigdzie nie było widać,ale ten drań stał pośrodku wioski i... śmiał się. Wściekłość uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą,więc bez namysły zaczęłam pędzić wielkimi susami w jego stronę z odsłoniętymi kłami. Nie zaatakowałam go z tyłu,nawet jeśli był zły do szpiku kości,nie mogłam się przełamać i zaatakować go,gdy stał tyłem do mnie. Przeskoczyłam go,a kiedy byłam już przed nim,kopnęłam go z całej siły tylnymi nogami. Poleciał do tyłu,uderzył w domek i przeleciał z drugiej strony. Jestem pewna,że połamał sobie kilka kości. Wylądowałam miękko. Odwróciłam się i wskoczyłam do środka domku,do którego wpadł czarnowłosy. Na przeciwko była identyczna dziura tyle,że pokryta krwią.Wyskoczyłam przez dziurę na trawę mniej więcej do kolan,jeśli byłabym w swojej ludzkiej postaci. Teraz zakrywała mi większą połowę łap. Wzięłam głęboki wdech i już wiedziałam,że nie ma go w wiosce. Zwiał,ale był ranny,więc daleko na pewno nie uciekł. Poza tym dałabym radę go wytropić.
-Kagome!!-krzyknął z wahaniem Saburo.
Kagome to moje imię tutaj,w czasie Sengoku. Demony mogły nas szukać w naszym czasie,przechodząc przez studnie. Mamy pilnować jako Strażnicy,by żaden demon nie przeszedł do naszego czasu. Uspokoiłam się w mgnieniu oka i odwróciłam do niego przodem. Pachniał krwią i potem. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Co się stało?-zapytałam.
-Studnia jest oblężona przez Youkai,czystej krwi demony-odpowiedział.
Zaskoczyło mnie to. Musimy ją obronić,bo inaczej nasz czas będzie w niebezpieczeństwie.
-Chodźmy-oznajmiłam.
Skinął głową,a ja z powrotem zmieniłam się w swoją zwierzęcą postać tyle,że większą. Przeszłam ostrożnie przez dziurę w murze i rzuciłam się biegiem w stronę studni. W miarę jak się zbliżaliśmy,wyczuwałam dziwny zapach,dużo mocniejszy,niż tego pół-demona,który ukradł mi miecz. Wbiegliśmy na wielką polanę i wmurowało nas w ziemię. Cały rój Youkai otaczał studnię i kilka już się przedostało do naszego czasu. Youkai było różnego rodzaju,wielkości i wzrostu. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Niektóre przeszły do naszego czasu-oznajmiłam-Podrzucę Cię do studni,a sama zajmę się tymi tutaj-dodałam.
W trzech susach znalazłam się w odpowiedniej odległości od Saburo i splotłam palce ze sobą,stając w lekkim rozkroku. Skinęłam głową,a on ruszył biegiem w moją stronę. Kiedy wskoczył na moje złączone dłonie,z całej siły go podrzuciłam. Kiedy już był w powietrzu,zmieniłam się w wielkiego kota i zaczęłam walczyć pazurami i kłami. Gryzłam,drapałam i odpychałam potwory jak najdalej od studni. Ja też obrywałam,ale moje rany goiły się błyskawicznie,a ja stawałam się coraz silniejsza,bo dzień się kończył i zaczynała noc. Dziś wypadała pełnia księżyca w tym czasie,a moje ciało na nią reagowało. Byłam szybsza i silniejsza dzięki księżycowi w pełni. Im więcej Youkai zabijałam,tym więcej ich przybywało. Energia była nie do zniesienia,a ja stawałam się coraz agresywniejsza i brutalniejsza. Rozrywałam ich na strzępy i odgryzałam głowy. Nie panowałam nad sobą. Rany goiły się w zastraszającym tempie. Kiedy noc już na dobre zapadła do walki używałam też swojego ognia. Energia szybciej się spalała,ale nawet to nie mogło mi pomóc. Za pomocą ognia,pazurów i kłów szybciej pozbywałam się Youkai.
Otworzyłam oczy,jęcząc cicho. Całe ciało mnie bolało,ale nie byłam zmęczona jak zwykle po nocy w pełni księżyca. Czułam się normalnie,jak każdego innego dnia,oprócz tylko tego,że nie pamiętałam za wiele z nocy. Miałam tylko urywki tego co zrobiłam,jak zabijałam. Dobrze,że nie pamiętałam dużo z wczorajszej nocy. Usiadłam na wypalonej trawie i rozejrzałam się. Drzewa,które były najbliżej łąki się spaliły,o trawie lepiej już nie wspominać. Wszystko dookoła było czarne i spalone. To jeszcze bardziej mnie dobiło. Nie panowałam nad sobą do tego stopnia,że nie pamiętałam wszystkiego z wczorajszej nocy. Podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je rękami. Oparłam czoło o kolana i zaczęłam cicho płakać.
czwartek, 9 kwietnia 2015
Rozdział 16. Nigdy więcej nie ukrywaj przede mną ważnych faktów!
Wbiegłam do palącej się wioski,minutę po Saburo. Wyglądało na to,że wioska została zaatakowana przez potwory. Kilkunastu rannych i kilku zabitych.
-Zajmij się ogniem,Anastasio!!-nakazał mi mój mistrz.
To nie fair! Ja też chce walczyć! Tylko po to tu przybiegłam. Westchnęłam ciężko i skupiłam swoja uwagę na płonących domach. Zostaw je w spokoju. Zostaw! Ogień jest ciężko opanować. Normalne ognie są najbardziej zachłanne i je jest najgorzej opanować. Ten mnie w ogóle nie słuchał,dlatego musiałam go zmienić na mój. Podeszłam do palącego się budynku i włożyłam rękę w ogień. Żaden ogień mnie nie poparzył. W wiosce było strasznie gorąco. Zamknęłam oczy i skupiłam się na swoim oddechu. Po kilku sekundach wpadłam w trans. Wtedy łatwiej było mi przywołać mój ogień. Nie dało się go odróżnić od normalnego. Jedyną oznaką,że normalny ogień nie jest mój to to,że mój ogień ma w sobie szary kolor. Jest szaro-pomarańczowo-niebiesko-żółty. Zamień go. Zamień! Poczułam delikatne ściskanie w żołądku,a potem falę ciepła rozchodzącą się po całym ciele. Poczułam jak energia ze mnie uchodzi. Nieznośne gorąco stało się przyjemne. Nie czułam już oporu ze strony ognia. Mój ogień go zmienił na swój. Otworzyłam oczy i zobaczyłam,że ogień nadal się pali,ale zmienił kolory na moje i nic już nie niszczył. Wiem,że powinnam kazać ogniowi zniknąć,ale coś mnie powstrzymało. A właściwie ktoś. Koło mnie przeleciał Saburo. Był ranny i nie wyglądał na pełnego wigoru,raczej na zmęczonego. Odwróciłam się w lewą stronę i zobaczyłam wielką i obrzydliwą stonogę. Była chyba jakimś nieudanym eksperymentem naukowym,bo była olbrzymia. I gapiła się na mnie jak na apetyczne jedzenie. Znudzona i spokojna,odwzajemniałam jej spojrzenie.
-Jeśli jesteś na tyle odważna,żeby stanąć do walki ze mną to atakuj-powiedziałam do niej,bo była od brzucha w górę kobietą-Ale muszę Cię lojalnie ostrzec,że nie wyjdziesz z tego żywa-dodałam.
-Jesteś mała i słodka,ale zupełnie nie groźna!-syknęła.
Wkurzyło mnie to do tego stopnia,że byłam zdolna zabić ją własnymi rękami. Ja słodka?! Rozumiem,że mówi do mnie,że jestem mała,bo jest dużo większa ode mnie,no ale,żeby mówić mi,że jestem słodka? Wyciągnęłam swój miecz i zablokowałam dopływ mojej energii ogniu. Nadal się palił,ale nic nie niszczył i czekał,aż go użyję.
-Nigdy. Nie. Mów. Do. Mnie. Że. Jestem. Słodka!!-wrzasnęłam,biegnąc w jej stronę.
Zdziwiło ją to do tego stopnia,że po prostu stała i gapiła się na mnie. Napędzana wściekłością,skoczyłam w powietrze tuż przed nią. Zorientowała się,co jest grane jak już ją cięłam na pół. Połączyłam się z moim ogniem,co było dość łatwe. Spal ją. Spal! Ogień jak zwykle mnie posłuchał. Kiedy wylądowałam na nogach,mój ogień ruszył z wszystkich lekko spalonych domów co wyglądało naprawdę pięknie. Ogień sam się unosił i przemieszczał w stronę pół martwej stonogi-kobiety. Przyległ do niej jak druga skóra i zaczął ją palić. Potwór wrzasnął z bólu,ale jak szybko wrzasnęła,tak szybko ucichła. Z potwora nie zostało nic,oprócz popiołu. Dziękuję,a teraz znikaj. Znikaj! Ogień zniknął zupełnie,podobnie jak resztka mojej energii. Byłam wyczerpana i nie miałam już siły stać.
-Szlag!-mruknęłam pod nosem.
I runęłam jak długa do tyłu,zasypiając już w połowie drogi na spotkaniu z ziemią.
Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy. Przed oczami miałam drewniany sufit,na środku pokoju wesoło trzaskał ogień,gotując coś co nieźle pachniało. Byłam głodna i spragniona. A w dodatku,w dziwnym nastroju na oddawanie wrednych czynów. Usiadłam i wbiłam wzrok w Saburo. Miał na sobie czyste ciemnoniebieskie kimono,był czysty i pełen energii. Nawet się do mnie uśmiechnął. Ja miałam na sobie swoje kimono,które wczoraj nie ubrudziłam. Byłam czysta i moja siła wróciła do normy.
-Nareszcie się obudziłaś-powiedział.
-Też się nie ciesze,że Cię widzę,ale skoro już tu jesteś to mam dla Ciebie ważną radę-odpowiedziałam,wstając i podchodząc do niego.
Stanęłam obok niego,wzięłam zamach i zdzieliłam go w jego pustą łepetynę.
-Nigdy więcej nie ukrywaj przede mną ważnych faktów!-warknęłam,siadając po drugiej stronie ogniska.
Saburo zaczął masować sobie głowę w miejscu,w którym go uderzyłam,patrząc na mnie ponuro.
-Nie zamierzam-burknął.
-Wspaniale-mruknęłam,biorąc drewnianą miskę i nakładając sobie gulaszu z mięsem.
Pochłonęłam wszystko w dwie minuty i wzięłam dokładkę. Nie moja wina,że jak przeginam używanie ognia to później jem tak szybko i dużo. Kiedy już się najadłam i wypiłam dwa litry zimnej wody,wyszłam z domku na zewnątrz. Małe dzieci bawiły się w berka,kobiety i mężczyźni wykonywali swoją pracę,a starsze kobiety gotowały i rozmawiały o czymś ze sobą cicho. Mimo,że było spokojnie i radośnie,w powietrzu wisiało napięcie. Zmarszczyłam brwi. Czegoś nam nie mówią. Pytanie tylko czego? Westchnęłam cicho i zmieniłam się w czarnego kota z niebieskimi oczami. Moja kocia forma. Weszłam na dach domku,w którym spałam i rozejrzałam się po okolicy. Duża wioska z polem uprawnym i zwierzętami hodowlanymi. Z jednej strony otacza ją gęsty,a z drugiej nic. W oddali majaczyła inna wioska. Zeskoczyłam z domku i ruszyłam na skraj osady. Uważnie przyjrzałam się lasowi,ale nie wychodziłam z wioski,tak jak poprosił mnie Saburo. Coś mi tu nie grało. Ci ludzie byli za dziwni i jakoś podejrzanie cisi. Tylko dzieci beztrosko się bawili.
-Kotek!!-pisnęła jakaś dziewczynka.
Miała około pięciu lat. Brązowe włosy sięgały jej ramion i miała piwne oczy. Była mała i krucha. Odskoczyłam od jej małych rączek. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Nie jestem "kotkiem" tylko Kotołczaką-oznajmiłam jej szorstko.
Przez chwilę patrzyła na mnie zdezorientowana,a potem odwróciła się i z głośnym płaczem pobiegła w głąb wioski. Ludzie są czasami głupi i bardzo głośni. Westchnęłam cicho i pokręciłam głowa z pogardą. Zmieniłam się. To pewnie przez ten czas i ten dziwny zapach. Nie potrafiłam nazwać tego zapachu,ale przez niego włoski na moim karku się jeżyły.
-Powinnaś być milsza dla tej dziewczynki-oznajmił Saburo z drzewa obok mnie.
Odwróciłam się do niego i pokazałam mu swoje kły,które już nie były takie jak u ludzi tylko jak u kota. Stały się bardziej ostrzejsze i większe. Kiedy się uśmiechałam,było je widać.
-Będę milsza jak będzie mi się chciało-warknęłam.
Uniósł ręce w obronnym geście i westchnął ciężko.
-A tak z innej beczki. Gdzie mój miecz?-zapytałam go.
Od razu spoważniał. Sięgnął do brzucha,gdzie miał sztylet,ale sądząc po jego wyrazie twarzy,nie było go tam.
-Dlaczego zabrali nam broń?-myślał na głos,marszcząc brwi.
-Żebyśmy się nie mogli bronić i walczyć,to jest pewne-stwierdziłam.
-Dlaczego tak sądzisz?-zapytał zaciekawiony.
-Po co nosisz broń jak nie do walczenia i bronienia siebie?-odpowiedziałam pytaniem.
Wzruszył ramionami.
-Czujesz ten dziwny zapach?-zapytałam go po chwili milczenia.
-Jaki zapach?-zapytał.
-Nie wiem,jeszcze nigdy nie zetknęłam się z takim zapachem. Jest ledwie wyczuwalny,ale go czuję. Miałam Ci wcześniej o tym powiedzieć,ale jakoś wyleciało mi z głowy-mruknęłam.
-Nie dziwię Ci się-westchnął Saburo.
-Myślę,że nie powinniśmy używać w tym czasie swoich prawdziwych imion-stwierdziłam
-Możesz się do mnie zwracać Masutaro-oznajmił Saburo.
Uniosłam w zdziwieniu brew,ale nie skomentowałam tego.
-W tym czasie jestem Kagome-powiedziałam.
Przez chwilę było cicho,naprawdę cicho.
-Ludzie zachowują się dziwnie cicho jak na siebie. Nie rozmawiają głośno,nie śmieją się i nie gawędzą wesoło przy pracy-oznajmiłam.
-Więc Ty również to zauważyłaś-mruknął.
-Jestem bardzo spostrzegawcza-powiedziałam.
-Dlatego jesteś zagrożeniem-warknął jakiś głos zza muru z uciętych sosen.
Podskoczyłam. Teraz ten dziwny zapach
-Zajmij się ogniem,Anastasio!!-nakazał mi mój mistrz.
To nie fair! Ja też chce walczyć! Tylko po to tu przybiegłam. Westchnęłam ciężko i skupiłam swoja uwagę na płonących domach. Zostaw je w spokoju. Zostaw! Ogień jest ciężko opanować. Normalne ognie są najbardziej zachłanne i je jest najgorzej opanować. Ten mnie w ogóle nie słuchał,dlatego musiałam go zmienić na mój. Podeszłam do palącego się budynku i włożyłam rękę w ogień. Żaden ogień mnie nie poparzył. W wiosce było strasznie gorąco. Zamknęłam oczy i skupiłam się na swoim oddechu. Po kilku sekundach wpadłam w trans. Wtedy łatwiej było mi przywołać mój ogień. Nie dało się go odróżnić od normalnego. Jedyną oznaką,że normalny ogień nie jest mój to to,że mój ogień ma w sobie szary kolor. Jest szaro-pomarańczowo-niebiesko-żółty. Zamień go. Zamień! Poczułam delikatne ściskanie w żołądku,a potem falę ciepła rozchodzącą się po całym ciele. Poczułam jak energia ze mnie uchodzi. Nieznośne gorąco stało się przyjemne. Nie czułam już oporu ze strony ognia. Mój ogień go zmienił na swój. Otworzyłam oczy i zobaczyłam,że ogień nadal się pali,ale zmienił kolory na moje i nic już nie niszczył. Wiem,że powinnam kazać ogniowi zniknąć,ale coś mnie powstrzymało. A właściwie ktoś. Koło mnie przeleciał Saburo. Był ranny i nie wyglądał na pełnego wigoru,raczej na zmęczonego. Odwróciłam się w lewą stronę i zobaczyłam wielką i obrzydliwą stonogę. Była chyba jakimś nieudanym eksperymentem naukowym,bo była olbrzymia. I gapiła się na mnie jak na apetyczne jedzenie. Znudzona i spokojna,odwzajemniałam jej spojrzenie.
-Jeśli jesteś na tyle odważna,żeby stanąć do walki ze mną to atakuj-powiedziałam do niej,bo była od brzucha w górę kobietą-Ale muszę Cię lojalnie ostrzec,że nie wyjdziesz z tego żywa-dodałam.
-Jesteś mała i słodka,ale zupełnie nie groźna!-syknęła.
Wkurzyło mnie to do tego stopnia,że byłam zdolna zabić ją własnymi rękami. Ja słodka?! Rozumiem,że mówi do mnie,że jestem mała,bo jest dużo większa ode mnie,no ale,żeby mówić mi,że jestem słodka? Wyciągnęłam swój miecz i zablokowałam dopływ mojej energii ogniu. Nadal się palił,ale nic nie niszczył i czekał,aż go użyję.
-Nigdy. Nie. Mów. Do. Mnie. Że. Jestem. Słodka!!-wrzasnęłam,biegnąc w jej stronę.
Zdziwiło ją to do tego stopnia,że po prostu stała i gapiła się na mnie. Napędzana wściekłością,skoczyłam w powietrze tuż przed nią. Zorientowała się,co jest grane jak już ją cięłam na pół. Połączyłam się z moim ogniem,co było dość łatwe. Spal ją. Spal! Ogień jak zwykle mnie posłuchał. Kiedy wylądowałam na nogach,mój ogień ruszył z wszystkich lekko spalonych domów co wyglądało naprawdę pięknie. Ogień sam się unosił i przemieszczał w stronę pół martwej stonogi-kobiety. Przyległ do niej jak druga skóra i zaczął ją palić. Potwór wrzasnął z bólu,ale jak szybko wrzasnęła,tak szybko ucichła. Z potwora nie zostało nic,oprócz popiołu. Dziękuję,a teraz znikaj. Znikaj! Ogień zniknął zupełnie,podobnie jak resztka mojej energii. Byłam wyczerpana i nie miałam już siły stać.
-Szlag!-mruknęłam pod nosem.
I runęłam jak długa do tyłu,zasypiając już w połowie drogi na spotkaniu z ziemią.
Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy. Przed oczami miałam drewniany sufit,na środku pokoju wesoło trzaskał ogień,gotując coś co nieźle pachniało. Byłam głodna i spragniona. A w dodatku,w dziwnym nastroju na oddawanie wrednych czynów. Usiadłam i wbiłam wzrok w Saburo. Miał na sobie czyste ciemnoniebieskie kimono,był czysty i pełen energii. Nawet się do mnie uśmiechnął. Ja miałam na sobie swoje kimono,które wczoraj nie ubrudziłam. Byłam czysta i moja siła wróciła do normy.
-Nareszcie się obudziłaś-powiedział.
-Też się nie ciesze,że Cię widzę,ale skoro już tu jesteś to mam dla Ciebie ważną radę-odpowiedziałam,wstając i podchodząc do niego.
Stanęłam obok niego,wzięłam zamach i zdzieliłam go w jego pustą łepetynę.
-Nigdy więcej nie ukrywaj przede mną ważnych faktów!-warknęłam,siadając po drugiej stronie ogniska.
Saburo zaczął masować sobie głowę w miejscu,w którym go uderzyłam,patrząc na mnie ponuro.
-Nie zamierzam-burknął.
-Wspaniale-mruknęłam,biorąc drewnianą miskę i nakładając sobie gulaszu z mięsem.
Pochłonęłam wszystko w dwie minuty i wzięłam dokładkę. Nie moja wina,że jak przeginam używanie ognia to później jem tak szybko i dużo. Kiedy już się najadłam i wypiłam dwa litry zimnej wody,wyszłam z domku na zewnątrz. Małe dzieci bawiły się w berka,kobiety i mężczyźni wykonywali swoją pracę,a starsze kobiety gotowały i rozmawiały o czymś ze sobą cicho. Mimo,że było spokojnie i radośnie,w powietrzu wisiało napięcie. Zmarszczyłam brwi. Czegoś nam nie mówią. Pytanie tylko czego? Westchnęłam cicho i zmieniłam się w czarnego kota z niebieskimi oczami. Moja kocia forma. Weszłam na dach domku,w którym spałam i rozejrzałam się po okolicy. Duża wioska z polem uprawnym i zwierzętami hodowlanymi. Z jednej strony otacza ją gęsty,a z drugiej nic. W oddali majaczyła inna wioska. Zeskoczyłam z domku i ruszyłam na skraj osady. Uważnie przyjrzałam się lasowi,ale nie wychodziłam z wioski,tak jak poprosił mnie Saburo. Coś mi tu nie grało. Ci ludzie byli za dziwni i jakoś podejrzanie cisi. Tylko dzieci beztrosko się bawili.
-Kotek!!-pisnęła jakaś dziewczynka.
Miała około pięciu lat. Brązowe włosy sięgały jej ramion i miała piwne oczy. Była mała i krucha. Odskoczyłam od jej małych rączek. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Nie jestem "kotkiem" tylko Kotołczaką-oznajmiłam jej szorstko.
Przez chwilę patrzyła na mnie zdezorientowana,a potem odwróciła się i z głośnym płaczem pobiegła w głąb wioski. Ludzie są czasami głupi i bardzo głośni. Westchnęłam cicho i pokręciłam głowa z pogardą. Zmieniłam się. To pewnie przez ten czas i ten dziwny zapach. Nie potrafiłam nazwać tego zapachu,ale przez niego włoski na moim karku się jeżyły.
-Powinnaś być milsza dla tej dziewczynki-oznajmił Saburo z drzewa obok mnie.
Odwróciłam się do niego i pokazałam mu swoje kły,które już nie były takie jak u ludzi tylko jak u kota. Stały się bardziej ostrzejsze i większe. Kiedy się uśmiechałam,było je widać.
-Będę milsza jak będzie mi się chciało-warknęłam.
Uniósł ręce w obronnym geście i westchnął ciężko.
-A tak z innej beczki. Gdzie mój miecz?-zapytałam go.
Od razu spoważniał. Sięgnął do brzucha,gdzie miał sztylet,ale sądząc po jego wyrazie twarzy,nie było go tam.
-Dlaczego zabrali nam broń?-myślał na głos,marszcząc brwi.
-Żebyśmy się nie mogli bronić i walczyć,to jest pewne-stwierdziłam.
-Dlaczego tak sądzisz?-zapytał zaciekawiony.
-Po co nosisz broń jak nie do walczenia i bronienia siebie?-odpowiedziałam pytaniem.
Wzruszył ramionami.
-Czujesz ten dziwny zapach?-zapytałam go po chwili milczenia.
-Jaki zapach?-zapytał.
-Nie wiem,jeszcze nigdy nie zetknęłam się z takim zapachem. Jest ledwie wyczuwalny,ale go czuję. Miałam Ci wcześniej o tym powiedzieć,ale jakoś wyleciało mi z głowy-mruknęłam.
-Nie dziwię Ci się-westchnął Saburo.
-Myślę,że nie powinniśmy używać w tym czasie swoich prawdziwych imion-stwierdziłam
-Możesz się do mnie zwracać Masutaro-oznajmił Saburo.
Uniosłam w zdziwieniu brew,ale nie skomentowałam tego.
-W tym czasie jestem Kagome-powiedziałam.
Przez chwilę było cicho,naprawdę cicho.
-Ludzie zachowują się dziwnie cicho jak na siebie. Nie rozmawiają głośno,nie śmieją się i nie gawędzą wesoło przy pracy-oznajmiłam.
-Więc Ty również to zauważyłaś-mruknął.
-Jestem bardzo spostrzegawcza-powiedziałam.
-Dlatego jesteś zagrożeniem-warknął jakiś głos zza muru z uciętych sosen.
Podskoczyłam. Teraz ten dziwny zapach
wtorek, 7 kwietnia 2015
Rozdział 15. Podjęłam już decyzję.
Wahałam się jeszcze przez chwilę,stojąc przed świątynią. Odeszłam ze służby u Oberona i wycofałam się od chronienia Katie. Wyprowadziłam się od Willa i Katie. Odeszłam z liceum. Musiałam i chciałam się nauczyć panować nad swoją mocą. Nad ogniem. Wywołałam pożar w Parku Kiry. Do tej pory mam koszmary,a minęło już dwa miesiące. Nie wiem,czy ktokolwiek jest w stanie nauczyć mnie nad
nią panować,ale chciałam spróbować. Nie miałam nic do stracenia. To skąd to wahanie? Znałam odpowiedź na to pytanie. Musiałam się wyrzec mojego poprzedniego życia i zacząć nowe,z czystą kartą,jako uczennica Kapłana. Czy byłam gotowa zakończyć swoje szalone życie? Nie miałam pojęcia. Zrobiłam krok do przodu,stając w wejściu do świątyni. To był mój nowy krok do przodu. Zakończyłam swoje dotychczasowe życie i zaczęłam nowe.
-Wielki krok naprzód-stwierdził męski głos za mną.
Pewnie bym podskoczyła albo się wzdrygnęła,gdybym nie słyszała kroków za sobą. Były ciche,ledwie słyszalne. Odwróciłam się,zaciekawiona do kogo należy lekko zachrypnięty głos. Kiedy zobaczyłam właściciela głosu myślałam,że padnę. Białowłosy mężczyzna o szaro-fiołkowych oczach. Wyższy ode mnie o pół głowy. Z pewnością był silny i umięśniony,ale chudy. Bardzo przystojny. Zaskoczyło mnie tylko to,że miał uszy i ogon. Był Kotołakiem. Białym kotołakiem,rzadko się zdarza by Kotołak w swojej prawdziwej postaci miał białą sierść. Miał na sobie ciemnoniebieskie kimono.
-Przepraszam,że przeszkadzam Ci w podejmowaniu decyzji-powiedział nieszczerze.
Naprawdę dziwne było to,że wiedziałam iż się nie polubimy. Nie znałam go,a już go nie znosiłam. Może to przez to,że widziałam w jego oczach złośliwe błyski i rozbawienie?
-Podjęłam już decyzję-odparowałam,odwracając się i ruszając do świątyni.
Miałam nadzieję,że on nie pójdzie za mną,ale nadzieja matką głupich. Prychnął i ruszył za mną. Trzymał się w bezpiecznej odległości. Miałam swój miecz przy pasie i paski z nożami do rzucania na udach. No i co z tego,że zaczęłam nowe życie? Broń z pewnością mi się przyda. Mam być uczennicą Kapłana chroniącego studni Znikających Kości. Wiem jak się nazywa mój "Mistrz". Saburo Morimato,ale nie opisali mi go. Pewnie będzie stary i bardzo mądry. Zatrzymałam się przed przesuwanymi drzwiami,nie bardzo wiedząc co mam zrobić. Zapukać,czy po prostu otworzyć i wejść? Na ratunek przyszedł mi starszy mężczyzna o brązowych oczach. Izaya Kinoato,czyli Kapłan Izaya. On miał na sobie srebrne kimono. Wiedziałam tylko tyle,że srebrny kolor,tutaj,oznacza,że jest tu szefem. Złączyłam obie dłonie,jak do modlitwy i pochyliłam głowę tak,że brodą dotykałam obojczyka.
-Anastasio,Saburo-Kapłan Izaya kiwnął nam głową.
Zamrugałam kilka razy,totalnie zdziwiona. Czyli to mój "mistrz"? Sądząc po jego uśmieszku,stwierdzam,że od początku o wszystkim wiedział. Od początku wiedział i nic mi nie powiedział. Jakoś się odegram.
******** Dwa Miesiące Później ********
Patrzyłam jak szaro-pomarańczowo-niebiesko-żółte płomienie palą długi patyk. Dwa miesiące ćwiczyłam panowanie nad swoim ogniem i umiałam kilka sztuczek. Kontrolowałam ogień do pewnego stopnia. Za kilka lat będę na tyle silna,by panować nad ogniem bez ograniczeń. Na razie musiałam się szkolić.
-Anastasia-warknął Saburo.
Przewróciłam oczami,zadowolona,że tego nie widzi i zgasiłam płomienie.
-Chodź!-syknął na mnie.
Przyzwyczaiłam się do jego nieznośnego zachowania. Wstałam,cała obolała od tak długiego siedzenia w bezruchu i ruszyłam za nim. Miałam na sobie pomarańczowe kimono. Pomarańczowe jak ogień. Nie rozumiem jak w tym czymś można walczyć. Przez pierwsze tygodnie miałam kłopoty z równowagą i dość często witałam się z podłogą. Później przyzwyczaiłam się do swojego kimona. Zaprzyjaźniłam się z kilkoma innymi uczniami innych Kapłanów. Naszym obowiązkiem było pilnie się uczyć,pomagać w Świątyni i ćwiczyć. Każdy uczeń musi być silny fizycznie i psychicznie,dlatego ćwiczymy. Jestem silniejsza,niż niejeden chłopak tutaj,ale mimo to muszę ciężej ćwiczyć,bo też będę strażnikiem Studni Znikających Kości. Stanęłam w bezpiecznej odległości od studni. Nie wolno nam było podchodzić do studni. Mój mistrz podszedł do Studni i odwrócił się w moją stronę. Podobno strażnicy studni mogą przenosić się dzięki Studni do czasów Sengoku (rok tygrysa). Studnię otacza dziwna magia,która jest bardzo mocna,ale nikt nie może jej wyczuć,oprócz mnie i Saburo. Może to przez to,że jesteśmy wrażliwi na magię i inne rzeczy. Saburo jest strażnikiem Studni i moim mistrzem. Nie miałam okazji zemścić się za jego arogancję pierwszego dnia tutaj. Nie powiedział mi,że to on będzie Kapłanek,który ma mnie uczyć.
-Za niedługo Ty też możesz się stać Strażnikiem Studni,jeśli Cię zaakceptuje-oznajmił mój mistrz.
Popatrzyłam na niego jak na totalnego idiotę. Dzielić zawód z NIM? Od chyba zgłupiał do reszty. Ledwie go znoszę,a co dopiero pracować z nim. Myślę,że ma gorączkę.
-Jest tylko jeden sposób,by się o tym przekonać-stwierdził patrząc na mnie tajemniczo.
Nie lubiłam kiedy tak na mnie patrzył. To zawsze oznaczało coś kompletnie porąbanego. Jak skakanie i bieganie po dachu Świątyni. Tego chyba nic nie przebije.
-Wskocz do Studni-nakazał.
A nie mówiłam? On zawsze wpada na takie porąbane pomysły. Ciekawe czy wie do czego służy mózg. niestety muszę spełniać wszystkie jego nakazy. Z ponurą miną podeszłam do Studni i jednym płynnym skokiem znalazłam się w studni. A właściwie spadałam na dno studni. W połowie poczułam dziwne szarpnięcie i spadałam z mniejszą prędkością. Wylądowałam w kucanej pozycji. Studnia była sucha i porośnięta twardymi pnączami o sercowatych liściach. Zrobiona była z ciemnoniebieskich cegieł i gliny czy czegoś takiego.
-Jak tylko stąd wyjdę to Cię zdzielę w Twój pusty łeb,Saburo!-krzyknęłam rozzłoszczona.
Było tu dość jasno jak na studnię,co było dziwne.
Podeszłam do pnączy i zaczęłam się po nich wspinać. Kiedy byłam już prawie na górze uzmysłowiłam sobie,że w Studni u nas nie ma pnączy,a w tej studni są. Czyżbym wylądowała w jakiejś innej studni,czy może innym świecie? Niech Cię szlag,Saburo! Wyszłam ze studni i rozejrzałam się. Tak jestem pewna,że to inny czas. Cofnęłam się do czasów Sengoku! Poznałam po wysokich i silnych drzewach. Żartuję. Poznałam po tym,że w Świątyni jest obraz przedstawiający ten czas. Mnóstwo drzew i krzewów. Wygląda na to,że spędzę tu kilka godzin zanim ktokolwiek po mnie przyjdzie. I co ja będę tu robić? Odwróciłam się gwałtownie w prawo,czując dym. Wyczuwałam też ogień. Zaczęłam węszyć w powietrzu. Jakaś wioska w pobliżu płonęła. Czułam też krew i słyszałam krzyki. Co się tam działo? Miałam ze sobą tylko mój miecz. Reszta broni była w moim pokoju,bo nie potrzebowałam jej. Ruszyłam biegiem w stronę krzyków i zapachów. Zanim dotarłam do linii lasu,przegonił mnie Saburo. Jakimś chamem był ode mnie szybszy. Może to dlatego,że był mężczyzną Kotołakiem.
-Gdzie my w ogóle jesteśmy?!-krzyknęłam za nim,biegnąc najszybciej jak mogłam.
-Od chwili,kiedy wylądowałaś tutaj,jesteś Strażniczką Studni!!-odkrzyknął.
Dlaczego? Dlaczego akurat ja? Wcale nie odpowiedział na moje pytanie!
![]() |
| Wejście do Świątyni. |
-Wielki krok naprzód-stwierdził męski głos za mną.
![]() |
| Saburo Morimato. |
-Przepraszam,że przeszkadzam Ci w podejmowaniu decyzji-powiedział nieszczerze.
Naprawdę dziwne było to,że wiedziałam iż się nie polubimy. Nie znałam go,a już go nie znosiłam. Może to przez to,że widziałam w jego oczach złośliwe błyski i rozbawienie?
-Podjęłam już decyzję-odparowałam,odwracając się i ruszając do świątyni.
Miałam nadzieję,że on nie pójdzie za mną,ale nadzieja matką głupich. Prychnął i ruszył za mną. Trzymał się w bezpiecznej odległości. Miałam swój miecz przy pasie i paski z nożami do rzucania na udach. No i co z tego,że zaczęłam nowe życie? Broń z pewnością mi się przyda. Mam być uczennicą Kapłana chroniącego studni Znikających Kości. Wiem jak się nazywa mój "Mistrz". Saburo Morimato,ale nie opisali mi go. Pewnie będzie stary i bardzo mądry. Zatrzymałam się przed przesuwanymi drzwiami,nie bardzo wiedząc co mam zrobić. Zapukać,czy po prostu otworzyć i wejść? Na ratunek przyszedł mi starszy mężczyzna o brązowych oczach. Izaya Kinoato,czyli Kapłan Izaya. On miał na sobie srebrne kimono. Wiedziałam tylko tyle,że srebrny kolor,tutaj,oznacza,że jest tu szefem. Złączyłam obie dłonie,jak do modlitwy i pochyliłam głowę tak,że brodą dotykałam obojczyka.
-Anastasio,Saburo-Kapłan Izaya kiwnął nam głową.
Zamrugałam kilka razy,totalnie zdziwiona. Czyli to mój "mistrz"? Sądząc po jego uśmieszku,stwierdzam,że od początku o wszystkim wiedział. Od początku wiedział i nic mi nie powiedział. Jakoś się odegram.
******** Dwa Miesiące Później ********
Patrzyłam jak szaro-pomarańczowo-niebiesko-żółte płomienie palą długi patyk. Dwa miesiące ćwiczyłam panowanie nad swoim ogniem i umiałam kilka sztuczek. Kontrolowałam ogień do pewnego stopnia. Za kilka lat będę na tyle silna,by panować nad ogniem bez ograniczeń. Na razie musiałam się szkolić.
-Anastasia-warknął Saburo.
Przewróciłam oczami,zadowolona,że tego nie widzi i zgasiłam płomienie.
-Chodź!-syknął na mnie.
Przyzwyczaiłam się do jego nieznośnego zachowania. Wstałam,cała obolała od tak długiego siedzenia w bezruchu i ruszyłam za nim. Miałam na sobie pomarańczowe kimono. Pomarańczowe jak ogień. Nie rozumiem jak w tym czymś można walczyć. Przez pierwsze tygodnie miałam kłopoty z równowagą i dość często witałam się z podłogą. Później przyzwyczaiłam się do swojego kimona. Zaprzyjaźniłam się z kilkoma innymi uczniami innych Kapłanów. Naszym obowiązkiem było pilnie się uczyć,pomagać w Świątyni i ćwiczyć. Każdy uczeń musi być silny fizycznie i psychicznie,dlatego ćwiczymy. Jestem silniejsza,niż niejeden chłopak tutaj,ale mimo to muszę ciężej ćwiczyć,bo też będę strażnikiem Studni Znikających Kości. Stanęłam w bezpiecznej odległości od studni. Nie wolno nam było podchodzić do studni. Mój mistrz podszedł do Studni i odwrócił się w moją stronę. Podobno strażnicy studni mogą przenosić się dzięki Studni do czasów Sengoku (rok tygrysa). Studnię otacza dziwna magia,która jest bardzo mocna,ale nikt nie może jej wyczuć,oprócz mnie i Saburo. Może to przez to,że jesteśmy wrażliwi na magię i inne rzeczy. Saburo jest strażnikiem Studni i moim mistrzem. Nie miałam okazji zemścić się za jego arogancję pierwszego dnia tutaj. Nie powiedział mi,że to on będzie Kapłanek,który ma mnie uczyć.
-Za niedługo Ty też możesz się stać Strażnikiem Studni,jeśli Cię zaakceptuje-oznajmił mój mistrz.
Popatrzyłam na niego jak na totalnego idiotę. Dzielić zawód z NIM? Od chyba zgłupiał do reszty. Ledwie go znoszę,a co dopiero pracować z nim. Myślę,że ma gorączkę.
-Jest tylko jeden sposób,by się o tym przekonać-stwierdził patrząc na mnie tajemniczo.
Nie lubiłam kiedy tak na mnie patrzył. To zawsze oznaczało coś kompletnie porąbanego. Jak skakanie i bieganie po dachu Świątyni. Tego chyba nic nie przebije.
-Wskocz do Studni-nakazał.
A nie mówiłam? On zawsze wpada na takie porąbane pomysły. Ciekawe czy wie do czego służy mózg. niestety muszę spełniać wszystkie jego nakazy. Z ponurą miną podeszłam do Studni i jednym płynnym skokiem znalazłam się w studni. A właściwie spadałam na dno studni. W połowie poczułam dziwne szarpnięcie i spadałam z mniejszą prędkością. Wylądowałam w kucanej pozycji. Studnia była sucha i porośnięta twardymi pnączami o sercowatych liściach. Zrobiona była z ciemnoniebieskich cegieł i gliny czy czegoś takiego.
-Jak tylko stąd wyjdę to Cię zdzielę w Twój pusty łeb,Saburo!-krzyknęłam rozzłoszczona.
Było tu dość jasno jak na studnię,co było dziwne.
Podeszłam do pnączy i zaczęłam się po nich wspinać. Kiedy byłam już prawie na górze uzmysłowiłam sobie,że w Studni u nas nie ma pnączy,a w tej studni są. Czyżbym wylądowała w jakiejś innej studni,czy może innym świecie? Niech Cię szlag,Saburo! Wyszłam ze studni i rozejrzałam się. Tak jestem pewna,że to inny czas. Cofnęłam się do czasów Sengoku! Poznałam po wysokich i silnych drzewach. Żartuję. Poznałam po tym,że w Świątyni jest obraz przedstawiający ten czas. Mnóstwo drzew i krzewów. Wygląda na to,że spędzę tu kilka godzin zanim ktokolwiek po mnie przyjdzie. I co ja będę tu robić? Odwróciłam się gwałtownie w prawo,czując dym. Wyczuwałam też ogień. Zaczęłam węszyć w powietrzu. Jakaś wioska w pobliżu płonęła. Czułam też krew i słyszałam krzyki. Co się tam działo? Miałam ze sobą tylko mój miecz. Reszta broni była w moim pokoju,bo nie potrzebowałam jej. Ruszyłam biegiem w stronę krzyków i zapachów. Zanim dotarłam do linii lasu,przegonił mnie Saburo. Jakimś chamem był ode mnie szybszy. Może to dlatego,że był mężczyzną Kotołakiem.
-Gdzie my w ogóle jesteśmy?!-krzyknęłam za nim,biegnąc najszybciej jak mogłam.
-Od chwili,kiedy wylądowałaś tutaj,jesteś Strażniczką Studni!!-odkrzyknął.
Dlaczego? Dlaczego akurat ja? Wcale nie odpowiedział na moje pytanie!
piątek, 3 kwietnia 2015
Rozdział 14. Nie przypominam sobie.
Jakoś chętni nie byli do mojego nakazu,więc musiałam z nimi walczyć. W sumie to oni zaczęli. Ja im nie kazałam wyciągać metalowych rurek. W tym wieku ludzie po prostu nie mają wyobraźni do broni. Zrobiłam zgrabny unik przed ich broniami i zmarszczyłam brwi. Wydawali się znajomi. Musiałam ich gdzieś mijać. Wzięłam głęboki oddech i kopnęłam ich po tyłkach. Po niecałych pięciu minutach wygrałam,ale za to padałam na twarz. Kask utrudniał mi w tej chwili oddychanie,więc go zdjęłam. Trzech chłopaków i tak już uciekło,a blondyn był nieprzytomny. Nareszcie mogłam wyprostować moje biedne,kocie uszy. Dużo lepiej mi się oddychało i jeszcze lepiej słyszałam. Przeczesałam ręką włosy i podeszłam do chłopaka,który był nieprzytomny. Był bledszy niż wcześniej widziałam i dziwnie pachniał. Kucnęłam przed nim i sprawdziłam jego tętno. Ledwie wyczuwalne,jego serce biło wolno i strasznie cicho. To jednak będę musiała użyć mojej mocy. Wzięłam głęboki oddech i dotknęłam ręki chłopaka. Skupiłam się i poczułam mrowienie na całym ciele i zapach fiołków w powietrzu. Miałam mniej energii,ale przynajmniej zrobiłam coś dobrego. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę ścigacza. Chłopak za kilka sekund się ocknie,w końcu go uzdrowiłam. Ubrałam kask i wsiadłam na motor.
Nie wiem jak to nazwać,więc nie będę się zastanawiać. Umiem porozumiewać się z Katie za pomocą myśli. Telepatia. Odkryłam to wczoraj jak wróciłam do domu kompletnie wykończona. Wzięłam głęboki oddech i skupiłam się na rozciąganiu całego ciała. Tak,miałam wychowanie fizyczne na czterech ostatnich lekcjach. Biegi na czas. Im dłużej będziesz biegła,tym większą ocenę dostaniesz. Ja na szczęście potrafię biegać długo. Miałyśmy biegać na bieżni. Katie miała dwie wolne godziny,więc siedziała na trybunach,jak kilkanaście innych osób z jej klasy. Chłopacy oczywiście grali w piłkę nożną na boisku. Tak,Will też z nimi grał. Nauczył się z telewizji. Pani Robinson zagwizdała w swój gwizdek i ustawiłyśmy się na linii startu. Oczywiście będę musiała biec dużo wolniej niż potrafiłam. Nauczycielka znowu zagwizdała i wystartowałyśmy. Oczywiście miałyśmy biec truchtem,żeby się nie zmęczyć,ale mnie to nie dotyczyło. Skupiłam się na oddechu.
-Blondyn po mojej prawej stronie cały czas Cię obserwuje-oznajmiła w moich myślach Katie.
O mało się nie potknęłam. Za bardzo się skupiłam na oddechu. Zmarszczyłam brwi na wiadomość Katie. Spojrzałam najpierw na nią,a potem we wskazanym kierunku. Faktycznie. Blondyn obserwował mnie swoimi brązowymi oczami. Od razu go rozpoznałam. Chłopak,którego wczoraj uratowałam. Położyłam po sobie uszy i rozejrzałam się. Oprócz mnie nikt już nie biegał. Zatrzymałam się przed Katie i podeszłam do niej. Usiadłam przed nią,na trawie po turecku. Opowiedziałam jej skróconą wersję wczorajszego wydarzenia.
-Nie znam go i nie mam zielonego pojęcia dlaczego tu przyszedł-zakończyłam.
-W każdym razie zaraz się dowiemy-mruknęła cicho.
Westchnęłam ciężko i popatrzyłam w lewo. Blondyn szedł w naszą stronę i zatrzymał się metr przed nami,a właściwie koło nas. Był przystojny i chudy.
-Chciałbym porozmawiać z Tobą na osobności-oznajmił.
Westchnęłam głośno i wstałam. Przeszliśmy na koniec trybun.
-O czym chciałeś ze mną porozmawiać?-zapytałam go.
-To byłaś Ty na czarno-zielonym ścigaczu? Uratowałaś mnie,prawda?-zapytał.
-Nie za bardzo wiem o co Ci chodzi-palnęłam.
-Czemu nie powiesz mu prawdy?-zapytała Katie.
-Jest z nim coś nie tak. Wyczuwam od niego opary magii,ale nie do końca. Dziwnie pachnie i jest podejrzany-odpowiedziałam jej.
-Dziwnie pachnie? To jeszcze jakoś zrozumiem,ale o co Ci chodzi z tym,że jest podejrzany?-zapytała.
-Jego źrenice się rozszerzają i zwężają,ma leciutko zamglony wzrok i dziwnie chodzi,jakby kulał lekko,a przecież wczoraj go uleczyłam. Z zapachem chodzi mi o to,że powinien jeszcze lekko pachnąć fiołkami,a on pachnie liliami zmieszanymi z różami i tulipanami. To dziwny zapach.-odpowiedziałam-Myślę,że jest marionetką czarowników-stwierdziłam.
-A marionetki czarowników mają ich magię?-zapytała Katie.
Czułam jej ciekawość i strach. Też byłam tego ciekawa i bałam się odpowiedzi.
-Nie wiem-odpowiedziałam.
-Wczoraj w nocy. Uratowałaś mnie przed śmiercią z rąk Żółtych Szalików-powiedział.
-Nie przypominam sobie-oznajmiłam.
Jest zdziwiony,a kiedy się odwracam i idę do Katie,wciąga z niedowierzania powietrze przez usta. Ten chłopak może być marionetką trzech czarowników,a wśród tej trójki znajduje się czarnowłosy szaleniec,który przysiągł,że zostanie moim mężem i nie spocznie póki tego nie dokona. Przysięgi i obietnice w Krainie NigdyNigdy były bezcenne i jego mieszkańcy zawsze wszystkiego dotrzymywali. Z jednej strony to było fajne,bo nikt nie mógł nie dotrzymać umowy czy danego słowa,ale z drugiej strony było głupie,bo jak ktoś złoży przysięgę to musi jej dotrzymać. Innymi słowy,miałam przerąbane. Katie popatrzyła na mnie ze współczuciem.
-Po lekcjach idę na siłownię-oznajmiła Katie,kiedy tylko do niej podeszłam.
-Będę musiała iść z Tobą-westchnęłam dramatycznie.
-Takie życie-mruknęła.
Przewróciłam oczami.
-Oby mi się nie odwidziało,bo lubię walczyć i ratować twój tyłek z niebezpieczeństwa. Robisz wtedy fajne miny-powiedziałam z wyższością.
Zaróżowiły jej się policzki od złości i zrobiła komiczną minę,więc się zaśmiałam.
-Panno Rain!! Mam Ci wysłać specjalne zaproszenie?!!!-wrzeszczy wuefistka.
Odwracam się zaskoczona. No tak! Lekcja zaczęła się trzy minuty temu,a ja nie jestem na zbiórce. Posyłam jej niewinny uśmiech i mamrocząc "Nie trzeba",staje na końcu,obok rudowłosej Azjatki.
Staram się nie wiercić w szkolnym mundurku. Od godziny jesteśmy w siłowni o niezrozumiałej dla mnie nazwie. Katie w stroju do ćwiczeń,a ja w mundurku szkolnym,bo nie miałam czasu wstąpić do domu i się przebrać. Przynajmniej miałam co robić. Nauczyciele byli dziś wyjątkowo wredni i zadali naprawdę dużo zadań domowych. Właśnie głowiłam się i troiłam nad zadaniami z chemii. Złamałam już z dwadzieścia ołówków. Westchnęłam cicho z frustracji. Głupie zadanie mnie ograło. Miałam pustkę w głowie.
-Poddajesz się,Anale?-zapytała Katie ze złośliwym uśmieszkiem.
-Nie mów tak do mnie!-warknęłam na nią-Rozgryzę to jakoś-dodałam.
-Jak mam do Ciebie nie mówić,Anale?
Wzniosłam oczy ku niebu. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i wróciłam do zadania. Katie dalej męczyła się na rowerku. Właśnie zastanawiałam się czy nie ominąć zadania,kiedy poczułam lekką woń cytryn. Gwałtownie podniosłam głowę znad zeszytu i zmarszczyłam brwi. Piętnaście osób stało przy drzwiach. Nie byle jakich. Oni należeli do Żółtych Szalików. I wszyscy gapili się na mnie.
-Chyba mamy kłopoty-oznajmiła Katie.
-Z całą pewnością,Kitty Kat-odpowiedziałam.
Spakowałam się w kilku sekundach i wstałam. Zasłoniłam swoim ciałem Katie,która zeszła z rowerka i zaczęła się cofać. Piętnastoosobowa grupa miała noże i rurki,a ja miałam tylko torbę z książkami. Mogłam się jeszcze zmienić w kota,ale to nie pomogłoby Katie. Za nami były tylko okna od podłogi do sufitu. W sali byliśmy tylko my dwie i oni. Było przeraźliwie cicho,kiedy mierzyłam ich wszystkich wzrokiem. Nie wiedzieli kim jestem,a ja nie wiedziałam kim jest ich lider i czego ode mnie chce.
-Brać ją!!-krzyknął blondyn o niebieskich oczach,wskazując na mnie.
I czternastu chłopaków ruszyło w moją stronę. No więc ja,jak to ja nie mająca broni,odwróciłam się do Katie. Ruszyłam w jej stronę sprintem,więc w pięć sekund później byłam już koło niej. Złapałam ją za rękę i rozpędzona,uderzyłam całym ciałem w okno,które rozsypało się na drobny mak. Znowu to niemiłe spadanie w dół. Katie wrzeszczała na całe gardło. Spadanie z drugiego piętra nie jest długie. Trwa tylko kilka sekund. Wylądowałam miękko na nogach. Katie wylądowała na nogach ciężko i z ledwością.
-Moje serce!-jęknęła przyjaciółka.
-Powinnaś być z siebie dumna-stwierdziłam-Spadłaś z drugiego piętra i nawet siniaka nie masz-dodałam.
-Chyba za nami nie skoczą-mruknęła Katie.
-Zbiegają schodami-oznajmiłam jej,łapiąc ją za nadgarstek i ciągnąc za sobą.
Biegłyśmy jasną uliczką,po obu stronach miałyśmy różne bary i sklepy. Nie było żadnej bocznej uliczki,co utrudniało nam znalezienie kryjówki. Wejście do baru oznaczałoby ślepą uliczkę. Nie pasowałam tam w swoim mundurku szkolnym,a Katie w srebrnych getrach i jaskrawopomarańczowej podkoszulce z czarną bandamką na głowie. Przechodnie gapili się na nas jak na idiotki. Pośmiałabym się z ich min,ale miałam na głowie grupkę Żółtych Szalików. Kiedy w końcu znalazłyśmy się na skrzyżowaniu,Katie nie miała siły dalej biec. Wepchnęłam ją do Rosyjskiego Sushi,a sama pognałam dalej.
-Nie wychodź z tamtąd,aż po Ciebie nie wrócę!-nakazałam jej.
-Wszyscy patrzą na mnie dziwnie-poskarżyła się.
Wzniosłam oczy ku niebu,biegnąc dalej.
-Dziwisz się im? Wyglądasz głupio w tych ciuchach!-odpowiedziałam jej.
Jak chcę to potrafię być miła! Przeskoczyłam niskie barierki,przebiegłam przez ulicę i wbiegłam do Parku Kiry. Ktoś kto tworzył ten park i go nazwał na cześć boga śmierci powinien się leczyć psychicznie. Kiedy wiem,że zgubiłam pościg,zatrzymuje się,ciężko dysząc. Nie mam żadnej broni,ani dobrego stroju do walczenia.
-Katie? Jesteś tam?!-krzyczę w myślach.
-Tak. Nic Ci nie jest?-zapytała przyjaciółka.
-Nie,nic. Zgubiłam ich,ale jeszcze nie mogę po Ciebie wrócić. Muszę mieć broń i inne ciuchy na wypadek walki-odpowiedziałam.
-Nie musisz się śpieszyć,tylko weź pieniądze jak już będziesz szła po mnie,bo nie mam-oznajmiła Katie.
-Dobra-mruknęłam i wypchnęłam ją z mojego umysłu.
Rozejrzałam się. Stałam pośrodku jakiejś zarośniętej alejce. Drzewa zasłaniały wszystko dookoła. Potrząsnęłam głową,a z moich włosów wypadły odłamki szkła. Wyciągnęłam z torby BlackBerry. Napisałam do Willa wiadomość i siad mi telefon. Westchnęłam ciężko i schowałam go do torby. Niezależna Kotołaczka jednak stała się zależna od innych. Co ze mnie za wojowniczka? Marna.
-A więc tutaj się ukrywasz!-o mało zawału nie dostałam,kiedy męski głos odezwał się za mną.
Za bardzo się zamyśliłam! Odwróciłam się błyskawicznie. To ten sam chłopak,który rozkazał grupce Żółtych Szalików mnie złapać.
-Nie ukrywam się!-warknęłam na niego-Czekam na zbawienie-albo chociaż inne ciuchy!
Nie wiem jak to nazwać,więc nie będę się zastanawiać. Umiem porozumiewać się z Katie za pomocą myśli. Telepatia. Odkryłam to wczoraj jak wróciłam do domu kompletnie wykończona. Wzięłam głęboki oddech i skupiłam się na rozciąganiu całego ciała. Tak,miałam wychowanie fizyczne na czterech ostatnich lekcjach. Biegi na czas. Im dłużej będziesz biegła,tym większą ocenę dostaniesz. Ja na szczęście potrafię biegać długo. Miałyśmy biegać na bieżni. Katie miała dwie wolne godziny,więc siedziała na trybunach,jak kilkanaście innych osób z jej klasy. Chłopacy oczywiście grali w piłkę nożną na boisku. Tak,Will też z nimi grał. Nauczył się z telewizji. Pani Robinson zagwizdała w swój gwizdek i ustawiłyśmy się na linii startu. Oczywiście będę musiała biec dużo wolniej niż potrafiłam. Nauczycielka znowu zagwizdała i wystartowałyśmy. Oczywiście miałyśmy biec truchtem,żeby się nie zmęczyć,ale mnie to nie dotyczyło. Skupiłam się na oddechu.
-Blondyn po mojej prawej stronie cały czas Cię obserwuje-oznajmiła w moich myślach Katie.
O mało się nie potknęłam. Za bardzo się skupiłam na oddechu. Zmarszczyłam brwi na wiadomość Katie. Spojrzałam najpierw na nią,a potem we wskazanym kierunku. Faktycznie. Blondyn obserwował mnie swoimi brązowymi oczami. Od razu go rozpoznałam. Chłopak,którego wczoraj uratowałam. Położyłam po sobie uszy i rozejrzałam się. Oprócz mnie nikt już nie biegał. Zatrzymałam się przed Katie i podeszłam do niej. Usiadłam przed nią,na trawie po turecku. Opowiedziałam jej skróconą wersję wczorajszego wydarzenia.
-Nie znam go i nie mam zielonego pojęcia dlaczego tu przyszedł-zakończyłam.
-W każdym razie zaraz się dowiemy-mruknęła cicho.
Westchnęłam ciężko i popatrzyłam w lewo. Blondyn szedł w naszą stronę i zatrzymał się metr przed nami,a właściwie koło nas. Był przystojny i chudy.
-Chciałbym porozmawiać z Tobą na osobności-oznajmił.
Westchnęłam głośno i wstałam. Przeszliśmy na koniec trybun.
-O czym chciałeś ze mną porozmawiać?-zapytałam go.
-To byłaś Ty na czarno-zielonym ścigaczu? Uratowałaś mnie,prawda?-zapytał.
-Nie za bardzo wiem o co Ci chodzi-palnęłam.
-Czemu nie powiesz mu prawdy?-zapytała Katie.
-Jest z nim coś nie tak. Wyczuwam od niego opary magii,ale nie do końca. Dziwnie pachnie i jest podejrzany-odpowiedziałam jej.
-Dziwnie pachnie? To jeszcze jakoś zrozumiem,ale o co Ci chodzi z tym,że jest podejrzany?-zapytała.
-Jego źrenice się rozszerzają i zwężają,ma leciutko zamglony wzrok i dziwnie chodzi,jakby kulał lekko,a przecież wczoraj go uleczyłam. Z zapachem chodzi mi o to,że powinien jeszcze lekko pachnąć fiołkami,a on pachnie liliami zmieszanymi z różami i tulipanami. To dziwny zapach.-odpowiedziałam-Myślę,że jest marionetką czarowników-stwierdziłam.
-A marionetki czarowników mają ich magię?-zapytała Katie.
Czułam jej ciekawość i strach. Też byłam tego ciekawa i bałam się odpowiedzi.
-Nie wiem-odpowiedziałam.
-Wczoraj w nocy. Uratowałaś mnie przed śmiercią z rąk Żółtych Szalików-powiedział.
-Nie przypominam sobie-oznajmiłam.
Jest zdziwiony,a kiedy się odwracam i idę do Katie,wciąga z niedowierzania powietrze przez usta. Ten chłopak może być marionetką trzech czarowników,a wśród tej trójki znajduje się czarnowłosy szaleniec,który przysiągł,że zostanie moim mężem i nie spocznie póki tego nie dokona. Przysięgi i obietnice w Krainie NigdyNigdy były bezcenne i jego mieszkańcy zawsze wszystkiego dotrzymywali. Z jednej strony to było fajne,bo nikt nie mógł nie dotrzymać umowy czy danego słowa,ale z drugiej strony było głupie,bo jak ktoś złoży przysięgę to musi jej dotrzymać. Innymi słowy,miałam przerąbane. Katie popatrzyła na mnie ze współczuciem.
-Po lekcjach idę na siłownię-oznajmiła Katie,kiedy tylko do niej podeszłam.
-Będę musiała iść z Tobą-westchnęłam dramatycznie.
-Takie życie-mruknęła.
Przewróciłam oczami.
-Oby mi się nie odwidziało,bo lubię walczyć i ratować twój tyłek z niebezpieczeństwa. Robisz wtedy fajne miny-powiedziałam z wyższością.
Zaróżowiły jej się policzki od złości i zrobiła komiczną minę,więc się zaśmiałam.
-Panno Rain!! Mam Ci wysłać specjalne zaproszenie?!!!-wrzeszczy wuefistka.
Odwracam się zaskoczona. No tak! Lekcja zaczęła się trzy minuty temu,a ja nie jestem na zbiórce. Posyłam jej niewinny uśmiech i mamrocząc "Nie trzeba",staje na końcu,obok rudowłosej Azjatki.
Staram się nie wiercić w szkolnym mundurku. Od godziny jesteśmy w siłowni o niezrozumiałej dla mnie nazwie. Katie w stroju do ćwiczeń,a ja w mundurku szkolnym,bo nie miałam czasu wstąpić do domu i się przebrać. Przynajmniej miałam co robić. Nauczyciele byli dziś wyjątkowo wredni i zadali naprawdę dużo zadań domowych. Właśnie głowiłam się i troiłam nad zadaniami z chemii. Złamałam już z dwadzieścia ołówków. Westchnęłam cicho z frustracji. Głupie zadanie mnie ograło. Miałam pustkę w głowie.
-Poddajesz się,Anale?-zapytała Katie ze złośliwym uśmieszkiem.
-Nie mów tak do mnie!-warknęłam na nią-Rozgryzę to jakoś-dodałam.
-Jak mam do Ciebie nie mówić,Anale?
Wzniosłam oczy ku niebu. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i wróciłam do zadania. Katie dalej męczyła się na rowerku. Właśnie zastanawiałam się czy nie ominąć zadania,kiedy poczułam lekką woń cytryn. Gwałtownie podniosłam głowę znad zeszytu i zmarszczyłam brwi. Piętnaście osób stało przy drzwiach. Nie byle jakich. Oni należeli do Żółtych Szalików. I wszyscy gapili się na mnie.
-Chyba mamy kłopoty-oznajmiła Katie.
-Z całą pewnością,Kitty Kat-odpowiedziałam.
Spakowałam się w kilku sekundach i wstałam. Zasłoniłam swoim ciałem Katie,która zeszła z rowerka i zaczęła się cofać. Piętnastoosobowa grupa miała noże i rurki,a ja miałam tylko torbę z książkami. Mogłam się jeszcze zmienić w kota,ale to nie pomogłoby Katie. Za nami były tylko okna od podłogi do sufitu. W sali byliśmy tylko my dwie i oni. Było przeraźliwie cicho,kiedy mierzyłam ich wszystkich wzrokiem. Nie wiedzieli kim jestem,a ja nie wiedziałam kim jest ich lider i czego ode mnie chce.
![]() |
| Sauron,pierwszy oficer lidera Żółtych Szalików. |
I czternastu chłopaków ruszyło w moją stronę. No więc ja,jak to ja nie mająca broni,odwróciłam się do Katie. Ruszyłam w jej stronę sprintem,więc w pięć sekund później byłam już koło niej. Złapałam ją za rękę i rozpędzona,uderzyłam całym ciałem w okno,które rozsypało się na drobny mak. Znowu to niemiłe spadanie w dół. Katie wrzeszczała na całe gardło. Spadanie z drugiego piętra nie jest długie. Trwa tylko kilka sekund. Wylądowałam miękko na nogach. Katie wylądowała na nogach ciężko i z ledwością.
-Moje serce!-jęknęła przyjaciółka.
-Powinnaś być z siebie dumna-stwierdziłam-Spadłaś z drugiego piętra i nawet siniaka nie masz-dodałam.
-Chyba za nami nie skoczą-mruknęła Katie.
-Zbiegają schodami-oznajmiłam jej,łapiąc ją za nadgarstek i ciągnąc za sobą.
Biegłyśmy jasną uliczką,po obu stronach miałyśmy różne bary i sklepy. Nie było żadnej bocznej uliczki,co utrudniało nam znalezienie kryjówki. Wejście do baru oznaczałoby ślepą uliczkę. Nie pasowałam tam w swoim mundurku szkolnym,a Katie w srebrnych getrach i jaskrawopomarańczowej podkoszulce z czarną bandamką na głowie. Przechodnie gapili się na nas jak na idiotki. Pośmiałabym się z ich min,ale miałam na głowie grupkę Żółtych Szalików. Kiedy w końcu znalazłyśmy się na skrzyżowaniu,Katie nie miała siły dalej biec. Wepchnęłam ją do Rosyjskiego Sushi,a sama pognałam dalej.
-Nie wychodź z tamtąd,aż po Ciebie nie wrócę!-nakazałam jej.
-Wszyscy patrzą na mnie dziwnie-poskarżyła się.
Wzniosłam oczy ku niebu,biegnąc dalej.
-Dziwisz się im? Wyglądasz głupio w tych ciuchach!-odpowiedziałam jej.
Jak chcę to potrafię być miła! Przeskoczyłam niskie barierki,przebiegłam przez ulicę i wbiegłam do Parku Kiry. Ktoś kto tworzył ten park i go nazwał na cześć boga śmierci powinien się leczyć psychicznie. Kiedy wiem,że zgubiłam pościg,zatrzymuje się,ciężko dysząc. Nie mam żadnej broni,ani dobrego stroju do walczenia.
-Katie? Jesteś tam?!-krzyczę w myślach.
-Tak. Nic Ci nie jest?-zapytała przyjaciółka.
-Nie,nic. Zgubiłam ich,ale jeszcze nie mogę po Ciebie wrócić. Muszę mieć broń i inne ciuchy na wypadek walki-odpowiedziałam.
-Nie musisz się śpieszyć,tylko weź pieniądze jak już będziesz szła po mnie,bo nie mam-oznajmiła Katie.
-Dobra-mruknęłam i wypchnęłam ją z mojego umysłu.
Rozejrzałam się. Stałam pośrodku jakiejś zarośniętej alejce. Drzewa zasłaniały wszystko dookoła. Potrząsnęłam głową,a z moich włosów wypadły odłamki szkła. Wyciągnęłam z torby BlackBerry. Napisałam do Willa wiadomość i siad mi telefon. Westchnęłam ciężko i schowałam go do torby. Niezależna Kotołaczka jednak stała się zależna od innych. Co ze mnie za wojowniczka? Marna.
-A więc tutaj się ukrywasz!-o mało zawału nie dostałam,kiedy męski głos odezwał się za mną.
Za bardzo się zamyśliłam! Odwróciłam się błyskawicznie. To ten sam chłopak,który rozkazał grupce Żółtych Szalików mnie złapać.
-Nie ukrywam się!-warknęłam na niego-Czekam na zbawienie-albo chociaż inne ciuchy!
piątek, 27 marca 2015
Rozdział 13. Nie ma wersji mniej demonicznej?
Leżałam na podłodze totalnie wypompowana z sił,z dławiącym zapachem lilii wodnych w całym pokoju. Musiałam coś zrobić,żeby ten zapach nie był moim ostatnim. Moja moc sama mnie powoli zabijała,więc nie miałam zbyt dużo czasu przed utratą przytomności. A do tego już nie duży krok od śmierci. Rozejrzałam się za bronią,którą mogłabym użyć do rozwalenia okna. Najbliżej mnie był mój miecz,więc poczołgałam się do niego. Nie miałam siły krzyczeć. Nie miałam siły na nic. Złapałam mocno rękojeść miecza,lewą ręką i wstałam. Nogi trzęsły się pod moim ciężarem,a świat wokół zaczął wirować jak zwariowany. Zachwiałam się i zrobiłam krok do przodu dla zachowania równowagi. Błąd! Powinnam była się nie ruszać. Miecz wyleciał mi z ręki kiedy machnęłam ręką dla utrzymania równowagi. Słyszałam jak rozbija szybę,a ja poleciałam zaraz za nim. Szyba powinna wytrzymać mój ciężar ciała w zderzeniu z nią,ale już była rozbita,więc wypadłam za okno razem z potłuczonym szkłem. Nie leciałam zbyt długo w dół. Zaledwie po pięciu sekundach miałam randkę z ziemią,a właściwie trawą i jakimiś kwiatkami. Jęknęłam,a chwilę później nadeszła zbawienna ciemność i zabrała mnie ze sobą.
*****
Odpoczywałam przez całą sobotę i niedzielę. Nabrałam wystarczającej siły by chodzić. Nigdy nie byłam tak wyczerpana. Katie i Will wiedzieli co się stało,opowiedziałam im o tym. Obudziłam się po szóstej i nie mogłam zasnąć. Bez pukania do mojego pokoju wpadła Katie z czymś w rękach i z szerokim uśmiechem. To nie był zwykły uśmiech. Miała je tylko kiedy chodziłyśmy kupić sukienki i spódnice. Ten uśmiech był podobny i to mnie przeraziło.
-Dwa fakty-oznajmiła radośnie.
-Nie śpię i nie wychodzę z łóżka?-zapytałam z nadzieją w głosie.
-Ojciec zapisał całą naszą trójkę do liceum. W Rairze są specjalne mundurki!-oznajmiła z szerokim uśmiechem.
Podniosła wieszak z ubraniem. Czerwona spódniczka przed kolana w kratkę,biała koszula,czerwona kokarda ze wstążki i czarne pod kolanówki. Wydałam z siebie okrzyk przerażenia i zakopałam się w kołdrze. Nigdy,przenigdy nie miałam na sobie tych przeklętych spódnic ani sukienek. Kotołaki,w mniejszości,się ich bały. Ja była w tej mniejszości.
-Mam taką samą! Będziemy jak siostry!-pisnęła entuzjastycznie Katie.
Miałam nadzieję,że żartowała i nie będę musiała ubierać tego cholerstwa.
-Błagam,powiedz,że to kawał!-krzyknęłam z pod kołdry.
-Nie,to najszczersza prawda. Ojciec się trochę rypnął z naszym wiekiem i zapisał nas do liceum,więc mamy tam chodzić i udawać licealistki. Zawsze marzyłam o powtórzeniu liceum! Licealiści są tacy słodcy!-powiedziała.
-Nie ma wersji mniej demonicznej?-zapytałam z nadzieją.
-Są tylko dla chłopaków-odpowiedziała.
O równej ósmej weszłam do klasy z Willem i jakąś Koreanką czy Azjatką. Swoje włosy upięła w
dwa kucyki czerwonymi gumkami. Miała rozpięte dwa guziki białej koszuli,a kokarda zwisała jej dość fajnie. Miała na mundurek ubrany czarny sweter. Też miałam rozpiętą koszulę,a kokardę byle jak narzuconą pod kołnierzyk białej koszuli. Nie czułam się wygodnie w mundurku. Na szczęście nie było do mundurku butów,więc ubrałam glany. Moje różowe włosy nie pasowały do mundurka.Wszyscy się odwrócili w naszą stronę. Ich wzrok spoczął na mnie. Wyróżniałam się z moimi włosami. Przewróciłam oczami i rozejrzałam się za wolnym miejscem. Ostatnia ławka pod oknem była wolna i tam się właśnie udałam. Will ruszył za mną i usiadł w ławce obok. Na szczęście każdy siedział sam,bo ławki były jednoosobowe. Wyciągnęłam z torby długopis i gruby zeszyt do sporządzania notatek. Przez całą lekcję starannie pisałam notatki choć one nie były mi potrzebne. Mam dobrą pamięć.
Po szesnastej byliśmy w domu. Katie i Will się uczyli,ja nie musiałam,więc postanowiłam się pouczyć jeździć na ścigaczu. Wiem,jestem dziwna,ale nigdy nie jeździłam ścigaczem,a miałam na to ochotę właśnie dziś. Przebrałam się w czarne spodenki i szarą bluzkę. Ubrałam czarno-zielony kombinezon ochronny,który przylegał do mojego ciała jak druga skóra i glany. Wstąpiłam do salonu,gdzie zakuwali moi przyjaciele.
-Idę się pouczyć jeździć na ścigaczu,nie wiem kiedy wrócę-oznajmiłam im.
-Powodzenia-mruknęła Katie,nie odrywając wzroku od książki.
-Nawzajem-westchnęłam i wyszłam na zewnątrz.
Wjechałam na stary tor w środku lasu. Nikt tu nie zaglądał od dawna,ale przyroda nie potrafiła zarosnąć nieżywy beton. Było cicho i jasno. Wzięłam głęboki oddech i puściłam hamulec. Czarno-zielony ścigacz wyrwał się do przodu i zgasł. Przewróciłam oczami. To potrwa dłużej niż kilka minut. Załapałam o co chodzi dopiero pół godziny później. Pędziłam ze śmiercionośną prędkością po torze. Fajne uczucie. Stwierdziłam,że mi to wystarczy i wróciłam do Ikebukuro. Właściwie to jeździłam bez celu. Odwróciłam gwałtownie głowę i lewą stronę. Zdawało mi się,że słyszałam cichy krzyk. Westchnęłam przeciągle i skręciłam w tamtą stronę. Wjechałam w ciemny zaułek. Dzięki moim wyostrzonym zmysłom widziałam,słyszałam i wyczuwałam równie dobrze jak kot,w którego mogłam się zmieniać. Już z daleka widziałam czwórkę ludzi. Trójka stała,a jeden leżał zwinięty w kulkę na ziemi. To nie wyglądało jak pomoc. Jeden z nich miał na sobie żółtą bluzie,drugi miał żółte buty,a trzeci żółtą czapkę. Musieli należeć do gangu. Z pewnością należeli do Żółtych Szalików. Odwrócili się w moją stronę i zasłonili rękami oczy. Już z daleka widziałam,że są chłopakami. Zatrzymałam się trzy metry przed nimi i wyłączyłam motor. Zsiadłam z niego,ale nie ściągnęłam kasku. Chciałam zostać anonimowa. Zerknęłam na nieprzytomnego chłopaka na ziemi. Był posiniaczony,ale chyba nie miał żadnych uszkodzeń wewnętrznych,ani połamanych kości. Przeniosłam swój wzrok na członków idiotycznego gangu.
-Zostawcie go w spokoju-nakazałam im.
*****
Odpoczywałam przez całą sobotę i niedzielę. Nabrałam wystarczającej siły by chodzić. Nigdy nie byłam tak wyczerpana. Katie i Will wiedzieli co się stało,opowiedziałam im o tym. Obudziłam się po szóstej i nie mogłam zasnąć. Bez pukania do mojego pokoju wpadła Katie z czymś w rękach i z szerokim uśmiechem. To nie był zwykły uśmiech. Miała je tylko kiedy chodziłyśmy kupić sukienki i spódnice. Ten uśmiech był podobny i to mnie przeraziło.
-Dwa fakty-oznajmiła radośnie.
-Nie śpię i nie wychodzę z łóżka?-zapytałam z nadzieją w głosie.
-Ojciec zapisał całą naszą trójkę do liceum. W Rairze są specjalne mundurki!-oznajmiła z szerokim uśmiechem.
Podniosła wieszak z ubraniem. Czerwona spódniczka przed kolana w kratkę,biała koszula,czerwona kokarda ze wstążki i czarne pod kolanówki. Wydałam z siebie okrzyk przerażenia i zakopałam się w kołdrze. Nigdy,przenigdy nie miałam na sobie tych przeklętych spódnic ani sukienek. Kotołaki,w mniejszości,się ich bały. Ja była w tej mniejszości.
-Mam taką samą! Będziemy jak siostry!-pisnęła entuzjastycznie Katie.
Miałam nadzieję,że żartowała i nie będę musiała ubierać tego cholerstwa.
-Błagam,powiedz,że to kawał!-krzyknęłam z pod kołdry.
-Nie,to najszczersza prawda. Ojciec się trochę rypnął z naszym wiekiem i zapisał nas do liceum,więc mamy tam chodzić i udawać licealistki. Zawsze marzyłam o powtórzeniu liceum! Licealiści są tacy słodcy!-powiedziała.
-Nie ma wersji mniej demonicznej?-zapytałam z nadzieją.
-Są tylko dla chłopaków-odpowiedziała.
O równej ósmej weszłam do klasy z Willem i jakąś Koreanką czy Azjatką. Swoje włosy upięła w
dwa kucyki czerwonymi gumkami. Miała rozpięte dwa guziki białej koszuli,a kokarda zwisała jej dość fajnie. Miała na mundurek ubrany czarny sweter. Też miałam rozpiętą koszulę,a kokardę byle jak narzuconą pod kołnierzyk białej koszuli. Nie czułam się wygodnie w mundurku. Na szczęście nie było do mundurku butów,więc ubrałam glany. Moje różowe włosy nie pasowały do mundurka.Wszyscy się odwrócili w naszą stronę. Ich wzrok spoczął na mnie. Wyróżniałam się z moimi włosami. Przewróciłam oczami i rozejrzałam się za wolnym miejscem. Ostatnia ławka pod oknem była wolna i tam się właśnie udałam. Will ruszył za mną i usiadł w ławce obok. Na szczęście każdy siedział sam,bo ławki były jednoosobowe. Wyciągnęłam z torby długopis i gruby zeszyt do sporządzania notatek. Przez całą lekcję starannie pisałam notatki choć one nie były mi potrzebne. Mam dobrą pamięć.
Po szesnastej byliśmy w domu. Katie i Will się uczyli,ja nie musiałam,więc postanowiłam się pouczyć jeździć na ścigaczu. Wiem,jestem dziwna,ale nigdy nie jeździłam ścigaczem,a miałam na to ochotę właśnie dziś. Przebrałam się w czarne spodenki i szarą bluzkę. Ubrałam czarno-zielony kombinezon ochronny,który przylegał do mojego ciała jak druga skóra i glany. Wstąpiłam do salonu,gdzie zakuwali moi przyjaciele.
-Idę się pouczyć jeździć na ścigaczu,nie wiem kiedy wrócę-oznajmiłam im.
-Powodzenia-mruknęła Katie,nie odrywając wzroku od książki.
-Nawzajem-westchnęłam i wyszłam na zewnątrz.
Wjechałam na stary tor w środku lasu. Nikt tu nie zaglądał od dawna,ale przyroda nie potrafiła zarosnąć nieżywy beton. Było cicho i jasno. Wzięłam głęboki oddech i puściłam hamulec. Czarno-zielony ścigacz wyrwał się do przodu i zgasł. Przewróciłam oczami. To potrwa dłużej niż kilka minut. Załapałam o co chodzi dopiero pół godziny później. Pędziłam ze śmiercionośną prędkością po torze. Fajne uczucie. Stwierdziłam,że mi to wystarczy i wróciłam do Ikebukuro. Właściwie to jeździłam bez celu. Odwróciłam gwałtownie głowę i lewą stronę. Zdawało mi się,że słyszałam cichy krzyk. Westchnęłam przeciągle i skręciłam w tamtą stronę. Wjechałam w ciemny zaułek. Dzięki moim wyostrzonym zmysłom widziałam,słyszałam i wyczuwałam równie dobrze jak kot,w którego mogłam się zmieniać. Już z daleka widziałam czwórkę ludzi. Trójka stała,a jeden leżał zwinięty w kulkę na ziemi. To nie wyglądało jak pomoc. Jeden z nich miał na sobie żółtą bluzie,drugi miał żółte buty,a trzeci żółtą czapkę. Musieli należeć do gangu. Z pewnością należeli do Żółtych Szalików. Odwrócili się w moją stronę i zasłonili rękami oczy. Już z daleka widziałam,że są chłopakami. Zatrzymałam się trzy metry przed nimi i wyłączyłam motor. Zsiadłam z niego,ale nie ściągnęłam kasku. Chciałam zostać anonimowa. Zerknęłam na nieprzytomnego chłopaka na ziemi. Był posiniaczony,ale chyba nie miał żadnych uszkodzeń wewnętrznych,ani połamanych kości. Przeniosłam swój wzrok na członków idiotycznego gangu.
-Zostawcie go w spokoju-nakazałam im.
sobota, 21 marca 2015
Rozdział 12. Boisz się,że przegrasz w pojedynku ze mną?
Dwa dni po tym jak zabili młodego olbrzyma,wylądowaliśmy w Tokio. Oberon wysłał nas na wakacje,a właściwie tylko Katie,ja i Will mieliśmy ją pilnować. Tak więc spakowaliśmy się i trochę broni,i przeszliśmy przez drzwi,do Tokio,a właściwie do przedpokoju dwupiętrowego domu. Moja siostra była u naszej mamy i tam kontynuowała naukę o swojej mocy i walce. Poukrywaliśmy broń w całym domu tak na wszelki wypadek. Zajęłam duży pokój w ciemnozielonym kolorze. Podłoga była czarna i podgrzewana,jak wszystkie podłogi. Meble były z jasnego drewna,co dodawało ciepła temu pokojowi. Mój miecz położyłam na komodzie,przy łóżku,cienki,długi sztylet schowałam pod poduszką. W łazience schowałam dwa sztylety i pistolet. Położyliśmy się spać,bo była noc i padaliśmy ze zmęczenia. Przebrałam się w czarą koszulę nocną i różowe spodenki. Zasnęłam od razu po położeniu się na łóżku.
Obudziłam się w środku nocy. Czułam,że nie jestem sama. Błyskawicznie usiadłam z wyciągniętym sztyletem na łóżku i rozejrzałam się uważnie. Nie musiałam nawet się wysilać by zobaczyć czarodzieja. Skąd wiedziałam,że jest czarodziejem? Unosił się kilka centymetrów nad ziemią,a powietrze wokół niego było przepełnione mocą,a wokół niego unosiły się wodne lilie o jasno różowych płatkach. Miał czarne włosy z fioletowym połyskiem i szare oczy. Ubrany był naprawdę dziwnie. Biała koszula rozpięta pod szyją,czarny krawat był naprawdę poluzowany,czarne spodnie,czarne do kolan buty i czarna marynarka wojskowa(wiecie taka jaką noszą ważni oficerowie). Rozglądał się po pokoju z ciekawością. Zakładałam,że przed sekundą przybył. Uśmiechał się lekko,w ręce miał okrągły,czarny przedmiot,bardzo ostry. Coś na kształt gwiazdki ninja,tyle,że lepszej. W sekundę go zlustrowałam. Wyskoczyłam z łóżka,rzucając w niego sztyletem. W dwóch susach dopadłam komody i wyciągnęłam miecz z pochwy. Magia na niewiele mu się zdawała,bo byłam na nią odporna. W całym pokoju czułam słodkawy zapach lilii wodnych. To pewnie jego znak rozpoznawczy,czy coś. Nie zastanawiałam się nad tym. Problem był w tym,że miał dar telekinezy,za pomocą swojej woli poruszał przedmioty, sterował nimi. Skąd wiedziałam? Zorientowałam się po swoim sztylecie. Zdążyłam go odbić mieczem,tak mocno,że wbił się po rękojeść w ścianę. Od wieczora nie schowałam ogona,było mi wygodniej jeśli był wolny,więc teraz drgał za moimi nogami. Czarodziej usiadł sobie wygodnie na czarnym biurku i obserwował mnie z zaciekawieniem. Uchyliłam się przed lampką nocną,która roztrzaskała się o ścianę za mną. Byłam zła.
-Boisz się,że przegrasz w pojedynku ze mną?-zapytałam go,chcąc go sprowokować.
Uśmiechnął się łobuziarsko i poduszka z szybką prędkością poleciała w kierunku mojej twarzy,więc rozcięłam ją na pół mieczem,przez co puch poleciał na wszystkie strony.
-Nie zniżam się do poziomu walczenia z dziewczyną-odpowiedział z błyskiem w oku-Zmęczę Cię,a potem uśpię i zabiorę ze sobą-dodał.
-Myślisz,że Ci się uda?-prychnęłam.
-Sądząc po Twoim szybkim oddechu? Tak,uda mi się-odpowiedział.
Miałam ochotę zaśmiać się,ale mój umysł spowiła delikatna mgiełka. Oddech miałam płytki,ale nie urywany. Oznaczało to,że wdycham słodką woń lilii wodnych. Zapewne to ich woń miała mnie uśpić. Niestety działała też męcząco. Moje ruchy stawały się wolniejsze i bardziej wyczerpujące. Moje ciało starało się wyrzucić woń lilii z mojego ciała. Była jak toksyna,więc moja moc i ciało starało mi się pomóc,pozbywając się jej z organizmu. Sama się zabijałam tak to też można nazwać. Mgła była coraz gęstniejsza i wygrywała. Byłam zmęczona do tego stopnia,że chwiałam się na nogach. Miecz wypadł mi z dłoni,wszystko się rozmazywało,a umysł mi nie pomagał. Czarodziej wykorzystał swoją szansę i przyszpilił mnie do ściany. Patrzył na mnie z podziwem i czymś jeszcze,mrocznym i obiecującym. Był wyższy ode mnie o pół głowy,więc musiałam odchylić lekko głowę by patrzeć mu w oczy. Ręce miałam po obu stronach głowy,trzymane przez niego. Był silny.
-Nie wiedziałem,że panujesz nad ogniem-mruknął.
Byłam blisko granicy stracenia przytomności i chętnie przyjęłabym pomoc.
-Czego chcesz?-warknęłam wkurzona.
-Ciebie-odpowiedział,pochylając głowę w moją stronę.
Chciał mnie pocałować i chciał mnie. Zdawałam sobie sprawę z tego jaka jestem i nigdy nie miałam kompleksów.
-Nie chodzę z wrogami-powiedziałam.
-Nie jestem Twoim wrogiem-zaprzeczył-Zamierzam zostać Twoim mężem i nie spocznę dopóki nim nie zostanę,przysięgam-szepnął mi do ucha.
Miałam ochotę przywalić mu w twarz,zetrzeć z powierzchni ziemi,ale byłam za słaba. Ledwie stałam na nogach,o walce mogłam pomarzyć. Wzdrygnęłam się.
-Pomarzyć możesz-warknęłam wściekła.
I wtedy stanęłam w płomieniach. Czarodziej odskoczył ode mnie błyskawicznie,z jękiem. Nie parzyły mnie szaro-niebiesko-żółte płomienie. Raczej męczyły. Czarodziej zniknął,a po nim została tylko lilia wodna. Runęłam na podłogę,ciężko oddychając.
Obudziłam się w środku nocy. Czułam,że nie jestem sama. Błyskawicznie usiadłam z wyciągniętym sztyletem na łóżku i rozejrzałam się uważnie. Nie musiałam nawet się wysilać by zobaczyć czarodzieja. Skąd wiedziałam,że jest czarodziejem? Unosił się kilka centymetrów nad ziemią,a powietrze wokół niego było przepełnione mocą,a wokół niego unosiły się wodne lilie o jasno różowych płatkach. Miał czarne włosy z fioletowym połyskiem i szare oczy. Ubrany był naprawdę dziwnie. Biała koszula rozpięta pod szyją,czarny krawat był naprawdę poluzowany,czarne spodnie,czarne do kolan buty i czarna marynarka wojskowa(wiecie taka jaką noszą ważni oficerowie). Rozglądał się po pokoju z ciekawością. Zakładałam,że przed sekundą przybył. Uśmiechał się lekko,w ręce miał okrągły,czarny przedmiot,bardzo ostry. Coś na kształt gwiazdki ninja,tyle,że lepszej. W sekundę go zlustrowałam. Wyskoczyłam z łóżka,rzucając w niego sztyletem. W dwóch susach dopadłam komody i wyciągnęłam miecz z pochwy. Magia na niewiele mu się zdawała,bo byłam na nią odporna. W całym pokoju czułam słodkawy zapach lilii wodnych. To pewnie jego znak rozpoznawczy,czy coś. Nie zastanawiałam się nad tym. Problem był w tym,że miał dar telekinezy,za pomocą swojej woli poruszał przedmioty, sterował nimi. Skąd wiedziałam? Zorientowałam się po swoim sztylecie. Zdążyłam go odbić mieczem,tak mocno,że wbił się po rękojeść w ścianę. Od wieczora nie schowałam ogona,było mi wygodniej jeśli był wolny,więc teraz drgał za moimi nogami. Czarodziej usiadł sobie wygodnie na czarnym biurku i obserwował mnie z zaciekawieniem. Uchyliłam się przed lampką nocną,która roztrzaskała się o ścianę za mną. Byłam zła.
-Boisz się,że przegrasz w pojedynku ze mną?-zapytałam go,chcąc go sprowokować.
Uśmiechnął się łobuziarsko i poduszka z szybką prędkością poleciała w kierunku mojej twarzy,więc rozcięłam ją na pół mieczem,przez co puch poleciał na wszystkie strony.
-Nie zniżam się do poziomu walczenia z dziewczyną-odpowiedział z błyskiem w oku-Zmęczę Cię,a potem uśpię i zabiorę ze sobą-dodał.
-Myślisz,że Ci się uda?-prychnęłam.
-Sądząc po Twoim szybkim oddechu? Tak,uda mi się-odpowiedział.
Miałam ochotę zaśmiać się,ale mój umysł spowiła delikatna mgiełka. Oddech miałam płytki,ale nie urywany. Oznaczało to,że wdycham słodką woń lilii wodnych. Zapewne to ich woń miała mnie uśpić. Niestety działała też męcząco. Moje ruchy stawały się wolniejsze i bardziej wyczerpujące. Moje ciało starało się wyrzucić woń lilii z mojego ciała. Była jak toksyna,więc moja moc i ciało starało mi się pomóc,pozbywając się jej z organizmu. Sama się zabijałam tak to też można nazwać. Mgła była coraz gęstniejsza i wygrywała. Byłam zmęczona do tego stopnia,że chwiałam się na nogach. Miecz wypadł mi z dłoni,wszystko się rozmazywało,a umysł mi nie pomagał. Czarodziej wykorzystał swoją szansę i przyszpilił mnie do ściany. Patrzył na mnie z podziwem i czymś jeszcze,mrocznym i obiecującym. Był wyższy ode mnie o pół głowy,więc musiałam odchylić lekko głowę by patrzeć mu w oczy. Ręce miałam po obu stronach głowy,trzymane przez niego. Był silny.
-Nie wiedziałem,że panujesz nad ogniem-mruknął.
Byłam blisko granicy stracenia przytomności i chętnie przyjęłabym pomoc.
-Czego chcesz?-warknęłam wkurzona.
-Ciebie-odpowiedział,pochylając głowę w moją stronę.
Chciał mnie pocałować i chciał mnie. Zdawałam sobie sprawę z tego jaka jestem i nigdy nie miałam kompleksów.
-Nie chodzę z wrogami-powiedziałam.
-Nie jestem Twoim wrogiem-zaprzeczył-Zamierzam zostać Twoim mężem i nie spocznę dopóki nim nie zostanę,przysięgam-szepnął mi do ucha.
Miałam ochotę przywalić mu w twarz,zetrzeć z powierzchni ziemi,ale byłam za słaba. Ledwie stałam na nogach,o walce mogłam pomarzyć. Wzdrygnęłam się.
-Pomarzyć możesz-warknęłam wściekła.
I wtedy stanęłam w płomieniach. Czarodziej odskoczył ode mnie błyskawicznie,z jękiem. Nie parzyły mnie szaro-niebiesko-żółte płomienie. Raczej męczyły. Czarodziej zniknął,a po nim została tylko lilia wodna. Runęłam na podłogę,ciężko oddychając.
Rozdział 11. Zdołałam je odzyskać po ciosie olbrzyma
Dotarliśmy na miejsce. Przed nami ciągnie się pasmo ostrych,skalistych gór. Za nami jest gęsty las. Wyciągam dwa pistolety z kabur na udach i rozglądam się dookoła. To moja kara. Mam zabić młodego olbrzyma,który zabija wszystko co się rusza na swoim terytorium. Ubrana jestem w swój bojowy strój Kotołaków. Jestem uzbrojona po zęby,podobnie jak Will i-nie wiem co sobie Oberon myślał-Katie. Will jest ubrany w zieloną tunikę,brązowe spodnie i czarne buty do kolan. Katie ubrała
niebieską tunikę,czarne spodnie i brązowe buty. Moje czarne ubranie,a właściwie zielone,zlewało się z tłem lasu. Konie zostawiliśmy jakieś cztery czy pięć kilometrów stąd. Nagle ziemią zaczęło leciutko trząść i ze skał wynurzył się mały olbrzym. Był wysokości drzewa. Skórę miał szarą,włosy na głowie sterczały w każdą stronę,jak czerwone igły. Miał jedno oko,dokładnie pośrodku czoła,wielki nochal i ostre,małe zęby. Skoro on był młody,to nie chciałam stawać do walki ze starym olbrzymem. Kiedy go tylko zobaczyłam,zaczęłam strzelać do niego. Magazynki błyskawicznie się skończyły,a jego klatka piersiowa i nogi wyglądały tak jakby wpadł w krzaki jeżyn i się po kuł. Rozchyliłam usta z niedowierzania i oburzenia. Ma cholernie grubą skórę. Na dodatek wkurzyłam go tym strzelaniem,Will swoimi strzałami też. Zamachnął się na mnie,bo byłam najbliżej,ale zdążyłam odskoczyć. Wylądowałam w trawie,która sięgała do kolan. Nie wiem czemu uczepił się tylko mnie olbrzym,ale tym razem rzucił wielkim kamieniem. Rzuciłam się w prawo,robiąc ślizg na klatkę piersiową. Kamień wylądował dwa metry ode mnie. Błyskawicznie wstałam i z gracją wskoczyłam na szaro-biały kamień.
-Nie trafiłeś,ofermo!!!-krzyknęłam do niego.
Nie wiem czemu to zrobiłam,ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Zeskoczyłam z kamienia,kilka sekund przed tym jak wielka ręka olbrzyma wylądowała na kamieniu,zgniatając go na miazgę. Dopiero kiedy obserwowałam z satysfakcją jak olbrzym jęczy cicho,dotarło do mnie,że to nie ja mam władzę nad swoim ciałem. Mogłam obserwować wszystko swoimi oczami,odczuwać swoje emocje i słyszeć swoimi uszami,ale nie mogłam kontrolować ciała. Ktoś opanował moje ciało,ta myśl była przerażająca. Stawiałam opór jak tylko mogłam,ale cierpiało na tym moje ciało,bo ten kto przejął moje ciało,skupiał się na mnie i na moim oporze,tak,że ciało było powolniejsze. Odłamki kamieni jakie ciskał we mnie olbrzym raniły moje ciało. Ja i intruz odczuwaliśmy ból,ale byliśmy zajęci o sprawowanie kontroli nad moim ciałem. Nawet nie zauważyłam,że się zatrzymałam. Byłam naprawdę
wkurzona. Tylko naprawdę potężny czarownik mógł się przedrzeć przez moje zabezpieczenia,tak to nazwijmy. To coś gorszego od opętania. Wtedy człowiek nie ma żadnej świadomości tego co robi jego ciało,jest zablokowany. Jego duch zatrzymuje się w czasie nawet nie wiedząc,że został opętany. Ja miałam pełną świadomość. Czułam wszystko. Po prostu nie mogłam nic robić,oprócz walczenia o kontrolę. Na szczęście jestem Kotołaczką,a nie zwykłym człowiekiem,bo zginęłabym od ciosu jaki zadał mi młody olbrzym, Właściwie to tylko walnął swoją ręką o moje ciało,przez co przeleciałam kilka metrów i przywitałam się-jak dla mnie za mocno-z sosną. Zatrzęsła się lekko jak się spotkaliśmy. Wszystkie żebra stwierdziły,że chcą mi przypomnieć o swojej obecności i się połamały. Rozłożyłam się na trawie u stup sosny,w trawie. No,teraz to mnie już poważnie wkurzył intruz. Przecież przed dwa dni będę leżeć w łóżku! Ledwie mogłam oddychać,o wstaniu już nie wspominając. W momencie kiedy witałam się z drzewem,intruz stracił kontrole nad moim ciałem i wygrałam naszą walkę. Poczułam się znów normalnie,ale tylko przez dwie sekundy. Później dopadł mnie ogromny ból,spowodowany złamaniem żeber. Na szczęście jakoś poważnie się nie strzaskały,więc moja moc automatycznie zaczęła uzdrawianie. Czułam jednocześnie ból i przyjemne łaskotanie,co było dziwną mieszanką. Uradowałam się tym,że mogę uzdrawiać własne kości. Kiedy się łamią,nie muszę ich nastawiać,same to robią,co jest chyba boleśniejsze od normalnego nastawiania kości. Jęczałam i przeklinałam na przemian,unieruchomiona na jakiś czas. Katie wrzeszczała coś cicho,tak dla mnie to było cicho. Kiedy się uzdrawiam albo kogoś,tworzy się we przy mnie coś podobnego do kokonu,wszystko słyszę i czuję,ale nie bezpośrednio. Coś jakby słuchanie muzyki pod wodą. Otumanienie osłabiło nieco odczuwalny ból. Słyszałam cichutkie kroki,które się do mnie zbliżały,a po kilku sekundach zobaczyłam nachylającą się nade mną Katie. Była zszokowana,przerażona i zmartwiona. Troszkę się rozmazywała na brzegach.
-Ana?! Słyszysz mnie?!-zapewne krzyczała,ale dla mnie to brzmiało jak mówienie.
-Mam. Złamane. Żebra. Nie. Dotykaj-szepczę ledwie słyszalnie,robiąc przerwy by złapać bolący oddech.
-Matko!-jest totalnie zdziwiona i patrzy na mnie z troską.
Wie,że jakoś dam sobie radę,ale będzie bolało i zabierało mi energię.
-Pomóż. Willowi. Ale. Zachowaj. Bezpieczną. Odległość-nakazuję jej z wielkim trudem.
Kiwa głową i wyciąga dwa pistolety z moich butów,po czym znika poza zasięg mojego wzroku. Słyszę jak strzela,chodź dźwięki są przytłumione.
Mijają godziny,stulecia i wieki,zanim jestem w stanie wstać i walczyć. Nadal się leczę,ale jestem w stanie się ruszać,chodź nie tak jak przed walką. Młody olbrzym jest zajęty Willem i nie zwraca na mnie największej uwagi. Nie jestem w stanie stać,więc idę na czworakach do skało o strych czubkach. Powoli wchodzę na pierwszą skałę,potem na drugą i tak dalej,aż jestem wyżej niż młody olbrzym. Dokładnie nad nim się znajduję. Katie widząc mnie,nie strzela wysoko,tylko nisko,w nogi. Will mnie nie widzi,zajęty unikaniem jego wielkich łap. Powili wstaję,podtrzymując się skał. Przez kilka sekund wszystko się przekrzywia i rozmazuje,ale wraca mi ostrość widzenia. Już po chwili mogłam się przemieszczać na czworakach. Jeśli bym się teraz zmieniła groziłoby mi nigdy nie wrócenie do ludzkiej postaci albo żebra roztrzaskałyby się na miazgę. Podeszłam do ostrych skał i zaczęłam się po nich wspinać. Starałam się uważać na żebra,które w dalszym ciągu się leczyły,ale pierwsza faza była już za mną. Teraz kości się zrastają. Zatrzymałam się dopiero,gdy byłam wyżej od młodego olbrzyma. Z trudem wstałam,świat znowu się rozmazał,więc zamrugałam powiekami i wzięłam kilka uspokajających oddechów. Wszystko wróciło do normy,więc wyciągnęłam mój miecz. Należał wcześniej do mojego dziadka,więc był zrobiony dla mężczyzny. Dobrze wyważony,ze srebra. Miał złote wzorki na ostrzu i klindze. Był dłuższy niż kobiece miecze,półtorej ręki mierzył. Claymore,tak nazywały się te miecze,obusieczne i przetną wszystko. Idealnie pasował do mojej ręki i wcale nie był strasznie ciężki. Chwyciłam go oburącz i z rozpędu zeskoczyłam. Skoczyłam na młodego olbrzyma, wydając bojowy syk. Miecz wbił się w czaszkę olbrzyma jak w masło,a ja spadałam w dół z coraz większą prędkością,tnąc go na pół. Mimo,że wylądowałam miękko na trawie, poczułam ból. Złamane żebra się jeszcze nie zagoiły. Skrzywiłam się lekko i wstałam z kucek. Wytarłam ostrze miecza i schowałam go do pochwy z prawej strony. Zadanie wykonane. Mimo tego,że wygraliśmy walkę z młodym olbrzymem,byłam w ponurym nastroju. Ktoś zdołał opanować moje ciało. Ale kto? Zrobi to jeszcze raz? To przez niego miałam połamane wszystkie żebra. Dlaczego to moje ciało opanował? Tyle pytań bez odpowiedzi. Ciało olbrzyma zmieniło się w pył z cichym pyknięciem. Katie podbiegła do mnie,ale zatrzymała się trzy kroki przede mną. Zmieniła się. Miała szpiczaste uszy,lśniące oczy i nabrała kolorów. Wydawała się wyciosana z marmuru,chłodna i piękna. Kusząca tajemnica. Biło z niej zatroskanie. Will stanął obok Katie z lekkim uśmiechem. Przez chwilę się wahałam. Powiedzieć im czy nie?
-Ktoś opanował moje ciało,kiedy walczyłam z olbrzymem-oznajmiłam cicho,patrząc ponad ich ramionami,na las.
Nie musiałam na nich patrzeć,by wiedzieć,że są zszokowani i przerażeni.
-Zdołałam je odzyskać po ciosie olbrzyma-dodałam,patrząc na nich-Nie wiem kto to zrobił.
-Można opętywać Wasze ciała?-zapytała zdziwiona Katie.
-Nie,nie można nas opętywać. Można opanować nasze ciała,ale my nadal w nich jesteśmy. Czujemy i widzimy wszystko,ale nie mamy kontroli nad ciałami. To gorsze od opętania i znacznie wyrachowane, ponieważ wszystko pamiętamy-wytłumaczyłam.
-Kto to mógł zrobić?-myślał głośno Will.
-Ktoś kto jest potężnym czarodziejem,bardzo potężnym-stwierdziłam.
-Nie ma tu czarodziei-oznajmił ponuro.
Uśmiechnęłam się smutno. Widocznie Kraina się powiększa,dodaje nowych wrogów. A to wszystko przez ludzi,przez ich wyobraźnie.
-Nie byłabym taka pewna-odpowiedziałam smutno.
-Musimy powiedzieć o tym mojemu ojcu-mruknęła Katie.
-Nie mamy dowodów-stwierdziliśmy w tym samym czasie,Ja i Will.
-Musicie przyciąc,że nie powiecie o opanowaniu nikomu,nawet Królowi-dodałam.
-Przysięgam-powiedziała Katie,a Will powtórzył po niej.
-Sama to jakoś rozwiąże-mruknęłam.
-Możesz pomarzyć-oznajmił Will-Pomogę Ci-dodał.
-Ja również-powiedziała z determinacją Katie.
niebieską tunikę,czarne spodnie i brązowe buty. Moje czarne ubranie,a właściwie zielone,zlewało się z tłem lasu. Konie zostawiliśmy jakieś cztery czy pięć kilometrów stąd. Nagle ziemią zaczęło leciutko trząść i ze skał wynurzył się mały olbrzym. Był wysokości drzewa. Skórę miał szarą,włosy na głowie sterczały w każdą stronę,jak czerwone igły. Miał jedno oko,dokładnie pośrodku czoła,wielki nochal i ostre,małe zęby. Skoro on był młody,to nie chciałam stawać do walki ze starym olbrzymem. Kiedy go tylko zobaczyłam,zaczęłam strzelać do niego. Magazynki błyskawicznie się skończyły,a jego klatka piersiowa i nogi wyglądały tak jakby wpadł w krzaki jeżyn i się po kuł. Rozchyliłam usta z niedowierzania i oburzenia. Ma cholernie grubą skórę. Na dodatek wkurzyłam go tym strzelaniem,Will swoimi strzałami też. Zamachnął się na mnie,bo byłam najbliżej,ale zdążyłam odskoczyć. Wylądowałam w trawie,która sięgała do kolan. Nie wiem czemu uczepił się tylko mnie olbrzym,ale tym razem rzucił wielkim kamieniem. Rzuciłam się w prawo,robiąc ślizg na klatkę piersiową. Kamień wylądował dwa metry ode mnie. Błyskawicznie wstałam i z gracją wskoczyłam na szaro-biały kamień.
-Nie trafiłeś,ofermo!!!-krzyknęłam do niego.
Nie wiem czemu to zrobiłam,ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Zeskoczyłam z kamienia,kilka sekund przed tym jak wielka ręka olbrzyma wylądowała na kamieniu,zgniatając go na miazgę. Dopiero kiedy obserwowałam z satysfakcją jak olbrzym jęczy cicho,dotarło do mnie,że to nie ja mam władzę nad swoim ciałem. Mogłam obserwować wszystko swoimi oczami,odczuwać swoje emocje i słyszeć swoimi uszami,ale nie mogłam kontrolować ciała. Ktoś opanował moje ciało,ta myśl była przerażająca. Stawiałam opór jak tylko mogłam,ale cierpiało na tym moje ciało,bo ten kto przejął moje ciało,skupiał się na mnie i na moim oporze,tak,że ciało było powolniejsze. Odłamki kamieni jakie ciskał we mnie olbrzym raniły moje ciało. Ja i intruz odczuwaliśmy ból,ale byliśmy zajęci o sprawowanie kontroli nad moim ciałem. Nawet nie zauważyłam,że się zatrzymałam. Byłam naprawdę
wkurzona. Tylko naprawdę potężny czarownik mógł się przedrzeć przez moje zabezpieczenia,tak to nazwijmy. To coś gorszego od opętania. Wtedy człowiek nie ma żadnej świadomości tego co robi jego ciało,jest zablokowany. Jego duch zatrzymuje się w czasie nawet nie wiedząc,że został opętany. Ja miałam pełną świadomość. Czułam wszystko. Po prostu nie mogłam nic robić,oprócz walczenia o kontrolę. Na szczęście jestem Kotołaczką,a nie zwykłym człowiekiem,bo zginęłabym od ciosu jaki zadał mi młody olbrzym, Właściwie to tylko walnął swoją ręką o moje ciało,przez co przeleciałam kilka metrów i przywitałam się-jak dla mnie za mocno-z sosną. Zatrzęsła się lekko jak się spotkaliśmy. Wszystkie żebra stwierdziły,że chcą mi przypomnieć o swojej obecności i się połamały. Rozłożyłam się na trawie u stup sosny,w trawie. No,teraz to mnie już poważnie wkurzył intruz. Przecież przed dwa dni będę leżeć w łóżku! Ledwie mogłam oddychać,o wstaniu już nie wspominając. W momencie kiedy witałam się z drzewem,intruz stracił kontrole nad moim ciałem i wygrałam naszą walkę. Poczułam się znów normalnie,ale tylko przez dwie sekundy. Później dopadł mnie ogromny ból,spowodowany złamaniem żeber. Na szczęście jakoś poważnie się nie strzaskały,więc moja moc automatycznie zaczęła uzdrawianie. Czułam jednocześnie ból i przyjemne łaskotanie,co było dziwną mieszanką. Uradowałam się tym,że mogę uzdrawiać własne kości. Kiedy się łamią,nie muszę ich nastawiać,same to robią,co jest chyba boleśniejsze od normalnego nastawiania kości. Jęczałam i przeklinałam na przemian,unieruchomiona na jakiś czas. Katie wrzeszczała coś cicho,tak dla mnie to było cicho. Kiedy się uzdrawiam albo kogoś,tworzy się we przy mnie coś podobnego do kokonu,wszystko słyszę i czuję,ale nie bezpośrednio. Coś jakby słuchanie muzyki pod wodą. Otumanienie osłabiło nieco odczuwalny ból. Słyszałam cichutkie kroki,które się do mnie zbliżały,a po kilku sekundach zobaczyłam nachylającą się nade mną Katie. Była zszokowana,przerażona i zmartwiona. Troszkę się rozmazywała na brzegach.
-Ana?! Słyszysz mnie?!-zapewne krzyczała,ale dla mnie to brzmiało jak mówienie.
-Mam. Złamane. Żebra. Nie. Dotykaj-szepczę ledwie słyszalnie,robiąc przerwy by złapać bolący oddech.
-Matko!-jest totalnie zdziwiona i patrzy na mnie z troską.
Wie,że jakoś dam sobie radę,ale będzie bolało i zabierało mi energię.
-Pomóż. Willowi. Ale. Zachowaj. Bezpieczną. Odległość-nakazuję jej z wielkim trudem.
Kiwa głową i wyciąga dwa pistolety z moich butów,po czym znika poza zasięg mojego wzroku. Słyszę jak strzela,chodź dźwięki są przytłumione.
Mijają godziny,stulecia i wieki,zanim jestem w stanie wstać i walczyć. Nadal się leczę,ale jestem w stanie się ruszać,chodź nie tak jak przed walką. Młody olbrzym jest zajęty Willem i nie zwraca na mnie największej uwagi. Nie jestem w stanie stać,więc idę na czworakach do skało o strych czubkach. Powoli wchodzę na pierwszą skałę,potem na drugą i tak dalej,aż jestem wyżej niż młody olbrzym. Dokładnie nad nim się znajduję. Katie widząc mnie,nie strzela wysoko,tylko nisko,w nogi. Will mnie nie widzi,zajęty unikaniem jego wielkich łap. Powili wstaję,podtrzymując się skał. Przez kilka sekund wszystko się przekrzywia i rozmazuje,ale wraca mi ostrość widzenia. Już po chwili mogłam się przemieszczać na czworakach. Jeśli bym się teraz zmieniła groziłoby mi nigdy nie wrócenie do ludzkiej postaci albo żebra roztrzaskałyby się na miazgę. Podeszłam do ostrych skał i zaczęłam się po nich wspinać. Starałam się uważać na żebra,które w dalszym ciągu się leczyły,ale pierwsza faza była już za mną. Teraz kości się zrastają. Zatrzymałam się dopiero,gdy byłam wyżej od młodego olbrzyma. Z trudem wstałam,świat znowu się rozmazał,więc zamrugałam powiekami i wzięłam kilka uspokajających oddechów. Wszystko wróciło do normy,więc wyciągnęłam mój miecz. Należał wcześniej do mojego dziadka,więc był zrobiony dla mężczyzny. Dobrze wyważony,ze srebra. Miał złote wzorki na ostrzu i klindze. Był dłuższy niż kobiece miecze,półtorej ręki mierzył. Claymore,tak nazywały się te miecze,obusieczne i przetną wszystko. Idealnie pasował do mojej ręki i wcale nie był strasznie ciężki. Chwyciłam go oburącz i z rozpędu zeskoczyłam. Skoczyłam na młodego olbrzyma, wydając bojowy syk. Miecz wbił się w czaszkę olbrzyma jak w masło,a ja spadałam w dół z coraz większą prędkością,tnąc go na pół. Mimo,że wylądowałam miękko na trawie, poczułam ból. Złamane żebra się jeszcze nie zagoiły. Skrzywiłam się lekko i wstałam z kucek. Wytarłam ostrze miecza i schowałam go do pochwy z prawej strony. Zadanie wykonane. Mimo tego,że wygraliśmy walkę z młodym olbrzymem,byłam w ponurym nastroju. Ktoś zdołał opanować moje ciało. Ale kto? Zrobi to jeszcze raz? To przez niego miałam połamane wszystkie żebra. Dlaczego to moje ciało opanował? Tyle pytań bez odpowiedzi. Ciało olbrzyma zmieniło się w pył z cichym pyknięciem. Katie podbiegła do mnie,ale zatrzymała się trzy kroki przede mną. Zmieniła się. Miała szpiczaste uszy,lśniące oczy i nabrała kolorów. Wydawała się wyciosana z marmuru,chłodna i piękna. Kusząca tajemnica. Biło z niej zatroskanie. Will stanął obok Katie z lekkim uśmiechem. Przez chwilę się wahałam. Powiedzieć im czy nie?
-Ktoś opanował moje ciało,kiedy walczyłam z olbrzymem-oznajmiłam cicho,patrząc ponad ich ramionami,na las.
Nie musiałam na nich patrzeć,by wiedzieć,że są zszokowani i przerażeni.
-Zdołałam je odzyskać po ciosie olbrzyma-dodałam,patrząc na nich-Nie wiem kto to zrobił.
-Można opętywać Wasze ciała?-zapytała zdziwiona Katie.
-Nie,nie można nas opętywać. Można opanować nasze ciała,ale my nadal w nich jesteśmy. Czujemy i widzimy wszystko,ale nie mamy kontroli nad ciałami. To gorsze od opętania i znacznie wyrachowane, ponieważ wszystko pamiętamy-wytłumaczyłam.
-Kto to mógł zrobić?-myślał głośno Will.
-Ktoś kto jest potężnym czarodziejem,bardzo potężnym-stwierdziłam.
-Nie ma tu czarodziei-oznajmił ponuro.
Uśmiechnęłam się smutno. Widocznie Kraina się powiększa,dodaje nowych wrogów. A to wszystko przez ludzi,przez ich wyobraźnie.
-Nie byłabym taka pewna-odpowiedziałam smutno.
-Musimy powiedzieć o tym mojemu ojcu-mruknęła Katie.
-Nie mamy dowodów-stwierdziliśmy w tym samym czasie,Ja i Will.
-Musicie przyciąc,że nie powiecie o opanowaniu nikomu,nawet Królowi-dodałam.
-Przysięgam-powiedziała Katie,a Will powtórzył po niej.
-Sama to jakoś rozwiąże-mruknęłam.
-Możesz pomarzyć-oznajmił Will-Pomogę Ci-dodał.
-Ja również-powiedziała z determinacją Katie.
Rozdział 10. Ona się nigdzie nie ruszy.
Następnego dnia byłam na służbie,gdy zadęły trąbki. Ktoś nadjeżdżał w pokojowych zamiarach. Will ani na chwilę nie opuszczał mojego boku. Polubił mnie i łaził za mną kiedy tylko mógł. Był wysoki,chudy i co naprawdę zaskakujące,był silny. Miał złote włosy obcięte na krótko i również złote oczy. Był naprawdę przystojny,ale nie ciągnęło mnie do niego. Był zabawny,inteligentny i umiał słuchać. Meghan uczyła się walczyć wraz z innymi dziećmi w małej sali treningowej. Kiedy tylko wypatrzyłam Oberona,pośpieszyłam do niego.
-Wiem-oznajmił,kiedy znalazłam się przed nim.
-Jakie są rozkazy?-zapytałam.
-Bądźcie czujni,ale nie atakujcie-odpowiedział.
Skinęłam głową i oddaliłam się,krzycząc rozkaz. Tłum elfów,satyrów i innych ras zrobił przejście dla powozu i jeźdźca na czarnym koniu. Konie tutaj nie dotykały kopytami podłoża,unosiły się kilka centymetrów w górze. Stanęłam dwa kroki za Oberonem,po jego prawej stronie. Will zajął miejsce po drugiej stronie. Z powozu wyszedł białowłosy chłopak o bladej cerze i szarych oczach. Był wyższy ode mnie,chudy,ale widać było,że jest silny i umie posługiwać się mieczem,przypiętym do swojego pasa. Był ubrany na czarno. Czarna skórzana kurtka z kapturem,czarna bluzka,czarne spodnie,czarne buty i czarne rękawice na rękach ozdobione małymi ćwiekami. Pomógł wysiąść czarnowłosej kobiecie o równie jasnej cerze jak on. Ubrana była w czarną suknie,aż do ziemi z wysokim kołnierzem. Od razu zorientowałam się z kim mamy do czynienia. Z królową Mab i jej synem. Mab była cholernie piękna i mogła śmiało rywalizować z królowa Tytanią o tytuł miss. Chłopak był cholernie przystojny. Białe włosy postawił delikatnie na żelu,co dodawało mu niebezpieczny i pociągły wygląd. Zlustrował mnie wzrokiem z uśmieszkiem. Zachowałam obojętny wyraz twarzy. Mab zlustrowała nas wszystkich wzrokiem,który zatrzymała na mnie. Pachnieli lodem i miętą.
-Idź po księżniczkę Katherinę,opoldo-rozkazała mi.
Położyłam uszy po sobie,ale nawet nie drgnęłam. Zimna suka nie będzie mi rozkazywać.
-Rain nie jest Twoją poddaną,królowo Mab-oznajmił jej zimno Oberon.
ienawidzili się nawzajem. Prychnęła i widać było,że nie spodobało jej się moje zachowanie.
-Opoldy są pod moją władzą,królu Oberonie-odparowała.
Nie ruszyło go to wcale. Rycerze ne kryli niechęci do Mab i jej synalka. Will spiął się,co oznaczało,że nie podoba mu się jak zwraca się do mnie Mab.
-Rain nie jest opoldą,tylko Kotołaczką-oznajmił jej Oberon.
Widziałam zaskoczenie na jej twarzy.
-Nieważne-machnęła lekceważąco ręką-Przyjechałam po Twojego mieszańca,królu Oberonie-oznajmiła z wrednym uśmiechem.
Napięłam wszystkie mięśnie. Wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od poćwiartowania jej na kawałeczki. Oberon się roześmiał.
-Uważasz,że Ci ją oddam?-zapytał sarkastycznie.
-Nie masz wyboru. Dziewczyna złożyła przysięgę z moim synem-odpowiedziała z satysfakcją Mab.
Oberon napiął mięśnie,ale nie dał po sobie poznać,że się zdenerwował. Odwrócił się do mnie.
-Przyprowadź moją córkę,proszę-powiedział do mnie.
Skinęłam głową i ruszyłam biegiem do zamku. Kiedy zniknęłam za wielkimi wejściowymi drzwiami, przyśpieszyłam. Katie siedziała z Sethem i Mią przy stole,rozmawiali. Zamilkli kiedy tylko pojawiłam się w pokoju.
-Chodź ze mną,Karie-nakazałam jej.
Błyskawicznie wstała zaniepokojona i ruszyła za mną.
-Mab i jej pożal się Boże,synalek przyjechali. Chodzi o przysięgę-oznajmiłam jej szeptem.
Zbladła. Wróciłam na dziedziniec w towarzystwie Katie. Była mocno zdenerwowana i przerażona,ale przerażenie znikło kiedy tylko na mnie zerknęła. Wiedziała,że ją ochronię,nawet kosztem własnego życia. Przyjaciółki na zawsze. Stanęła po prawej stronie,krok za Oberonem,tak,że nie stała równo z nim. Mab uśmiechnęła się wrednie,czyli jak zawsze. Jej synalek przypatrywał mi się,ale go ignorowałam.
-Powiedz nam,co zawierała przysięga pomiędzy Tobą,a moim synem-nakazała Mab,czym zasłużyła sobie na moje ostrzegawcze spojrzenie.
Katie należała do rodziny królewskiej i wszyscy mają się zwracać do niej z szacunkiem. Nawet ona.
-Zawarliśmy umowę,że jeśli mi pomoże to dobrowolnie pójdę z nim na Twój dwór,Wasza Wysokość-powiedziała Katie cicho.
-Widzisz Oberonie-zwróciła się Mab do ojca Katie-Twój mieszaniec należy do mojego królestwa. Złożyła przysięgę-mówi z uśmiechem wyższości.
-Katie,wiesz jakie ważne są dla nas wszystkich przysięgi-mówi Król,niskim tonem,prawie niebezpiecznym.
Czy oni są ślepi? Raczej głusi,to na pewno. Nie umią się wsłuchać w słowa. Podchodzę do Katie.
-Ona się nigdzie nie ruszy-oznajmiam rozbawiona,ale nie tracę czujności.
Książę sięga ręką do rękojeści swojego miecza.
-Jesteś na terenie Króla Oberona,jeśli zaatakujesz,albo chodź by wyciągniesz miecz,przeszyją Cię dziesiątki strzał-ostrzegam go.
Wszyscy są zaskoczeni moimi słowami. Pierwsza otrząsa się Mab. Mrużąc oczy,gapi się na mnie z błyskiem w oku. Uśmiecham się do niej słodko,czym doprowadzam ją do szału,ale z trudem się opanowuje.
-Jak śmiesz się wtrącać?!-krzyczy na mnie,autentycznie oburzona-I jak śmiesz grozić mojemu synowi?!!-wrzeszczy.
-Rain,jesteś na służbie-upomina mnie Oberon.
-Mój obchód już się skończył-oznajmuję-Nikomu nie grożę. Ja tylko ostrzegam-odpowiadam na pytanie Mab.
Policzki ma czerwone.
-Jest bezczelna-oznajmia Oberonowi.
-Dostanie odpowiednią karę-mruczy on w odpowiedzi.
Mogę znieść wszystko,byle by Katie była bezpieczna.
-Jak już mówiłam,Księżniczka Katherina się nigdzie nie ruszy. Spełniła swoją część przysięgi-mówię,zwracając się głównie do Mab.
-Nieprawda-warczy w odpowiedzi.
Ma szczęście,że nie bawię się w te ich gry słowne i ciągnięcie za języki,bo nie miałaby szans.
-Poszła z nim do Twojego dworu dobrowolnie. Nie było mówione w przysiędze ile ma tam być-mówię do niej jak do małego dziecka.
Z jej twarzy wnioskuję,że dobrze odczytała moją wiadomość. Jeśli chce oszukiwać Oberona,musi się zmierzyć ze mną. Jestem jego poddaną,więc muszę go uznawać za swojego króla i być wobec niego uczciwa i lojalna. Powietrze natychmiast stało się zimne i nieprzyjemne.
-Wiem-oznajmił,kiedy znalazłam się przed nim.
-Jakie są rozkazy?-zapytałam.
-Bądźcie czujni,ale nie atakujcie-odpowiedział.
Skinęłam głową i oddaliłam się,krzycząc rozkaz. Tłum elfów,satyrów i innych ras zrobił przejście dla powozu i jeźdźca na czarnym koniu. Konie tutaj nie dotykały kopytami podłoża,unosiły się kilka centymetrów w górze. Stanęłam dwa kroki za Oberonem,po jego prawej stronie. Will zajął miejsce po drugiej stronie. Z powozu wyszedł białowłosy chłopak o bladej cerze i szarych oczach. Był wyższy ode mnie,chudy,ale widać było,że jest silny i umie posługiwać się mieczem,przypiętym do swojego pasa. Był ubrany na czarno. Czarna skórzana kurtka z kapturem,czarna bluzka,czarne spodnie,czarne buty i czarne rękawice na rękach ozdobione małymi ćwiekami. Pomógł wysiąść czarnowłosej kobiecie o równie jasnej cerze jak on. Ubrana była w czarną suknie,aż do ziemi z wysokim kołnierzem. Od razu zorientowałam się z kim mamy do czynienia. Z królową Mab i jej synem. Mab była cholernie piękna i mogła śmiało rywalizować z królowa Tytanią o tytuł miss. Chłopak był cholernie przystojny. Białe włosy postawił delikatnie na żelu,co dodawało mu niebezpieczny i pociągły wygląd. Zlustrował mnie wzrokiem z uśmieszkiem. Zachowałam obojętny wyraz twarzy. Mab zlustrowała nas wszystkich wzrokiem,który zatrzymała na mnie. Pachnieli lodem i miętą.
-Idź po księżniczkę Katherinę,opoldo-rozkazała mi.
Położyłam uszy po sobie,ale nawet nie drgnęłam. Zimna suka nie będzie mi rozkazywać.
-Rain nie jest Twoją poddaną,królowo Mab-oznajmił jej zimno Oberon.
ienawidzili się nawzajem. Prychnęła i widać było,że nie spodobało jej się moje zachowanie.
-Opoldy są pod moją władzą,królu Oberonie-odparowała.
Nie ruszyło go to wcale. Rycerze ne kryli niechęci do Mab i jej synalka. Will spiął się,co oznaczało,że nie podoba mu się jak zwraca się do mnie Mab.
-Rain nie jest opoldą,tylko Kotołaczką-oznajmił jej Oberon.
Widziałam zaskoczenie na jej twarzy.
-Nieważne-machnęła lekceważąco ręką-Przyjechałam po Twojego mieszańca,królu Oberonie-oznajmiła z wrednym uśmiechem.
Napięłam wszystkie mięśnie. Wiele mnie kosztowało powstrzymanie się od poćwiartowania jej na kawałeczki. Oberon się roześmiał.
-Uważasz,że Ci ją oddam?-zapytał sarkastycznie.
-Nie masz wyboru. Dziewczyna złożyła przysięgę z moim synem-odpowiedziała z satysfakcją Mab.
Oberon napiął mięśnie,ale nie dał po sobie poznać,że się zdenerwował. Odwrócił się do mnie.
-Przyprowadź moją córkę,proszę-powiedział do mnie.
Skinęłam głową i ruszyłam biegiem do zamku. Kiedy zniknęłam za wielkimi wejściowymi drzwiami, przyśpieszyłam. Katie siedziała z Sethem i Mią przy stole,rozmawiali. Zamilkli kiedy tylko pojawiłam się w pokoju.
-Chodź ze mną,Karie-nakazałam jej.
Błyskawicznie wstała zaniepokojona i ruszyła za mną.
-Mab i jej pożal się Boże,synalek przyjechali. Chodzi o przysięgę-oznajmiłam jej szeptem.
Zbladła. Wróciłam na dziedziniec w towarzystwie Katie. Była mocno zdenerwowana i przerażona,ale przerażenie znikło kiedy tylko na mnie zerknęła. Wiedziała,że ją ochronię,nawet kosztem własnego życia. Przyjaciółki na zawsze. Stanęła po prawej stronie,krok za Oberonem,tak,że nie stała równo z nim. Mab uśmiechnęła się wrednie,czyli jak zawsze. Jej synalek przypatrywał mi się,ale go ignorowałam.
-Powiedz nam,co zawierała przysięga pomiędzy Tobą,a moim synem-nakazała Mab,czym zasłużyła sobie na moje ostrzegawcze spojrzenie.
Katie należała do rodziny królewskiej i wszyscy mają się zwracać do niej z szacunkiem. Nawet ona.
-Zawarliśmy umowę,że jeśli mi pomoże to dobrowolnie pójdę z nim na Twój dwór,Wasza Wysokość-powiedziała Katie cicho.
-Widzisz Oberonie-zwróciła się Mab do ojca Katie-Twój mieszaniec należy do mojego królestwa. Złożyła przysięgę-mówi z uśmiechem wyższości.
-Katie,wiesz jakie ważne są dla nas wszystkich przysięgi-mówi Król,niskim tonem,prawie niebezpiecznym.
Czy oni są ślepi? Raczej głusi,to na pewno. Nie umią się wsłuchać w słowa. Podchodzę do Katie.
-Ona się nigdzie nie ruszy-oznajmiam rozbawiona,ale nie tracę czujności.
Książę sięga ręką do rękojeści swojego miecza.
-Jesteś na terenie Króla Oberona,jeśli zaatakujesz,albo chodź by wyciągniesz miecz,przeszyją Cię dziesiątki strzał-ostrzegam go.
Wszyscy są zaskoczeni moimi słowami. Pierwsza otrząsa się Mab. Mrużąc oczy,gapi się na mnie z błyskiem w oku. Uśmiecham się do niej słodko,czym doprowadzam ją do szału,ale z trudem się opanowuje.
-Jak śmiesz się wtrącać?!-krzyczy na mnie,autentycznie oburzona-I jak śmiesz grozić mojemu synowi?!!-wrzeszczy.
-Rain,jesteś na służbie-upomina mnie Oberon.
-Mój obchód już się skończył-oznajmuję-Nikomu nie grożę. Ja tylko ostrzegam-odpowiadam na pytanie Mab.
Policzki ma czerwone.
-Jest bezczelna-oznajmia Oberonowi.
-Dostanie odpowiednią karę-mruczy on w odpowiedzi.
Mogę znieść wszystko,byle by Katie była bezpieczna.
-Jak już mówiłam,Księżniczka Katherina się nigdzie nie ruszy. Spełniła swoją część przysięgi-mówię,zwracając się głównie do Mab.
-Nieprawda-warczy w odpowiedzi.
Ma szczęście,że nie bawię się w te ich gry słowne i ciągnięcie za języki,bo nie miałaby szans.
-Poszła z nim do Twojego dworu dobrowolnie. Nie było mówione w przysiędze ile ma tam być-mówię do niej jak do małego dziecka.
Z jej twarzy wnioskuję,że dobrze odczytała moją wiadomość. Jeśli chce oszukiwać Oberona,musi się zmierzyć ze mną. Jestem jego poddaną,więc muszę go uznawać za swojego króla i być wobec niego uczciwa i lojalna. Powietrze natychmiast stało się zimne i nieprzyjemne.
Rozdział 9. Czemu Cię prawie nie widzę?
Zaraz po kolacji,ubrałam się w swój bojowy strój. Czarną podkoszulkę,czarną bluzę idealnie dopasowaną do mojego ciała,czarne grube getry,czarne buty do kolan i czarną czapkę zasłaniającą moje różowe włosy. To był współczesny bojowy strój Kotołaków. Zmieniał kolory,bez jakiś zbędnych słów. A poza tym był gruby i ciepły w razie potrzeby. Pomalowałam usta na czarno,wsadziłam do butów po jednym sztylecie i nożu do rzucania. To miała byś szybka i cicha akcja ratunkowa dla Księżniczki Katheriny McGracham,tak dobrze widzicie. Moja przyjaciółka była pół elfką,córką Oberona,a jako,że jestem rycerzem pod rozkazami Oberona,jadę ją uratować. Znalazła się jakimś pechowym trafem w Zimowym Dworze u królowej Mab. Chętnie zrobiłabym wielką zadymę w biały dzień,ale nie mogłam atakować całego dworu,bo wybuchłaby wojna. Dwory i ich głupie zasady. Miałam się wkraść sama pod osłoną nocy. Z kąt wytrzasnęłam strój bojowy Kotołaków? Odwiedziłam swoją skrytkę razem z Koleżką i wzięliśmy trochę moich ciuchów i dużo żarcia dla Katie,jako półczłowiek nie mogła jeść elfiego jedzenia. Ja mogłam i było przepyszne. Wyszłam na korytarz,po czym wyszłam na dziedziniec. Wsiadłam na białego konia,złapałam jedną ręką jego uzdy,a drugą drugiego dla Katie. Spięłam łydki i ruszyłam galopem.
Jakieś pięć godzin później byłam w jednym z wielu korytarzy na Zimowym Dworze. Wszyscy spali,więc mogłam bez przeszkód szukać przyjaciółki. Oczywiście byłam ostrożna i szłam bezszelestnie. Nie miałam planu co zrobię jak już się tu znajdę. Miałam otwierać wszystkie drzwi do komnat? Wołać jej nie mogłam,bo bym wszystkich obudziła. A chodzenie w ciemno po korytarzach jakoś nie wydawało mi się szczególnie przyjemne. Dwór był cały z przyciemnionego lodu,jak w Narnii pałac złej wiedźmy. Chociaż powiem,że pałac był identyczny jak w Narnii. Wielki,z mnóstwem ciemnych korytarzy i cholernie piękny na swój upiorny sposób. Wlazłam na trzecie piętro za zapachem Katie i dotarłam do końca ciemnego i upiornego korytarza. Zlewałam się z otoczeniem i nie było mnie
prawie widać. Czułam dużo zapachu Katie za drzwiami do komnaty i jej obecność w niej,ale czułam też zapach opoldy. Pachniała wszystkimi zwierzętami. Opoldy mogą przybierać postać dowolnego zwierzęcia,ale są mniejsze,niż normalne zwierzęta. Jeśliby mnie zaatakowała,nie miała szans przeżyć. Na szczęście nikogo nie było teraz u mojej przyjaciółki,która spała. Otworzyłam drzwi bez najmniejszego dźwięku i weszłam do jej komnaty. Szafa,wielkie łóżko,komoda i drzwi do łazienki.
Podeszłam do łóżka,w którym słodko spała blondynka,zakryłam jej usta dłonią i delikatnie szturchnęłam. Otworzyła szeroko oczy i zaczęła wierzgać jak szalona.
-To ja!-syknęłam cicho i puściłam ją.
Usiadła na łóżku i z otwartą buzią zaczęła się na mnie gapić,nie dowierzając. Bardzo ładnie jej zasalutowałam z szerokim uśmiechem na ustach.
-Jak Ty się tu dostałaś?-zapytała całkowicie rozbudzona.
To w niej uwielbiałam. Nie zadawała jakiś głupich pytań,nie marudziła kiedy się ją budziło w środku nocy.
-Drzwiami-odpowiedziałam,wskazując na drzwi do jej komnaty-Rusz dupę księżniczko i się ubieraj. Całej nocy nie mamy. A tak przy okazji to jestem teraz rycerzem Oberona-dodałam.
-Czemu Cię prawie nie widzę?-zapytała,ubierając się.
-Bo mam na sobie strój bojowy mojej rasy-odpowiedziałam.
-To wyjaśnia dlaczego jeszcze nikt Cię nie zauważył-Czekaj! Powiedziałaś rycerzem? W dodatku Oberona? Jeju! Musiało się sporo dziać,że zabawiasz się w rycerza! Jak tam zgrywanie potulnej?-zapytała z uśmiechem.
-Nie zgrywam potulnej!-odparowałam-Znalazłam cząstkę siebie,która nie jest buntowniczką. Uwielbiam rozkazy-dodałam,próbując ukryć uśmiech.
-A ja jestem Śpiącą Królewną-mruknęła.
-Rozkazy wcale nie są takie złe-odparowałam.
-Od kiedy to jesteś opanowaną,a w dodatku nie buntowniczką,która robi wszystkim na przekór?-zapytała.
-Od kiedy znalazłam się w tej wrednej krainie-odpowiedziałam ledwie słyszalnie i wyjrzałam na korytarz.
Był taki sam jak na początku. Nie pachniał niczym nowym,więc nikt tędy nie przechodził.
-Czysto-stwierdziłam-Chodź za mną i nie hałasuj-nakazałam jej i wyszłam na korytarz.
Szła za mną najciszej jak potrafiła. Kierowałam się własnym zapachem. Szłyśmy tą samą drogą,którą tu przyszłam. Poszło naprawdę fantastycznie. Nikt nas nie zauważył,nikt nie włączył alarmu,ani nic takiego. Poszło podejrzanie prosto. Za prosto,jak dla mnie. Odwróciłam się do Katie ze zmarszczonymi brwiami.
-Za prosto nam poszło-szepnęłam do niej.
-Wątpisz w swoje umiejętności?-zapytała cicho.
-W tym świecie? Owszem-odpowiedziałam,równie cicho jak ona.
Odwróciłam się i pchnęłam drzwi.. Złapałam Katie za łokieć i ruszyłyśmy biegiem przed siebie. Byliśmy już dwa kilometry przed Losoborem,kiedy wyczułam dziwną moc. Jakby ktoś zamrażał coś.
-Nie odwracaj się,tylko biegnij!-nakazałam przyjaciółce.
-Co to?-zapytała zasapana.
-Ktoś zamraża ziemię za nami. Jeśli nas wyprzedzi to będzie lodowisko-odpowiedziałam.
Katie już nie zadawała pytań,a ja jej nie powiedziałam nic więcej. Taką moc mają tylko dzieci władców. Jeśli byłaby to Mab,już dawno miałybyśmy lodowisko. A ponieważ Mab ma samych silnych synów, więc to któryś z nich. Ciekawe czemu nas nie atakuje. Pewnie boi się,że zrani Katie. Blondynka poślizgnęła się i rozpłaszczyła się na lodzie. Nie miałam problemów z zatrzymaniem równowagi. Pomogłam jej wstać,a ona przyjrzała się mojemu ubraniu. Stało się takie samo jak lód. Uwielbiam ten strój! Pomogłam wstać przyjaciółce i ciągnęłam ją po lodzie.
-Czemu się z nim nie zmierzysz?-zapytała cicho.
Położyłam uszy po sobie i spojrzałam na nią spode łba.
-Nie mogę walczyć jeśli to bezpośrednio nie zagraża naszemu życiu-odpowiedziałam,a właściwie wywarczałam.
-On nie zagraża naszemu życiu?-zapytała,wskazując za siebie.
-A widzisz,żeby celował do nas z łuku,czy rzucał się z mieczem w dłoni?-odparowałam,ostrzej niż zamierzałam.
Dotarłyśmy wreszcie do koni,więc podsadziłam blondynkę na białego konia z czarną grzywą i sama wskoczyłam na swojego konia. Spięłam łydki i oba konie ruszyły galopem.
Jakieś pięć godzin później byłam w jednym z wielu korytarzy na Zimowym Dworze. Wszyscy spali,więc mogłam bez przeszkód szukać przyjaciółki. Oczywiście byłam ostrożna i szłam bezszelestnie. Nie miałam planu co zrobię jak już się tu znajdę. Miałam otwierać wszystkie drzwi do komnat? Wołać jej nie mogłam,bo bym wszystkich obudziła. A chodzenie w ciemno po korytarzach jakoś nie wydawało mi się szczególnie przyjemne. Dwór był cały z przyciemnionego lodu,jak w Narnii pałac złej wiedźmy. Chociaż powiem,że pałac był identyczny jak w Narnii. Wielki,z mnóstwem ciemnych korytarzy i cholernie piękny na swój upiorny sposób. Wlazłam na trzecie piętro za zapachem Katie i dotarłam do końca ciemnego i upiornego korytarza. Zlewałam się z otoczeniem i nie było mnie
prawie widać. Czułam dużo zapachu Katie za drzwiami do komnaty i jej obecność w niej,ale czułam też zapach opoldy. Pachniała wszystkimi zwierzętami. Opoldy mogą przybierać postać dowolnego zwierzęcia,ale są mniejsze,niż normalne zwierzęta. Jeśliby mnie zaatakowała,nie miała szans przeżyć. Na szczęście nikogo nie było teraz u mojej przyjaciółki,która spała. Otworzyłam drzwi bez najmniejszego dźwięku i weszłam do jej komnaty. Szafa,wielkie łóżko,komoda i drzwi do łazienki.
Podeszłam do łóżka,w którym słodko spała blondynka,zakryłam jej usta dłonią i delikatnie szturchnęłam. Otworzyła szeroko oczy i zaczęła wierzgać jak szalona.
-To ja!-syknęłam cicho i puściłam ją.
Usiadła na łóżku i z otwartą buzią zaczęła się na mnie gapić,nie dowierzając. Bardzo ładnie jej zasalutowałam z szerokim uśmiechem na ustach.
-Jak Ty się tu dostałaś?-zapytała całkowicie rozbudzona.
To w niej uwielbiałam. Nie zadawała jakiś głupich pytań,nie marudziła kiedy się ją budziło w środku nocy.
-Drzwiami-odpowiedziałam,wskazując na drzwi do jej komnaty-Rusz dupę księżniczko i się ubieraj. Całej nocy nie mamy. A tak przy okazji to jestem teraz rycerzem Oberona-dodałam.
-Czemu Cię prawie nie widzę?-zapytała,ubierając się.
-Bo mam na sobie strój bojowy mojej rasy-odpowiedziałam.
-To wyjaśnia dlaczego jeszcze nikt Cię nie zauważył-Czekaj! Powiedziałaś rycerzem? W dodatku Oberona? Jeju! Musiało się sporo dziać,że zabawiasz się w rycerza! Jak tam zgrywanie potulnej?-zapytała z uśmiechem.
-Nie zgrywam potulnej!-odparowałam-Znalazłam cząstkę siebie,która nie jest buntowniczką. Uwielbiam rozkazy-dodałam,próbując ukryć uśmiech.
-A ja jestem Śpiącą Królewną-mruknęła.
-Rozkazy wcale nie są takie złe-odparowałam.
-Od kiedy to jesteś opanowaną,a w dodatku nie buntowniczką,która robi wszystkim na przekór?-zapytała.
-Od kiedy znalazłam się w tej wrednej krainie-odpowiedziałam ledwie słyszalnie i wyjrzałam na korytarz.
Był taki sam jak na początku. Nie pachniał niczym nowym,więc nikt tędy nie przechodził.
-Czysto-stwierdziłam-Chodź za mną i nie hałasuj-nakazałam jej i wyszłam na korytarz.
Szła za mną najciszej jak potrafiła. Kierowałam się własnym zapachem. Szłyśmy tą samą drogą,którą tu przyszłam. Poszło naprawdę fantastycznie. Nikt nas nie zauważył,nikt nie włączył alarmu,ani nic takiego. Poszło podejrzanie prosto. Za prosto,jak dla mnie. Odwróciłam się do Katie ze zmarszczonymi brwiami.
-Za prosto nam poszło-szepnęłam do niej.
-Wątpisz w swoje umiejętności?-zapytała cicho.
-W tym świecie? Owszem-odpowiedziałam,równie cicho jak ona.
Odwróciłam się i pchnęłam drzwi.. Złapałam Katie za łokieć i ruszyłyśmy biegiem przed siebie. Byliśmy już dwa kilometry przed Losoborem,kiedy wyczułam dziwną moc. Jakby ktoś zamrażał coś.
-Nie odwracaj się,tylko biegnij!-nakazałam przyjaciółce.
-Co to?-zapytała zasapana.
-Ktoś zamraża ziemię za nami. Jeśli nas wyprzedzi to będzie lodowisko-odpowiedziałam.
Katie już nie zadawała pytań,a ja jej nie powiedziałam nic więcej. Taką moc mają tylko dzieci władców. Jeśli byłaby to Mab,już dawno miałybyśmy lodowisko. A ponieważ Mab ma samych silnych synów, więc to któryś z nich. Ciekawe czemu nas nie atakuje. Pewnie boi się,że zrani Katie. Blondynka poślizgnęła się i rozpłaszczyła się na lodzie. Nie miałam problemów z zatrzymaniem równowagi. Pomogłam jej wstać,a ona przyjrzała się mojemu ubraniu. Stało się takie samo jak lód. Uwielbiam ten strój! Pomogłam wstać przyjaciółce i ciągnęłam ją po lodzie.
-Czemu się z nim nie zmierzysz?-zapytała cicho.
Położyłam uszy po sobie i spojrzałam na nią spode łba.
-Nie mogę walczyć jeśli to bezpośrednio nie zagraża naszemu życiu-odpowiedziałam,a właściwie wywarczałam.
-On nie zagraża naszemu życiu?-zapytała,wskazując za siebie.
-A widzisz,żeby celował do nas z łuku,czy rzucał się z mieczem w dłoni?-odparowałam,ostrzej niż zamierzałam.
Dotarłyśmy wreszcie do koni,więc podsadziłam blondynkę na białego konia z czarną grzywą i sama wskoczyłam na swojego konia. Spięłam łydki i oba konie ruszyły galopem.
Rozdział 8. To było boskie.
Nadal był niewidoczny,ale nie miał świadomości. Odwróciłam się i wyszłam na ścieżkę,w tej samej chwili Meghan jęknęła z bólu. Odwróciłam się błyskawicznie w jej stronę. Błąd intruzów. Doprowadzili mnie tym na skraj wściekłości. Jak śmieli uderzyć dziecko? W dodatku moją siostrzyczkę? W ciągu pięciu sekund znalazłam się przy nich. Zachowywali się głośno,ich serca łomotały,oddech mieli świszczący i było ich dwóch. Z czego jeden z nich krwawił,czułam metaliczny zapach krwi. Do diabła z niezabijaniem! Złapałam pierwszego za szyję i zacisnęłam palce. Usłyszałam cichy trzask i coś jakby mlaśnięcie. Zmiażdżyłam mu szyję. Już po nim. Nie dobiłam go,tylko puściłam i z pełnego obrotu kopnęłam drugiego w klatkę piersiową,tam gdzie znajdowało się jego serce. Z pewnością poleciał kilka metrów do tyłu. Upadł przy linii drzew z lewej strony,martwy.
-To było boskie-sapnęła Meghan,zwinięta w kulkę.
Klęknęłam przed nią i popatrzyłam z troską w oczy. Oberwała mieczem. Ciężka rana,ale nie śmiertelna.
Zabić nas można na dwa sposoby. Pierwszy,przebić bronią nasze serce. Drugi,obciąć nam głowę. Normalnie jak u wampirów z książek fantasy. Odgarnęłam jej włosy z twarzy i przyłożyłam otwartą dłoń do głębokiej i brzydkiej rany,ciągnącej się od biodra do pierwszego żebra. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i oczyściłam umysł. Mała sama się leczyła,ale zemdlała by z dużej utraty krwi,gdyby się leczyła sama. Kotołaki potrafią leczyć siebie i innych,ale muszą znaleźć swoje granice bezwzględne. Ja jeszcze nie znalazłam swojej,mimo,że mam dwadzieścia jeden lat. Małe Kotołaki leczą wolniej. Jest to dla nich bardziej wyczerpujące niż dla większych. Mała oddychała płytko,a w miarę jak leczyłam jej ranę,oddychała głębiej. Kiedy skończyłam,prawie się nie zmęczyłam. Prawie. Oddychałam tylko trochę szybciej.
-Dziękuję-mruknęła mała.
Odpowiedziałam jej uśmiechem. Robin Koleżka(Puk) uporał się ze swoim wrogiem i podszedł do nas.
Miał kilka drobnych ran,ale kiedy go dźgnęłam palcem zniknęły. Pomogłam wstać Meghan,a wokół nas
powietrze pachniało fiołkami. Zapomniałam wspomnieć,że mamy swój zapach,kiedy kogoś leczymy.
Królowa Tytania gdzieś zniknęła,ale Król Oberon został i przyglądał mi się z zaciekawieniem.
-To niewybaczalne,że ktoś napadł na mój Dwór. W dodatku z ukrycia!-oznajmił-Dziękuję za pomoc w
unieszkodliwieniu intruzów,Anastasio-dodał.
-To nic takiego-odpowiedziałam.
-Jestem Ci coś winien-stwierdził-Czego sobie życzysz,Anastasio Rain?-zapytał.
Dużo rzeczy. Wpadłam na naprawdę dziki pomysł.
-Chciałabym wstąpić do Twych rycerzy,Królu Oberonie-odpowiedziałam,zanim się rozmyśliłam.
Wyglądał na zdziwionego. Podobnie jak Koleżka i moja siostrzyczka.
-I chciałabym,żeby moja siostra była bezpieczna na pana terenach-dodałam.
Czemu chciałam wstąpić do rycerzy Oberona? Właściwie sama nie wiem. Myślę,że chciałam się trochę zabawić w rycerza,dopóki mi oczywiście nie przejdzie.
-Oczywiście-odpowiedział Oberon,po chwili zastanowienia-Odpocznijcie-dodał po chwili ciszy.
To był sygnał,że mamy spadać,tyle,że w zastosowaniu innych słów. Odwróciliśmy się i ruszyliśmy z powrotem. Cała nasza trójka wylądowała w "moim" pokoju. Usiadłam na jednym z czterech foteli. Meg i Koleżka zrobili to samo.
-Mogłaś go poprosić o cokolwiek,a poprosiłaś o wstąpienie do rycerzy-westchnął Puk.
Przewróciłam oczami.
-Po prostu zawsze chciałam zostać rycerzem-odparowałam.
Elf zaczął się śmiać,a my do niego dołączyłyśmy.
-To było boskie-sapnęła Meghan,zwinięta w kulkę.
Klęknęłam przed nią i popatrzyłam z troską w oczy. Oberwała mieczem. Ciężka rana,ale nie śmiertelna.
Zabić nas można na dwa sposoby. Pierwszy,przebić bronią nasze serce. Drugi,obciąć nam głowę. Normalnie jak u wampirów z książek fantasy. Odgarnęłam jej włosy z twarzy i przyłożyłam otwartą dłoń do głębokiej i brzydkiej rany,ciągnącej się od biodra do pierwszego żebra. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i oczyściłam umysł. Mała sama się leczyła,ale zemdlała by z dużej utraty krwi,gdyby się leczyła sama. Kotołaki potrafią leczyć siebie i innych,ale muszą znaleźć swoje granice bezwzględne. Ja jeszcze nie znalazłam swojej,mimo,że mam dwadzieścia jeden lat. Małe Kotołaki leczą wolniej. Jest to dla nich bardziej wyczerpujące niż dla większych. Mała oddychała płytko,a w miarę jak leczyłam jej ranę,oddychała głębiej. Kiedy skończyłam,prawie się nie zmęczyłam. Prawie. Oddychałam tylko trochę szybciej.
-Dziękuję-mruknęła mała.
Odpowiedziałam jej uśmiechem. Robin Koleżka(Puk) uporał się ze swoim wrogiem i podszedł do nas.
Miał kilka drobnych ran,ale kiedy go dźgnęłam palcem zniknęły. Pomogłam wstać Meghan,a wokół nas
powietrze pachniało fiołkami. Zapomniałam wspomnieć,że mamy swój zapach,kiedy kogoś leczymy.
Królowa Tytania gdzieś zniknęła,ale Król Oberon został i przyglądał mi się z zaciekawieniem.
-To niewybaczalne,że ktoś napadł na mój Dwór. W dodatku z ukrycia!-oznajmił-Dziękuję za pomoc w
unieszkodliwieniu intruzów,Anastasio-dodał.
-To nic takiego-odpowiedziałam.
-Jestem Ci coś winien-stwierdził-Czego sobie życzysz,Anastasio Rain?-zapytał.
Dużo rzeczy. Wpadłam na naprawdę dziki pomysł.
-Chciałabym wstąpić do Twych rycerzy,Królu Oberonie-odpowiedziałam,zanim się rozmyśliłam.
Wyglądał na zdziwionego. Podobnie jak Koleżka i moja siostrzyczka.
-I chciałabym,żeby moja siostra była bezpieczna na pana terenach-dodałam.
Czemu chciałam wstąpić do rycerzy Oberona? Właściwie sama nie wiem. Myślę,że chciałam się trochę zabawić w rycerza,dopóki mi oczywiście nie przejdzie.
-Oczywiście-odpowiedział Oberon,po chwili zastanowienia-Odpocznijcie-dodał po chwili ciszy.
To był sygnał,że mamy spadać,tyle,że w zastosowaniu innych słów. Odwróciliśmy się i ruszyliśmy z powrotem. Cała nasza trójka wylądowała w "moim" pokoju. Usiadłam na jednym z czterech foteli. Meg i Koleżka zrobili to samo.
-Mogłaś go poprosić o cokolwiek,a poprosiłaś o wstąpienie do rycerzy-westchnął Puk.
Przewróciłam oczami.
-Po prostu zawsze chciałam zostać rycerzem-odparowałam.
Elf zaczął się śmiać,a my do niego dołączyłyśmy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







