piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 14. Nie przypominam sobie.

Jakoś chętni nie byli do mojego nakazu,więc musiałam z nimi walczyć. W sumie to oni zaczęli. Ja im nie kazałam wyciągać metalowych rurek. W tym wieku ludzie po prostu nie mają wyobraźni do broni. Zrobiłam zgrabny unik przed ich broniami i zmarszczyłam brwi. Wydawali się znajomi. Musiałam ich gdzieś mijać. Wzięłam głęboki oddech i kopnęłam ich po tyłkach. Po niecałych pięciu minutach wygrałam,ale za to padałam na twarz. Kask utrudniał mi w tej chwili oddychanie,więc go zdjęłam. Trzech chłopaków i tak już uciekło,a blondyn był nieprzytomny. Nareszcie mogłam wyprostować moje biedne,kocie uszy. Dużo lepiej mi się oddychało i jeszcze lepiej słyszałam. Przeczesałam ręką włosy i podeszłam do chłopaka,który był nieprzytomny. Był bledszy niż wcześniej widziałam i dziwnie pachniał. Kucnęłam przed nim i sprawdziłam jego tętno. Ledwie wyczuwalne,jego serce biło wolno i strasznie cicho. To jednak będę musiała użyć mojej mocy. Wzięłam głęboki oddech i dotknęłam ręki chłopaka. Skupiłam się i poczułam mrowienie na całym ciele i zapach fiołków w powietrzu. Miałam mniej energii,ale przynajmniej zrobiłam coś dobrego. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę ścigacza. Chłopak za kilka sekund się ocknie,w końcu go uzdrowiłam. Ubrałam kask i wsiadłam na motor.
     Nie wiem jak to nazwać,więc nie będę się zastanawiać. Umiem porozumiewać się z Katie za pomocą myśli. Telepatia. Odkryłam to wczoraj jak wróciłam do domu kompletnie wykończona. Wzięłam głęboki oddech i skupiłam się na rozciąganiu całego ciała. Tak,miałam wychowanie fizyczne na czterech ostatnich lekcjach. Biegi na czas. Im dłużej będziesz biegła,tym większą ocenę dostaniesz. Ja na szczęście potrafię biegać długo. Miałyśmy biegać na bieżni. Katie miała dwie wolne godziny,więc siedziała na trybunach,jak kilkanaście innych osób z jej klasy. Chłopacy oczywiście grali w piłkę nożną na boisku. Tak,Will też z nimi grał. Nauczył się z telewizji. Pani Robinson zagwizdała w swój gwizdek i ustawiłyśmy się na linii startu. Oczywiście będę musiała biec dużo wolniej niż potrafiłam. Nauczycielka znowu zagwizdała i wystartowałyśmy. Oczywiście miałyśmy biec truchtem,żeby się nie zmęczyć,ale mnie to nie dotyczyło. Skupiłam się na oddechu.
-Blondyn po mojej prawej stronie cały czas Cię obserwuje-oznajmiła w moich myślach Katie.
O mało się nie potknęłam. Za bardzo się skupiłam na oddechu. Zmarszczyłam brwi na wiadomość Katie. Spojrzałam najpierw na nią,a potem we wskazanym kierunku. Faktycznie. Blondyn obserwował mnie swoimi brązowymi oczami. Od razu go rozpoznałam. Chłopak,którego wczoraj uratowałam. Położyłam po sobie uszy i rozejrzałam się. Oprócz mnie nikt już nie biegał. Zatrzymałam się przed Katie i podeszłam do niej. Usiadłam przed nią,na trawie po turecku. Opowiedziałam jej skróconą wersję wczorajszego wydarzenia.
-Nie znam go i nie mam zielonego pojęcia dlaczego tu przyszedł-zakończyłam.
-W każdym razie zaraz się dowiemy-mruknęła cicho.
Westchnęłam ciężko i popatrzyłam w lewo. Blondyn szedł w naszą stronę i zatrzymał się metr przed nami,a właściwie koło nas. Był przystojny i chudy.
-Chciałbym porozmawiać z Tobą na osobności-oznajmił.
Westchnęłam głośno i wstałam. Przeszliśmy na koniec trybun.
-O czym chciałeś ze mną porozmawiać?-zapytałam go.
-To byłaś Ty na czarno-zielonym ścigaczu? Uratowałaś mnie,prawda?-zapytał.
-Nie za bardzo wiem o co Ci chodzi-palnęłam.
-Czemu nie powiesz mu prawdy?-zapytała Katie.
-Jest z nim coś nie tak. Wyczuwam od niego opary magii,ale nie do końca. Dziwnie pachnie i jest podejrzany-odpowiedziałam jej.
-Dziwnie pachnie? To jeszcze jakoś zrozumiem,ale o co Ci chodzi z tym,że jest podejrzany?-zapytała.
-Jego źrenice się rozszerzają i zwężają,ma leciutko zamglony wzrok i dziwnie chodzi,jakby kulał lekko,a przecież wczoraj go uleczyłam. Z zapachem chodzi mi o to,że powinien jeszcze lekko pachnąć fiołkami,a on pachnie liliami zmieszanymi z różami i tulipanami. To dziwny zapach.-odpowiedziałam-Myślę,że jest marionetką czarowników-stwierdziłam.
-A marionetki czarowników mają ich magię?-zapytała Katie.
Czułam jej ciekawość i strach. Też byłam tego ciekawa i bałam się odpowiedzi.
-Nie wiem-odpowiedziałam.
-Wczoraj w nocy. Uratowałaś mnie przed śmiercią z rąk Żółtych Szalików-powiedział.
-Nie przypominam sobie-oznajmiłam.
Jest zdziwiony,a kiedy się odwracam i idę do Katie,wciąga z niedowierzania powietrze przez usta. Ten chłopak może być marionetką trzech czarowników,a wśród tej trójki znajduje się czarnowłosy szaleniec,który przysiągł,że zostanie moim mężem i nie spocznie póki tego nie dokona. Przysięgi i obietnice w Krainie NigdyNigdy były bezcenne i jego mieszkańcy zawsze wszystkiego dotrzymywali. Z jednej strony to było fajne,bo nikt nie mógł nie dotrzymać umowy czy danego słowa,ale z drugiej strony było głupie,bo jak ktoś złoży przysięgę to musi jej dotrzymać. Innymi słowy,miałam przerąbane. Katie popatrzyła na mnie ze współczuciem.
-Po lekcjach idę na siłownię-oznajmiła Katie,kiedy tylko do niej podeszłam.
-Będę musiała iść z Tobą-westchnęłam dramatycznie.
-Takie życie-mruknęła.
Przewróciłam oczami.
-Oby mi się nie odwidziało,bo lubię walczyć i ratować twój tyłek z niebezpieczeństwa. Robisz wtedy fajne miny-powiedziałam z wyższością.
Zaróżowiły jej się policzki od złości i zrobiła komiczną minę,więc się zaśmiałam.
-Panno Rain!! Mam Ci wysłać specjalne zaproszenie?!!!-wrzeszczy wuefistka.
Odwracam się zaskoczona. No tak! Lekcja zaczęła się trzy minuty temu,a ja nie jestem na zbiórce. Posyłam jej niewinny uśmiech i mamrocząc "Nie trzeba",staje na końcu,obok rudowłosej Azjatki.
       Staram się nie wiercić w szkolnym mundurku. Od godziny jesteśmy w siłowni o niezrozumiałej dla mnie nazwie. Katie w stroju do ćwiczeń,a ja w mundurku szkolnym,bo nie miałam czasu wstąpić do domu i się przebrać. Przynajmniej miałam co robić. Nauczyciele byli dziś wyjątkowo wredni i zadali naprawdę dużo zadań domowych. Właśnie głowiłam się i troiłam nad zadaniami z chemii. Złamałam już z dwadzieścia ołówków. Westchnęłam cicho z frustracji. Głupie zadanie mnie ograło. Miałam pustkę w głowie.
-Poddajesz się,Anale?-zapytała Katie ze złośliwym uśmieszkiem.
-Nie mów tak do mnie!-warknęłam na nią-Rozgryzę to jakoś-dodałam.
-Jak mam do Ciebie nie mówić,Anale?
Wzniosłam oczy ku niebu. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i wróciłam do zadania. Katie dalej męczyła się na rowerku. Właśnie zastanawiałam się czy nie ominąć zadania,kiedy poczułam lekką woń cytryn. Gwałtownie podniosłam głowę znad zeszytu i zmarszczyłam brwi. Piętnaście osób stało przy drzwiach. Nie byle jakich. Oni należeli do Żółtych Szalików. I wszyscy gapili się na mnie.
-Chyba mamy kłopoty-oznajmiła Katie.
-Z całą pewnością,Kitty Kat-odpowiedziałam.
Spakowałam się w kilku sekundach i wstałam. Zasłoniłam swoim ciałem Katie,która zeszła z rowerka i zaczęła się cofać. Piętnastoosobowa grupa miała noże i rurki,a ja miałam tylko torbę z książkami. Mogłam się jeszcze zmienić w kota,ale to nie pomogłoby Katie. Za nami były tylko okna od podłogi do sufitu. W sali byliśmy tylko my dwie i oni. Było przeraźliwie cicho,kiedy mierzyłam ich wszystkich wzrokiem. Nie wiedzieli kim jestem,a ja nie wiedziałam kim jest ich lider i czego ode mnie chce.
Sauron,pierwszy oficer lidera Żółtych Szalików.
-Brać ją!!-krzyknął blondyn o niebieskich oczach,wskazując na mnie.
I czternastu chłopaków ruszyło w moją stronę. No więc ja,jak to ja nie mająca broni,odwróciłam się do Katie. Ruszyłam w jej stronę sprintem,więc w pięć sekund później byłam już koło niej. Złapałam ją za rękę i rozpędzona,uderzyłam całym ciałem w okno,które rozsypało się na drobny mak. Znowu to niemiłe spadanie w dół. Katie wrzeszczała na całe gardło. Spadanie z drugiego piętra nie jest długie. Trwa tylko kilka sekund. Wylądowałam miękko na nogach. Katie wylądowała na nogach ciężko i z ledwością.
-Moje serce!-jęknęła przyjaciółka.
-Powinnaś być z siebie dumna-stwierdziłam-Spadłaś z drugiego piętra i nawet siniaka nie masz-dodałam.
-Chyba za nami nie skoczą-mruknęła Katie.
-Zbiegają schodami-oznajmiłam jej,łapiąc ją za nadgarstek i ciągnąc za sobą.
Biegłyśmy jasną uliczką,po obu stronach miałyśmy różne bary i sklepy. Nie było żadnej bocznej uliczki,co utrudniało nam znalezienie kryjówki. Wejście do baru oznaczałoby ślepą uliczkę. Nie pasowałam tam w swoim mundurku szkolnym,a Katie w srebrnych getrach i jaskrawopomarańczowej podkoszulce z czarną bandamką na głowie. Przechodnie gapili się na nas jak na idiotki. Pośmiałabym się z ich min,ale miałam na głowie grupkę Żółtych Szalików. Kiedy w końcu znalazłyśmy się na skrzyżowaniu,Katie nie miała siły dalej biec. Wepchnęłam ją do Rosyjskiego Sushi,a sama pognałam dalej.
-Nie wychodź z tamtąd,aż po Ciebie nie wrócę!-nakazałam jej.
-Wszyscy patrzą na mnie dziwnie-poskarżyła się.
Wzniosłam oczy ku niebu,biegnąc dalej.
-Dziwisz się im? Wyglądasz głupio w tych ciuchach!-odpowiedziałam jej.
Jak chcę to potrafię być miła! Przeskoczyłam niskie barierki,przebiegłam przez ulicę i wbiegłam do Parku Kiry. Ktoś kto tworzył ten park i go nazwał na cześć boga śmierci powinien się leczyć psychicznie. Kiedy wiem,że zgubiłam pościg,zatrzymuje się,ciężko dysząc. Nie mam żadnej broni,ani dobrego stroju do walczenia.
-Katie? Jesteś tam?!-krzyczę w myślach.
-Tak. Nic Ci nie jest?-zapytała przyjaciółka.
-Nie,nic. Zgubiłam ich,ale jeszcze nie mogę po Ciebie wrócić. Muszę mieć broń i inne ciuchy na wypadek walki-odpowiedziałam.
-Nie musisz się śpieszyć,tylko weź pieniądze jak już będziesz szła po mnie,bo nie mam-oznajmiła Katie.
-Dobra-mruknęłam i wypchnęłam ją z mojego umysłu.
Rozejrzałam się. Stałam pośrodku jakiejś zarośniętej alejce. Drzewa zasłaniały wszystko dookoła. Potrząsnęłam głową,a z moich włosów wypadły odłamki szkła. Wyciągnęłam z torby BlackBerry. Napisałam do Willa wiadomość i siad mi telefon. Westchnęłam ciężko i schowałam go do torby. Niezależna Kotołaczka jednak stała się zależna od innych. Co ze mnie za wojowniczka? Marna.
-A więc tutaj się ukrywasz!-o mało zawału nie dostałam,kiedy męski głos odezwał się za mną.
Za bardzo się zamyśliłam! Odwróciłam się błyskawicznie. To ten sam chłopak,który rozkazał grupce Żółtych Szalików mnie złapać.
-Nie ukrywam się!-warknęłam na niego-Czekam na zbawienie-albo chociaż inne ciuchy!








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz