niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział 18. Ubezpieczaj tyły.

Dwa dni później natrafiliśmy na płonącą wioskę. Saburo był ciężko ranny i nie mógł walczyć ani tym bardziej włazić do palących się domów. Mimo,że nasze rany szybko się goiły,nic nie mogliśmy poradzić na trujący jad albo inne świństwa opóźniające zdrowienie.
-Ubezpieczaj tyły-nakazałam mu.
(tak mniej więcej wygląda bicz Kagome/Any)
Wiedziałam,że nikt już raczej nie zaatakuje palącej się wioski,ale nie chciałam żeby wiedział,że się nad nim lituję. Wbiegłam do wioski,wcześniej zakładając maskę ochronną. Była metalowa i wyglądała jak połowa sitka w kolorze pomarańczowym. Pomarańcz to mój kolor rozpoznawczy. Maska była zrobiona tak,że nie przepuszczała dymu ani niczego trującego,więc mogłam spokojnie oddychać. By się trzymała twarzy na obu końcach zrobiono dziurki i przewleczono mocną wstążką ognioodporną. Zasłaniała mi pół twarzy,od brody po nos. Tylko oczy mi się zaszkliły od dymu. Wszystko dookoła płonęło. Było gorąco jak na pustyni. Na szczęście ogień mnie nie parzył. Jeśli by tak było to już byłabym cała poparzona. Miałam już swoją własną broń ofiarowaną mi przez ogień. Dwa sztylety i bicz ze złota i srebra. Ogień je dla mnie stworzył. Dwa sztylety miały na rękojeści i ostrzu pięknie wypalone ognie,które wychodzą z paszcz smoków. Uważnie się rozejrzałam. Nie było tu żywej duszy,ale coś nie pozwoliło mi stąd odejść. Przez chwilę widziałam przed sobą lisi ogień formujący się w dużego lisa,który patrzył prosto na mnie,a potem silny podmuch powietrza rozwiał dym i zielony ogień. W ledwie stojącej chatce zobaczyłam zarys małego chłopca,prawdopodobnie nieprzytomnego. Więc ten lisi ogień pochodził od zmarłego ojca chłopca. Ruszyłam biegiem w stronę płonącego domu,który lada chwila mógł się zawalić na lisiego chłopca. Dym utrudniał mi widzenie,ale mogłabym być ślepa,a i tak widziałabym wszystko...dzięki ogniu. Weszłam w nowy poziom panowania nad ogniem. Mogłam widzieć wszystko poprzez ogień. To było coś jak lustro,dzięki któremu mogłam wszystko widzieć. Kosztowało mnie to sporo wysiłku psychicznego i energii. Im więcej będę ćwiczyła tym łatwiej będzie mi to przychodziło. Nie mogłam opanować tego ognia,bo było go za dużo jak dla mnie. Nie chciałam tracić siły,ale musiałam zrobić coś z ogniem trawiącym chatkę,bo inaczej chłopiec zginie. Decyzja była natychmiastowa. Zaatakowałam dziki ogień swoim. Przejmij nad nim kontrolę! Przejmij kontrole!
Jun. Lisi Demon. Ma 5 lat.
Musiałam powtarzać komendy dwa razy,nie wiem czemu,po prostu musiałam. Wbiegłam do chatki,która już trzeszczała i chwiała się. Mimo,że mój ogień przejął kontrolę,musiałam się śpieszyć. Ściągnęłam swoją maskę i nałożyłam ją na twarz chłopca,by mógł oddychać. Wzięłam go na ręce i wyskoczyłam z chatki w momencie kiedy zawalił się sufit. Wylądowałam metr od płonących ruin chatki i nawet się nie odwracając biegłam z powrotem. Musiałam jeszcze osłaniać ciało chłopca przed płomieniami,a to też kosztowało mnie dużo energii. W dodatku nie miałam maski i kaszlałam przez dym.
      Minęła godzina od momentu,kiedy wróciłam do Saburo z nieprzytomnym chłopcem. Rozbiliśmy obóz dwie mile dalej od zgliszczy wioski. Rozpaliłam ognisko i zjedliśmy z białowłosym kolację. Chłopiec nadal był nieprzytomny. Miał czerwone włosy i drobną twarz. Ciemnoczerwone uszy i ogon jak u lisa tylko podkreślały jego włosy. Miał na sobie pomarańczowy podkoszulek i czarne spodenki do kolan. Miał też kilka poparzeń,ale uleczyłam go. Był lekki jak na dziecko w jego wieku. Na oko wyglądał na pięć lat. Saburo drzemał sobie,oparty o pień drzewa,a ja stałam na gałęzi drzewa,które było brzozą. Widziałam z tond całą okolicę. Nudziło mi się trochę,ale to była moja warta. Co z tego,że Saburo na swojej zawsze przysypia. Coś tu biegło z nadludzką szybkością. W dodatku biegło po naszych śladach. Kucnęłam i przygotowałam się do ataku.
-Kagome! Nie atakuj go!-krzyknął Saburo.
-Grrr!-warknęłam,wstając.
Kiedy się zbliżył,poczułam zapach mokrego wilka. Od kiedy on zadaje się z wilkami? W dodatku był Youkai. Moją uwagę przykuł jakiś cień skradający się z lewej strony. Zalatywał psem. Co to jest? Zlot czworonogów?! Psa się raczej nie spodziewa Saburo. Świetnie,mogę się zająć złodziejem mojego miecza. Zeskoczyłam z gałęzi i wylądowałam miękko na trawie. Kiedy tylko moje stopy dotknęły trawy,bezszelestnie ruszyłam na spotkanie z Hanyou. Wyciągnęłam z pochw moje dwa sztylety,które zabłysły szaro-pomarańczową poświatą ognia. Wskoczyłam między drzewa i tyle mnie widzieli. Czarnowłosy najwyraźniej czekał na mnie,bo jak przybiegłam,on już tam czekał. Mój miecz go w ogóle nie odrzucał ani nic. Przyglądał się mieczowi,który trzymał w prawej ręce,a ten nic mu nie robił.
-Zaakceptował Cię-powiedziałam zdziwiona.
-Głównie dlatego Cię unikałem-odpowiedział.
-Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś?
-Zastanawiałem się,dlaczego Twój miecz wybrał mnie.
-Uznał,że bardziej go potrzebujesz ode mnie. Mam swoją moc,a poza tym jest jeszcze inna.
Uniósł brew,ale nie pytał. Wiedziałam,że jest zaciekawiony.
-Możesz go zatrzymać,mam inną broń.
Schowałam sztylety na swoje miejsce i odwróciłam się z zamiarem odejścia.
-Uważaj na tchórzliwego wilka-poradził mi.
-Dlaczego mam na niego uważać? Założę się,że lepiej walczę od niego-odwróciłam się do niego.
-Jeśli coś sobie ubzdura to nie odpuści.
-Dlaczego mi to mówisz?-zapytałam go,totalnie zbita z tropu.
-Wpadłaś mu w oko-odpowiedział rozbawiony.
Kiedy zobaczył moją minę,roześmiał się. Moje policzki zapiekły. Szlag!
-Jak się spotkamy następnym razem może pouczę Cię używać miecza-stwierdziłam.
-To ten miecz nie jest zwykły?
Wzniosłam oczy do nieba,wzdychając ciężko.
-Jeszcze tego nie poczułeś? No tak! Nie jesteś Kotołakiem,więc nie czujesz naszej magii.
-To Ty jesteś Kotocośtam?
-Tak,baranie. Jestem Kotołaczką,a ten miecz był w mojej rodzinie od pokoleń i zielonego pojęcia nie mam,dlaczego wybrał akurat Ciebie.
-Jaką magie ma ten miecz?
Zamyśliłam się na chwilę.
-Kaze no Kizu,Konzo,Kallash i jest w stanie wszystko przeciąć.
Zamrugał powiekami totalnie nic nie rozumiejąc.
-Chyba najpierw zaczniesz od podstawy.
Drgnęłam,gdy poczułam ciepło ognia. Oczyściłam umysł i wpuściłam to dziwne ciepło ognia do swojego umysłu. Zalały mnie fale obrazów,trwało to ledwie sekundę,a potem zobaczyłam jeden obraz. Czerwonowłosy chłopiec wpatrywał się przerażony w czarnowłosego wilka. Mężczyzna coś do niego warczał,ale nie chciałam słyszeć,to zabierało jeszcze więcej energii,niż patrzenie przez ogień. Miał szpiczaste uszy,jak każdy Youkai,który miał postać człowieka. Miał wilczy ogon i dziwne ubranie z wilczej skóry (naprawdę nie umiem go opisać. Zdjęcie poniżej go przedstawia).
Kouga. Książę watahy wilków.(zdj. z anime Inuyasha[oglądam i Polecam])























Nie spodobało mi się to,że najprawdopodobniej groził małemu. Miał bojową postawę i to najbardziej mi się nie spodobało. Ogólnie on cały mi się nie podobał. Odcięłam się od dalszego oglądania. Za bardzo sobie pozwalał. Czarnowłosy chłopak w czerwonym kimonie bacznie mnie obserwował.
-Wygląda na to,że nie mam czasu-westchnęłam-To na razie,psie-pożegnałam się i odwróciłam.
-Mam na imię Inuyasha!!-krzyknął za mną.
Pokręciłam głową,biegnąc najszybciej jak umiałam w ludzkiej postaci do reszty. Dwie minuty później jak błyskawica wybiegłam z zza drzew i znalazłam się między lisim demonem,a wyleniałym wilkiem. Saburo już przywykł do tego,że prawie zawsze się wszędzie wcinam jeśli coś mi nie pasuje. Przywołałam swój ogień i otoczyłam go nim,tak żeby nie mógł uciec. Wyciągnęłam prawą rękę przed siebie,tak jakbym coś mu pokazywała.
-Tknij tylko chłopca to Cię zabiję-warknęłam do niego,zaciskając palce w pięść.
Języki ognia zacisnęły się na jego ciele,a on jęknął z bólu. Mogłam go od razu spalić,ale wiedziałam,że jest pod ochroną Masutaro. Był moim mistrzem,więc musiałam się słuchać,ale jeśli go chociaż zadrapie,zginie najgorszą śmiercią jaka mi do głowy przyjdzie.
-Kagome...-zaczął ostrzegawczo Masutaro,ale mu przerwałam.
-Wiem-odpowiedziałam mu,odwołując swój ogień.
Od razu ogień zniknął. Za to ja miałam mniej siły,ale nie byłam zmęczona na tyle,żeby zasnąć. Zmieniłam się w swoją normalną kocią postać i oddaliłam się do swojego punktu obserwacyjnego na brzozie. Broń,którą podarował mi ogień nie przeszkadza w zmienianiu postaci. Myślę,że ogień dając mi sztylety i bat miał podwójne znaczenie. Nie wiedziałam jeszcze tylko jakie. O mało nie spadłam z drzewa,kiedy tuż przede mną wyrosły wielkie czerwone ślepia i czarny nos. Dopiero później zobaczyłam resztę tego wielkiego stworzenia. Było łuskowate i miało ogromne mięśnie. Wielkie,białe pazury i niedźwiedzi ogon. Ogólnie wyglądało jak kilka zwierząt razem połączonych. Smoka,niedźwiedzia i goryla. Otworzyłam zdziwiona i zdezorientowana pysk. Dotarło do mnie,że to wielki i zły Youkai,jak chciał mnie zabić swoją wielką łapą. Zeskoczyłam z gałęzi i w locie zmieniłam się w swoją ludzką postać. Wyciągnęłam sztylety i miękko wylądowałam na trawie,a gałąź,na której siedziałam ledwie kilka sekund temu,wylądowała przede mną w kilku kawałkach. To COŚ ryknęło i ruszyło w moją stronę.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz