poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rozdział 19. Jesteś teraz kotem na posyłki?

-Kagome!-krzyknął przerażony chłopczyk.
Bał się o mnie? Poczułam ciepło na sercu,ale zaraz je przegoniłam. Jak się nie skupie na potworze to mogę zginąć. Potwór przeniósł wzrok ze mnie na chłopczyka i warknął gardłowo. Błyskawicznie wykorzystałam okazję. W dwóch susach pokonałam odległość dzielącą mnie od jego stopy i cięłam sztyletami. Od razu odskoczyłam od niego na bezpieczną odległość.
-To ja jestem Twoim przeciwnikiem,kreaturo!-warknęłam.
Potwór na nowo skupił wzrok na mnie i zamachnął się w odpowiedzi łapą. Odskoczyłam,obnażając kły i sycząc na niego jak kot. Był za wielki,żeby zrobiły mu coś moje sztylety,więc czas na drugą rundę. Odwróciłam głowę w stronę Masutaro i małego chłopca-nie zdziwiło mnie to,że Kouga zwiał.
-Potrzebuję więcej miejsca na wszelki wypadek! Właźcie na odpowiednio dalekie drzewo!-krzyknęłam do nich,uchylając się przed łapą ze szponami.
Mój mistrz wiedział o co mi chodziło,ale niechętnie to uczynił.
-Chodź,Jun-nakazał mu białowłosy i razem odbiegli w las.
Odwróciłam głowę z powrotem do potwora. Wsadziłam na miejsce sztylet z prawej ręki,skupiając się na swoim zadaniu. Uniosłam prawą rękę tak,jakbym chciała czymś rzucić w potwora. Przywołałam swoją magię ognia,bo dzięki niej mogłam w jakimś stopniu władać ogniem. Magia ognia była nasionkiem,a ogień kwiatem,który z niego wyrasta. Jeśli ktoś posiadał magię ognia,jak ja,to mógł go kształtować według własnej woli. Mogłam zrobić z ogniem co tylko chciałam,ale do pewnego stopnia,ponieważ jeszcze nie osiągnęłam jeszcze pełnego wieku. Pełny wiek jest wtedy,gdy ma się ukończone pięćdziesiąt lat w swoim pierwszym stuleciu. Im będę starsza duchem,tym łatwiej będzie mi przychodzić panowanie nad ogniem. Podczas walki miałam większe trudności z panowaniem nad ogniem. Poczułam ciepło wypełniające mnie od środka i wiedziałam,że przywołałam magię ognia. Wyczuwałam w promieniu mili kilka ognisk,to było coś co przychodziło mi naturalnie,jeśli przywoływałam magię ognia. Nakazałam mojemu ogniu zmienić się w kulę ognia na mojej ręce. Poczułam jak energia ze mnie uchodzi,kiedy ogień po niecałej minucie postanowił wreszcie spełnić mój rozkaz. Wycelowałam i rzuciłam kulą ognia wielkości dużej piłki lekarskiej.  Moja kula ognia trafiła potwora prosto w serce,przez co ryknął z bólu. Mój ogień sam się rozprzestrzeniał po jego ciele,ale Youkai nic sobie z tego nie robił. Raczej zrobił się trochę bardziej brutalny i wścieklejszy,a przez trochę mam na myśli,że dostał totalnej wścieklizny. Nie miałam na tyle siły,by mu zwiać,więc musiałam robić uniki przed jego łapami i pyskiem. Oczywiście jego łapy nie wyglądały tak jak przedtem,bo broniłam się przed pazurami i kłami jak tylko mogłam. Kłopot zaczął się jak byłam na tyle zmęczona,że nie miałam siły na uniki i atakowanie. Miałam płytki oddech i nie miałam sił walczyć z potworem. Problem pojawił się jak potwór złapał mnie w swoją prawą łapę i zaczął zgniatać.
-Kagome! Przesuń się z łaski swojej!!-krzyknął Inuyasha.
Wzniosłam oczy ku niebu. Jego głupota przewyższała jego samego. Jak ja niby miałam się ruszyć?

                                                    ******~~~~******


Popatrzyłam ponuro na Masataro. Zgodził się bronić i pilnować zamek tylko dlatego,że miał mały dług u władcy. W porządku,rozumiem. Miał dług u władcy i spłacał do właśnie w tej chwili,no ale żeby mnie,Mitsuo-sama i Inuyasha'e[wybaczcie ale za cholerę nie wiem jak się to imię odmienia] w to wplątywać?
-Sprawdź co u Houshi-sama-nakazał mi Kotołak po niespełna dwóch minutach.
-Jak już skończę szkolenie u Ciebie to nie zamierzam Cię słuchać-oznajmiłam mu na pożegnanie.
Odwróciłam się i zeskoczyłam z muru na piach. Jesteśmy na terenie górskim. Zamek leży w połowie drogi na jakąś górę,której nazwy nie potrafię wymówić i nic nie robimy. Jun zaczął swój opóźniony trening na wojownika w wiosce obok studni,którą strzeżemy. Jak na razie chyba nieźle nam idzie,zważywszy,że jesteśmy od niej oddaleni pięcioma dniami drogi. W naszym czasie byliśmy sześć dni temu. Wzięliśmy ubrania-a przynajmniej ja-na zmianę,jedzenie-ten czas coś podejrzanie dziwnie odżywia się praktycznie jakimiś warzywami,tylko od czasu do czasu jedzą mięso czy ryby-,no i ja jeszcze zabrałam więcej broni. Aktualnie jestem ubrana w czarne getry,niebieski podkoszulek i trapery. Mam przyjmowacze ciosów na rękach(od nadgarstka do łokci metalowe opaski),noże do rzucania przypięte na udach,po dwa wąskie sztylety do zadawania ostatnich ciosów w butach i pas z moimi dwoma sztyletami do walczenia i batem. Mam więcej broni,niż wojownicy władcy tego cholernego zamku. Wszyscy,których mijam patrzą na mnie z podziwem,dystansem,albo po prostu gniewem. Bo niby po co im kobieta z bronią? Nie jestem zwykła o czym świadczą moje uszy i ogon oraz kły. Kilku nawet oskarżyło mnie o bycie Youkai. Bez trudu wskakuję na mur,na którym stoi Mitsuo. Jest Mnichem o czym świadczy jego dziwne ubranie podejrzanie pasujące do określenia jako sukienka. Ma szatę czarno-niebieską i laskę z takim dużym kołem z jednej strony,a na tym zawieszone kilka innych,które irytująco pobrzękują przy każdym jego ruchu. Przyjaciel mojego mistrza jest czarnowłosym chłopakiem około dwudziestu-pięciu lat. Jest wyższy ode mnie o pół głowy i ma zielone oczy,co tu,nie często się zdarza. Oprócz tego jest zboczony. Przyłączył się do nas po trzech dniach naszej wędrówki do tego zamku. Ogólnie zamek wyglądał jak każdy inny zamek w tym czasie. Mur miał zrobiony z drewna i był on prostokątem otaczającym kwadratowy zamek z drewna,gipsu i specjalnego papieru kolorowego. Papier był stosowany do rozsuwanych drzwi. Na moje oko cały zamek by spłonął jakbym zapaliła ognisko w nieodpowiednim miejscu. Kiedy tylko tu przyszliśmy przyjęto nas bardzo dobrze,jednakże sam pan zamku był jakiś dziwny i zerkał na mnie co jakiś czas. Naprawdę jest jakiś dziwny,podobnie jak cały zamek. Nie ma tu ani jednej kobiety ani dziecka. Podejrzana sprawa,ale nie mogę węszyć dopóki nie znajdę jakiegoś porządnego argumentu. A jak na razie nie znalazłam porządnej,więc nie zaczynam swojego śledztwa. Wskoczyłam bez większych problemów na mur,jakiś metr od Mitsuo-sama.
-Zauważyłeś coś?-zapytałam,odwracając się do niego przodem.
Jeszcze nie przywykł do tego,że chodzę tak cicho,że ludzkie ucho tego nie ma prawa uchwycić,dlatego drgnął nieznacznie,a jego oddech przyśpieszył.
-Nie strasz mnie!-poprosił,przykładając sobie rękę do serca-Nic się nie dzieje. Wszystko jest nieruchome-odpowiedział na moje pytanie,widząc,że się nie odezwę.
-Pilnuj dalej-nakazuję,odwracając się-I nie bujaj w obłokach-dodaję,nie odwracając się.
Teraz idę sprawdzić co u Inuyashy(Inuyaszy[H zamieniamy na Z]). Jest na murze przyprostokątnym do tego,więc nie ma potrzeby zeskakiwania na ziemię. On przynajmniej słyszy,że idę ze względu na psie uszy i wyczulony psi węch. Dowiedziałam się od niego,że jest Psim Pół Demonem i ma siostrę sukę. Poza tym jest dobrym wojownikiem i jakbyśmy się znaleźli po przeciwnych stronach trudno byłoby mi powiedzieć,które z nas by zginęło. Jest bardzo uparty,wredny,w szczególności agresywny i dumny,ale jak się przez to przebije co naprawdę jest dość trudne,to można odkryć wrażliwą i lepszą część niego. Jest Hanyou i przez to był lekceważony,przez ludzi i Youkai,przed tymi drugimi musiał się bronić i ukrywać,bo często chciały go zabić od małego. Jest odporny na wyzwiska i cięte komentarze ludzi,przez lata człowiek się przyzwyczaja. Raz w miesiącu się zmienia w człowieka,ale nie chciał mi zdradzić dokładniejszej daty. Myślę,że jeszcze w pełni mi nie ufa. Jest całkiem zabawny i świetnie się ze sobą dogadujemy.
-Jesteś teraz kotem na posyłki?-zapytał mnie,kiedy już stanęłam obok niego.
Uśmiechnęłam się,wychwytując żartobliwą nutę w jego głosie. Często ze mnie żartował.
-Pies jest zajęty,więc nie mam zbytniego wyboru-odpowiedziałam.
-U mnie też jest spokojnie-oznajmił z lekkim uśmiechem.
-Teraz już nie musisz się bać ani uciekać-wypaliłam zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Odwrócił się do mnie totalnie zdziwiony i zszokowany.
-Co to miało znaczyć?-zapytał Inuyasha.
Nie tylko on był zdziwiony.
-Zapomnijmy o tym głupim zdaniu-mruknęłam lekko zawstydzona.
Od kiedy to ja gadam TAKIE rzeczy? Odbiło mi totalnie. Zamrugałam kilka razy,kręcąc głową. Muszę się ogarnąć. Odwróciłam się do niego plecami i już miałam zeskakiwać z muru,gdy złapał mnie za nadgarstek,powstrzymując moją natychmiastową ucieczkę.
-Jak zaczęłaś to dokończ-nakazał.
-To wszystko co miałam do powiedzenia. Po prostu chcę,żebyś mi zaufał-odpowiedziałam.
-Ufam Ci-oznajmił cicho.
Zmarszczyłam brwi,wyczuwając dziwny zapach. Ziemia z grobowca i zgnilizna mieszała się z tajemniczym zapachem jakichś kwiatów oraz metalicznym zapachem krwi.
-Jesteśmy obserwowani-oznajmiłam cicho.
Wyczułam ten dziwny zapach przed Inuyashą,bo miałam czulszy węch. Odwróciłam się w kierunku z jakiego pochodził zapach. Naprzeciwko zamku było wysokie wzgórze. I z tam tond obserwowali nas mężczyźni,a właściwie pięciu. Ten pośrodku był najbardziej przystojny i miał ogromny miecz,który był większy od jego właściciela. Zapewne to on był Bankotsu. Facet z jego lewej wygląda jak kobieta,więc to musi być Jenkotsu. Uwielbia przystojnych facetów,chodź on sam wcale nie jest taki brzydki. Jego ulubiona broń to jego wężowaty miecz(ma kilkanaście ostrzy złączonych ze sobą przez co sam miecz jest niebezpieczny dla przeciwnika). Suikotsu stoi po jego prawej. Jest mądry i może skąstruować broń oraz co mu tylko do głowy przyjdzie. Lubi armaty przenośne. Obok niego stoi Kyukotsu ma na rękach metalowe pazury,którymi walczy i jest w tym niezły. Obok Jenkotsu stoi Ginkotsu. Posługuje się swoim mieczem,ale walka wręcz to jego specjalność. Razem tworzą Shichinintai. Są silni i niebezpieczni,ale my też tacy jesteśmy. Jest nas tylko czwórka(Ja,Saburo,Inuyasha i Mnich),a to oznacza,że jednego z nich będziemy musieli zostawić wojownikom władcy tego zamku.
-Trzeba zawiadomić Strażnika Musutaro-stwierdził Inuyasha.
-Taa-mruknęłam,odwracając się i skacząc z muru.
Masutaro rozmawiał z władcą zamku przy drzwiach. Podeszłam do nich i całkowicie zignorowałam blondyna.
-Już są-oznajmiłam białowłosemu.
-Idź-odpowiedział nawet na mnie nie patrząc.
Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem do Inuyashy. Patrzył ze zmarszczonymi brwiami i zmrużonymi oczami na mojego mistrza. Wskoczyłam na mur i zeskoczyłam na drugą stronę. Między pagórkiem,a zamkiem był las sosnowy. Pokonałam drogę z połowy góry na dół w pięciu minutach,skacząc po skałach. Wbiegłam do lasu i po trzech minutach wbiegałam już na duży pagórek. Ich zapach stawał się silniejszy i mogłam usłyszeć ich rozmowę.
-Ten czarnowłosy chłopak z psimi uszkami jest słodki-stwierdził Jenkotsu.
Tylko on mógł mówić takie rzeczy.
-Nic nas to nie obchodzi-warknął Bankotsu.
Więcej nie zdążyli powiedzieć,bo dotarłam na szczyt pagórka. Byli trochę zdziwieni jak się zatrzymałam przed nimi. Pewnie zastanawiali się jak dałam radę tu dotrzeć nie robiąc hałasu.
-Jak Ty...?-zaczął Suikotsu,ale przerwał mu Bankotsu.
-Ty zapewne jesteś Kagome-powiedział-Po co się tu skradałaś? Chcesz przejść na zwycięską stronę?-zapytał,lustrując mnie uważnie wzrokiem.
-Wcale się nie skradałam i nie zdradzę przyjaciół-odpowiedziałam-Mam wiadomość do przekazania i nie zamierzam się powtarzać,więc radziłabym słuchać uważnie-dodałam.
-Jesteś kotem-stwiardził Jenkotsu.
-Kotołaczką,kretynie-warknęłam,przewracając oczami-Masz jeszcze czas się wycofać i żyć. Jesteś pewien,że wiesz co robisz? Zastanów się czy będzie warto-powtórzyłam wiadomość.
-Kim Ty myślisz,że jestem?!-warknął Bankotsu.
Odwróciłam się i ruszyłam z powrotem. Wykonałam swoje zadanie. Usłyszałam przed sobą,w lesie ciężkie kroki.










niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział 18. Ubezpieczaj tyły.

Dwa dni później natrafiliśmy na płonącą wioskę. Saburo był ciężko ranny i nie mógł walczyć ani tym bardziej włazić do palących się domów. Mimo,że nasze rany szybko się goiły,nic nie mogliśmy poradzić na trujący jad albo inne świństwa opóźniające zdrowienie.
-Ubezpieczaj tyły-nakazałam mu.
(tak mniej więcej wygląda bicz Kagome/Any)
Wiedziałam,że nikt już raczej nie zaatakuje palącej się wioski,ale nie chciałam żeby wiedział,że się nad nim lituję. Wbiegłam do wioski,wcześniej zakładając maskę ochronną. Była metalowa i wyglądała jak połowa sitka w kolorze pomarańczowym. Pomarańcz to mój kolor rozpoznawczy. Maska była zrobiona tak,że nie przepuszczała dymu ani niczego trującego,więc mogłam spokojnie oddychać. By się trzymała twarzy na obu końcach zrobiono dziurki i przewleczono mocną wstążką ognioodporną. Zasłaniała mi pół twarzy,od brody po nos. Tylko oczy mi się zaszkliły od dymu. Wszystko dookoła płonęło. Było gorąco jak na pustyni. Na szczęście ogień mnie nie parzył. Jeśli by tak było to już byłabym cała poparzona. Miałam już swoją własną broń ofiarowaną mi przez ogień. Dwa sztylety i bicz ze złota i srebra. Ogień je dla mnie stworzył. Dwa sztylety miały na rękojeści i ostrzu pięknie wypalone ognie,które wychodzą z paszcz smoków. Uważnie się rozejrzałam. Nie było tu żywej duszy,ale coś nie pozwoliło mi stąd odejść. Przez chwilę widziałam przed sobą lisi ogień formujący się w dużego lisa,który patrzył prosto na mnie,a potem silny podmuch powietrza rozwiał dym i zielony ogień. W ledwie stojącej chatce zobaczyłam zarys małego chłopca,prawdopodobnie nieprzytomnego. Więc ten lisi ogień pochodził od zmarłego ojca chłopca. Ruszyłam biegiem w stronę płonącego domu,który lada chwila mógł się zawalić na lisiego chłopca. Dym utrudniał mi widzenie,ale mogłabym być ślepa,a i tak widziałabym wszystko...dzięki ogniu. Weszłam w nowy poziom panowania nad ogniem. Mogłam widzieć wszystko poprzez ogień. To było coś jak lustro,dzięki któremu mogłam wszystko widzieć. Kosztowało mnie to sporo wysiłku psychicznego i energii. Im więcej będę ćwiczyła tym łatwiej będzie mi to przychodziło. Nie mogłam opanować tego ognia,bo było go za dużo jak dla mnie. Nie chciałam tracić siły,ale musiałam zrobić coś z ogniem trawiącym chatkę,bo inaczej chłopiec zginie. Decyzja była natychmiastowa. Zaatakowałam dziki ogień swoim. Przejmij nad nim kontrolę! Przejmij kontrole!
Jun. Lisi Demon. Ma 5 lat.
Musiałam powtarzać komendy dwa razy,nie wiem czemu,po prostu musiałam. Wbiegłam do chatki,która już trzeszczała i chwiała się. Mimo,że mój ogień przejął kontrolę,musiałam się śpieszyć. Ściągnęłam swoją maskę i nałożyłam ją na twarz chłopca,by mógł oddychać. Wzięłam go na ręce i wyskoczyłam z chatki w momencie kiedy zawalił się sufit. Wylądowałam metr od płonących ruin chatki i nawet się nie odwracając biegłam z powrotem. Musiałam jeszcze osłaniać ciało chłopca przed płomieniami,a to też kosztowało mnie dużo energii. W dodatku nie miałam maski i kaszlałam przez dym.
      Minęła godzina od momentu,kiedy wróciłam do Saburo z nieprzytomnym chłopcem. Rozbiliśmy obóz dwie mile dalej od zgliszczy wioski. Rozpaliłam ognisko i zjedliśmy z białowłosym kolację. Chłopiec nadal był nieprzytomny. Miał czerwone włosy i drobną twarz. Ciemnoczerwone uszy i ogon jak u lisa tylko podkreślały jego włosy. Miał na sobie pomarańczowy podkoszulek i czarne spodenki do kolan. Miał też kilka poparzeń,ale uleczyłam go. Był lekki jak na dziecko w jego wieku. Na oko wyglądał na pięć lat. Saburo drzemał sobie,oparty o pień drzewa,a ja stałam na gałęzi drzewa,które było brzozą. Widziałam z tond całą okolicę. Nudziło mi się trochę,ale to była moja warta. Co z tego,że Saburo na swojej zawsze przysypia. Coś tu biegło z nadludzką szybkością. W dodatku biegło po naszych śladach. Kucnęłam i przygotowałam się do ataku.
-Kagome! Nie atakuj go!-krzyknął Saburo.
-Grrr!-warknęłam,wstając.
Kiedy się zbliżył,poczułam zapach mokrego wilka. Od kiedy on zadaje się z wilkami? W dodatku był Youkai. Moją uwagę przykuł jakiś cień skradający się z lewej strony. Zalatywał psem. Co to jest? Zlot czworonogów?! Psa się raczej nie spodziewa Saburo. Świetnie,mogę się zająć złodziejem mojego miecza. Zeskoczyłam z gałęzi i wylądowałam miękko na trawie. Kiedy tylko moje stopy dotknęły trawy,bezszelestnie ruszyłam na spotkanie z Hanyou. Wyciągnęłam z pochw moje dwa sztylety,które zabłysły szaro-pomarańczową poświatą ognia. Wskoczyłam między drzewa i tyle mnie widzieli. Czarnowłosy najwyraźniej czekał na mnie,bo jak przybiegłam,on już tam czekał. Mój miecz go w ogóle nie odrzucał ani nic. Przyglądał się mieczowi,który trzymał w prawej ręce,a ten nic mu nie robił.
-Zaakceptował Cię-powiedziałam zdziwiona.
-Głównie dlatego Cię unikałem-odpowiedział.
-Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś?
-Zastanawiałem się,dlaczego Twój miecz wybrał mnie.
-Uznał,że bardziej go potrzebujesz ode mnie. Mam swoją moc,a poza tym jest jeszcze inna.
Uniósł brew,ale nie pytał. Wiedziałam,że jest zaciekawiony.
-Możesz go zatrzymać,mam inną broń.
Schowałam sztylety na swoje miejsce i odwróciłam się z zamiarem odejścia.
-Uważaj na tchórzliwego wilka-poradził mi.
-Dlaczego mam na niego uważać? Założę się,że lepiej walczę od niego-odwróciłam się do niego.
-Jeśli coś sobie ubzdura to nie odpuści.
-Dlaczego mi to mówisz?-zapytałam go,totalnie zbita z tropu.
-Wpadłaś mu w oko-odpowiedział rozbawiony.
Kiedy zobaczył moją minę,roześmiał się. Moje policzki zapiekły. Szlag!
-Jak się spotkamy następnym razem może pouczę Cię używać miecza-stwierdziłam.
-To ten miecz nie jest zwykły?
Wzniosłam oczy do nieba,wzdychając ciężko.
-Jeszcze tego nie poczułeś? No tak! Nie jesteś Kotołakiem,więc nie czujesz naszej magii.
-To Ty jesteś Kotocośtam?
-Tak,baranie. Jestem Kotołaczką,a ten miecz był w mojej rodzinie od pokoleń i zielonego pojęcia nie mam,dlaczego wybrał akurat Ciebie.
-Jaką magie ma ten miecz?
Zamyśliłam się na chwilę.
-Kaze no Kizu,Konzo,Kallash i jest w stanie wszystko przeciąć.
Zamrugał powiekami totalnie nic nie rozumiejąc.
-Chyba najpierw zaczniesz od podstawy.
Drgnęłam,gdy poczułam ciepło ognia. Oczyściłam umysł i wpuściłam to dziwne ciepło ognia do swojego umysłu. Zalały mnie fale obrazów,trwało to ledwie sekundę,a potem zobaczyłam jeden obraz. Czerwonowłosy chłopiec wpatrywał się przerażony w czarnowłosego wilka. Mężczyzna coś do niego warczał,ale nie chciałam słyszeć,to zabierało jeszcze więcej energii,niż patrzenie przez ogień. Miał szpiczaste uszy,jak każdy Youkai,który miał postać człowieka. Miał wilczy ogon i dziwne ubranie z wilczej skóry (naprawdę nie umiem go opisać. Zdjęcie poniżej go przedstawia).
Kouga. Książę watahy wilków.(zdj. z anime Inuyasha[oglądam i Polecam])























Nie spodobało mi się to,że najprawdopodobniej groził małemu. Miał bojową postawę i to najbardziej mi się nie spodobało. Ogólnie on cały mi się nie podobał. Odcięłam się od dalszego oglądania. Za bardzo sobie pozwalał. Czarnowłosy chłopak w czerwonym kimonie bacznie mnie obserwował.
-Wygląda na to,że nie mam czasu-westchnęłam-To na razie,psie-pożegnałam się i odwróciłam.
-Mam na imię Inuyasha!!-krzyknął za mną.
Pokręciłam głową,biegnąc najszybciej jak umiałam w ludzkiej postaci do reszty. Dwie minuty później jak błyskawica wybiegłam z zza drzew i znalazłam się między lisim demonem,a wyleniałym wilkiem. Saburo już przywykł do tego,że prawie zawsze się wszędzie wcinam jeśli coś mi nie pasuje. Przywołałam swój ogień i otoczyłam go nim,tak żeby nie mógł uciec. Wyciągnęłam prawą rękę przed siebie,tak jakbym coś mu pokazywała.
-Tknij tylko chłopca to Cię zabiję-warknęłam do niego,zaciskając palce w pięść.
Języki ognia zacisnęły się na jego ciele,a on jęknął z bólu. Mogłam go od razu spalić,ale wiedziałam,że jest pod ochroną Masutaro. Był moim mistrzem,więc musiałam się słuchać,ale jeśli go chociaż zadrapie,zginie najgorszą śmiercią jaka mi do głowy przyjdzie.
-Kagome...-zaczął ostrzegawczo Masutaro,ale mu przerwałam.
-Wiem-odpowiedziałam mu,odwołując swój ogień.
Od razu ogień zniknął. Za to ja miałam mniej siły,ale nie byłam zmęczona na tyle,żeby zasnąć. Zmieniłam się w swoją normalną kocią postać i oddaliłam się do swojego punktu obserwacyjnego na brzozie. Broń,którą podarował mi ogień nie przeszkadza w zmienianiu postaci. Myślę,że ogień dając mi sztylety i bat miał podwójne znaczenie. Nie wiedziałam jeszcze tylko jakie. O mało nie spadłam z drzewa,kiedy tuż przede mną wyrosły wielkie czerwone ślepia i czarny nos. Dopiero później zobaczyłam resztę tego wielkiego stworzenia. Było łuskowate i miało ogromne mięśnie. Wielkie,białe pazury i niedźwiedzi ogon. Ogólnie wyglądało jak kilka zwierząt razem połączonych. Smoka,niedźwiedzia i goryla. Otworzyłam zdziwiona i zdezorientowana pysk. Dotarło do mnie,że to wielki i zły Youkai,jak chciał mnie zabić swoją wielką łapą. Zeskoczyłam z gałęzi i w locie zmieniłam się w swoją ludzką postać. Wyciągnęłam sztylety i miękko wylądowałam na trawie,a gałąź,na której siedziałam ledwie kilka sekund temu,wylądowała przede mną w kilku kawałkach. To COŚ ryknęło i ruszyło w moją stronę.











poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Rozdział 17. On ma MÓJ miecz.

Wskoczyłam na drzewo,a w tym samym momencie zrobiła się duża wyrwa w murze z sosen. Wszędzie poleciały kawałki drewna,a moim oczom ukazał się czarnowłosy chłopak w czerwonym kimonie i z czarnymi psimi uszami. Miał złote oczy,które zmieniły barwę na piwną. Był wyższy ode mnie o głowę,a wokół niego lekko pulsowała magia.
-Hanyou,pół demon-szepnął do mnie Sabura.
-On ma MÓJ miecz-syknęłam.
Sabura złapał nie za ramie,powstrzymując mnie przed skoczeniem na pół-demona.
-Ma też z pewnością mój sztylet-szepnął mi na ucho-Nie możemy z nim walczyć nie mając broni-oznajmił-Zresztą Twój miecz jest dziwny i z pewnością będą problemy z oczyszczeniem go,jeśli w ogóle go zdobędziemy-dodał.
-Nie pozwolę żadnej mieszance używać mojego miecza!-syknęłam.
-Najpierw musimy znaleźć jakąś broń-warknął.
Wyrwałam się i wściekła,rzuciłam na czarnowłosego pół-psa. W locie zmieniłam się w swoją zwierzęcą formę i zdążyłam zadrapać mu policzek swoimi ostrymi pazurami. Złapał mnie za kark i rzucił jak szmacianą lalką o mur. Moje ciało wzmocniło się od ciągłych ćwiczeń,więc przeleciałam na drugą stronę robiąc dziurę. Duży odłamek drewna wbił mi się w bok,kilka centymetrów nad lewym biodrem. Zdążyłam go wyciągnąć zanim wylądowałam na trawie,turlając się dwa metry. Mam szczęście,że go wyciągnęłam przed upadkiem,bo jeśli bym nie zdążyła to odłamek wszedłby głęboki w moje ciało i pewnie nie byłabym w stanie się ruszać. Kiedy już się zatrzymałam,poczekałam chwilę,żeby rana się zamknęła. Bolało,ale dużo mniej niż rana zadana mieczem albo sztyletem. Westchnęłam głośno,próbując się opanować. Nie miałam broni. Jak miałam walczyć? Przeciwko mojemu mieczowi? Wstałam. Zmieniając się,myślałam o swoim rozmiarze w innej krainie. Tam byłam wielkości niedźwiedzia gryzzli,miałam większą siłę i szybkość. Teraz to wszystko by mi się przydało. Wzrost,siła i szybkość. Przemiana była kilku sekundowa. Kiedy wreszcie znalazłam się na czterech łapach,zerknęłam na swój cień. Był taki jak w innej krainie. Miałam co chciałam. Teraz zamierzałam zabić pół-demona,który ośmielił się ukraść mój miecz. Ruszyłam szybkim krokiem w stronę dziwnego zapachu i przeskoczyłam nad sosnowym murem. Wylądowałam po drugiej stronie,Saburo nigdzie nie było widać,ale ten drań stał pośrodku wioski i... śmiał się. Wściekłość uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą,więc bez namysły zaczęłam pędzić wielkimi susami w jego stronę z odsłoniętymi kłami. Nie zaatakowałam go z tyłu,nawet jeśli był zły do szpiku kości,nie mogłam się przełamać i zaatakować go,gdy stał tyłem do mnie. Przeskoczyłam go,a kiedy byłam już przed nim,kopnęłam go z całej siły tylnymi nogami. Poleciał do tyłu,uderzył w domek i przeleciał z drugiej strony. Jestem pewna,że połamał sobie kilka kości. Wylądowałam miękko. Odwróciłam się i wskoczyłam do środka domku,do którego wpadł czarnowłosy. Na przeciwko była identyczna dziura tyle,że pokryta krwią.Wyskoczyłam przez dziurę na trawę mniej więcej do kolan,jeśli byłabym w swojej ludzkiej postaci. Teraz zakrywała mi większą połowę łap. Wzięłam głęboki wdech i już wiedziałam,że nie ma go w wiosce. Zwiał,ale był ranny,więc daleko na pewno nie uciekł. Poza tym dałabym radę go wytropić.
-Kagome!!-krzyknął z wahaniem Saburo.
Kagome to moje imię tutaj,w czasie Sengoku. Demony mogły nas szukać w naszym czasie,przechodząc przez studnie. Mamy pilnować jako Strażnicy,by żaden demon nie przeszedł do naszego czasu. Uspokoiłam się w mgnieniu oka i odwróciłam do niego przodem. Pachniał krwią i potem. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Co się stało?-zapytałam.
-Studnia jest oblężona przez Youkai,czystej krwi demony-odpowiedział.
Zaskoczyło mnie to. Musimy ją obronić,bo inaczej nasz czas będzie w niebezpieczeństwie.
-Chodźmy-oznajmiłam.
Skinął głową,a ja z powrotem zmieniłam się w swoją zwierzęcą postać tyle,że większą. Przeszłam ostrożnie przez dziurę w murze i rzuciłam się biegiem w stronę studni. W miarę jak się zbliżaliśmy,wyczuwałam dziwny zapach,dużo mocniejszy,niż tego pół-demona,który ukradł mi miecz. Wbiegliśmy na wielką polanę i wmurowało nas w ziemię. Cały rój Youkai otaczał studnię i kilka już się przedostało do naszego czasu. Youkai było różnego rodzaju,wielkości i wzrostu. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Niektóre przeszły do naszego czasu-oznajmiłam-Podrzucę Cię do studni,a sama zajmę się tymi tutaj-dodałam.
W trzech susach znalazłam się w odpowiedniej odległości od Saburo i splotłam palce ze sobą,stając w lekkim rozkroku. Skinęłam głową,a on ruszył biegiem w moją stronę. Kiedy wskoczył na moje złączone dłonie,z całej siły go podrzuciłam. Kiedy już był w powietrzu,zmieniłam się w wielkiego kota i zaczęłam walczyć pazurami i kłami. Gryzłam,drapałam i odpychałam potwory jak najdalej od studni. Ja też obrywałam,ale moje rany goiły się błyskawicznie,a ja stawałam się coraz silniejsza,bo dzień się kończył i zaczynała noc. Dziś wypadała pełnia księżyca w tym czasie,a moje ciało na nią reagowało. Byłam szybsza i silniejsza dzięki księżycowi w pełni. Im więcej Youkai zabijałam,tym więcej ich przybywało. Energia była nie do zniesienia,a  ja stawałam się coraz agresywniejsza i brutalniejsza. Rozrywałam ich na strzępy i odgryzałam głowy. Nie panowałam nad sobą. Rany goiły się w zastraszającym tempie. Kiedy noc już na dobre zapadła do walki używałam też swojego ognia. Energia szybciej się spalała,ale nawet to nie mogło mi pomóc. Za pomocą ognia,pazurów i kłów szybciej pozbywałam się Youkai.
    Otworzyłam oczy,jęcząc cicho. Całe ciało mnie bolało,ale nie byłam zmęczona jak zwykle po nocy w pełni księżyca. Czułam się normalnie,jak każdego innego dnia,oprócz tylko tego,że nie pamiętałam za wiele z nocy. Miałam tylko urywki tego co zrobiłam,jak zabijałam. Dobrze,że nie pamiętałam dużo z wczorajszej nocy. Usiadłam na wypalonej trawie i rozejrzałam się. Drzewa,które były najbliżej łąki się spaliły,o trawie lepiej już nie wspominać. Wszystko dookoła było czarne i spalone. To jeszcze bardziej mnie dobiło. Nie panowałam nad sobą do tego stopnia,że nie pamiętałam wszystkiego z wczorajszej nocy. Podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je rękami. Oparłam czoło o kolana i zaczęłam cicho płakać.








czwartek, 9 kwietnia 2015

Rozdział 16. Nigdy więcej nie ukrywaj przede mną ważnych faktów!

Wbiegłam do palącej się wioski,minutę po Saburo. Wyglądało na to,że wioska została zaatakowana przez potwory. Kilkunastu rannych i kilku zabitych.
-Zajmij się ogniem,Anastasio!!-nakazał mi mój mistrz.
To nie fair! Ja też chce walczyć! Tylko po to tu przybiegłam. Westchnęłam ciężko i skupiłam swoja uwagę na płonących domach. Zostaw je w spokoju. Zostaw! Ogień jest ciężko opanować. Normalne ognie są najbardziej zachłanne i je jest najgorzej opanować. Ten mnie w ogóle nie słuchał,dlatego musiałam go zmienić na mój. Podeszłam do palącego się budynku i włożyłam rękę w ogień. Żaden ogień mnie nie poparzył. W wiosce było strasznie gorąco. Zamknęłam oczy i skupiłam się na swoim oddechu. Po kilku sekundach wpadłam w trans. Wtedy łatwiej było mi przywołać mój ogień. Nie dało się go odróżnić od normalnego. Jedyną oznaką,że normalny ogień nie jest mój to to,że mój ogień ma w sobie szary kolor. Jest szaro-pomarańczowo-niebiesko-żółty. Zamień go. Zamień! Poczułam delikatne ściskanie w żołądku,a potem falę ciepła rozchodzącą się po całym ciele. Poczułam jak energia ze mnie uchodzi. Nieznośne gorąco stało się przyjemne. Nie czułam już oporu ze strony ognia. Mój ogień go zmienił na swój. Otworzyłam oczy i zobaczyłam,że ogień nadal się pali,ale zmienił kolory na moje i nic już nie niszczył. Wiem,że powinnam kazać ogniowi zniknąć,ale coś mnie powstrzymało. A właściwie ktoś. Koło mnie przeleciał Saburo. Był ranny i nie wyglądał na pełnego wigoru,raczej na zmęczonego. Odwróciłam się w lewą stronę i zobaczyłam wielką i obrzydliwą stonogę. Była chyba jakimś nieudanym eksperymentem naukowym,bo była olbrzymia. I gapiła się na mnie jak na apetyczne jedzenie. Znudzona i spokojna,odwzajemniałam jej spojrzenie.
-Jeśli jesteś na tyle odważna,żeby stanąć do walki ze mną to atakuj-powiedziałam do niej,bo była od brzucha w górę kobietą-Ale muszę Cię lojalnie ostrzec,że nie wyjdziesz z tego żywa-dodałam.
-Jesteś mała i słodka,ale zupełnie nie groźna!-syknęła.
Wkurzyło mnie to do tego stopnia,że byłam zdolna zabić ją własnymi rękami. Ja słodka?! Rozumiem,że mówi do mnie,że jestem mała,bo jest dużo większa ode mnie,no ale,żeby mówić mi,że jestem słodka? Wyciągnęłam swój miecz i zablokowałam dopływ mojej energii ogniu. Nadal się palił,ale nic nie niszczył i czekał,aż go użyję.
-Nigdy. Nie. Mów. Do. Mnie. Że. Jestem. Słodka!!-wrzasnęłam,biegnąc w jej stronę.
Zdziwiło ją to do tego stopnia,że po prostu stała i gapiła się na mnie. Napędzana wściekłością,skoczyłam w powietrze tuż przed nią. Zorientowała się,co jest grane jak już ją cięłam na pół. Połączyłam się z moim ogniem,co było dość łatwe. Spal ją. Spal! Ogień jak zwykle mnie posłuchał. Kiedy wylądowałam na nogach,mój ogień ruszył z wszystkich lekko spalonych domów co wyglądało naprawdę pięknie. Ogień sam się unosił i przemieszczał w stronę pół martwej stonogi-kobiety. Przyległ do niej jak druga skóra i zaczął ją palić. Potwór wrzasnął z bólu,ale jak szybko wrzasnęła,tak szybko ucichła. Z potwora nie zostało nic,oprócz popiołu. Dziękuję,a teraz znikaj. Znikaj! Ogień zniknął zupełnie,podobnie jak resztka mojej energii. Byłam wyczerpana i nie miałam już siły stać.
-Szlag!-mruknęłam pod nosem.
I runęłam jak długa do tyłu,zasypiając już w połowie drogi na spotkaniu z ziemią.
      Otworzyłam oczy i zamrugałam kilka razy. Przed oczami miałam drewniany sufit,na środku pokoju wesoło trzaskał ogień,gotując coś co nieźle pachniało. Byłam głodna i spragniona. A w dodatku,w dziwnym nastroju na oddawanie wrednych czynów. Usiadłam i wbiłam wzrok w Saburo. Miał na sobie czyste ciemnoniebieskie kimono,był czysty i pełen energii. Nawet się do mnie uśmiechnął. Ja miałam na sobie swoje kimono,które wczoraj nie ubrudziłam. Byłam czysta i moja siła wróciła do normy.
-Nareszcie się obudziłaś-powiedział.
-Też się nie ciesze,że Cię widzę,ale skoro już tu jesteś to mam dla Ciebie ważną radę-odpowiedziałam,wstając i podchodząc do niego.
Stanęłam obok niego,wzięłam zamach i zdzieliłam go w jego pustą łepetynę.
-Nigdy więcej nie ukrywaj przede mną ważnych faktów!-warknęłam,siadając po drugiej stronie ogniska.
Saburo zaczął masować sobie głowę w miejscu,w którym go uderzyłam,patrząc na mnie ponuro.
-Nie zamierzam-burknął.
-Wspaniale-mruknęłam,biorąc drewnianą miskę i nakładając sobie gulaszu z mięsem.
Pochłonęłam wszystko w dwie minuty i wzięłam dokładkę. Nie moja wina,że jak przeginam używanie ognia to później jem tak szybko i dużo. Kiedy już się najadłam i wypiłam dwa litry zimnej wody,wyszłam z domku na zewnątrz. Małe dzieci bawiły się w berka,kobiety i mężczyźni wykonywali swoją pracę,a starsze kobiety gotowały i rozmawiały o czymś ze sobą cicho. Mimo,że było spokojnie i radośnie,w powietrzu wisiało napięcie. Zmarszczyłam brwi. Czegoś nam nie mówią. Pytanie tylko czego? Westchnęłam cicho i zmieniłam się w czarnego kota z niebieskimi oczami. Moja kocia forma. Weszłam na dach domku,w którym spałam i rozejrzałam się po okolicy. Duża wioska z polem uprawnym i zwierzętami hodowlanymi. Z jednej strony otacza ją gęsty,a z drugiej nic. W oddali majaczyła inna wioska. Zeskoczyłam z domku i ruszyłam na skraj osady. Uważnie przyjrzałam się lasowi,ale nie wychodziłam z wioski,tak jak poprosił mnie Saburo. Coś mi tu nie grało. Ci ludzie byli za dziwni i jakoś podejrzanie cisi. Tylko dzieci beztrosko się bawili.
-Kotek!!-pisnęła jakaś dziewczynka.
Miała około pięciu lat. Brązowe włosy sięgały jej ramion i miała piwne oczy. Była mała i krucha. Odskoczyłam od jej małych rączek. Zmieniłam się w swoją ludzką postać.
-Nie jestem "kotkiem" tylko Kotołczaką-oznajmiłam jej szorstko.
Przez chwilę patrzyła na mnie zdezorientowana,a potem odwróciła się i z głośnym płaczem pobiegła w głąb wioski. Ludzie są czasami głupi i bardzo głośni. Westchnęłam cicho i pokręciłam głowa z pogardą. Zmieniłam się. To pewnie przez ten czas i ten dziwny zapach. Nie potrafiłam nazwać tego zapachu,ale przez niego włoski na moim karku się jeżyły.
-Powinnaś być milsza dla tej dziewczynki-oznajmił Saburo z drzewa obok mnie.
Odwróciłam się do niego i pokazałam mu swoje kły,które już nie były takie jak u ludzi tylko jak u kota. Stały się bardziej ostrzejsze i większe. Kiedy się uśmiechałam,było je widać.
-Będę milsza jak będzie mi się chciało-warknęłam.
Uniósł ręce w obronnym geście i westchnął ciężko.
-A tak z innej beczki. Gdzie mój miecz?-zapytałam go.
Od razu spoważniał. Sięgnął do brzucha,gdzie miał sztylet,ale sądząc po jego wyrazie twarzy,nie było go tam.
-Dlaczego zabrali nam broń?-myślał na głos,marszcząc brwi.
-Żebyśmy się nie mogli bronić i walczyć,to jest pewne-stwierdziłam.
-Dlaczego tak sądzisz?-zapytał zaciekawiony.
-Po co nosisz broń jak nie do walczenia i bronienia siebie?-odpowiedziałam pytaniem.
Wzruszył ramionami.
-Czujesz ten dziwny zapach?-zapytałam go po chwili milczenia.
-Jaki zapach?-zapytał.
-Nie wiem,jeszcze nigdy nie zetknęłam się z takim zapachem. Jest ledwie wyczuwalny,ale go czuję. Miałam Ci wcześniej o tym powiedzieć,ale jakoś wyleciało mi z głowy-mruknęłam.
-Nie dziwię Ci się-westchnął Saburo.
-Myślę,że nie powinniśmy używać w tym czasie swoich prawdziwych imion-stwierdziłam
-Możesz się do mnie zwracać Masutaro-oznajmił Saburo.
Uniosłam w zdziwieniu brew,ale nie skomentowałam tego.
-W tym czasie jestem Kagome-powiedziałam.
Przez chwilę było cicho,naprawdę cicho.
-Ludzie zachowują się dziwnie cicho jak na siebie. Nie rozmawiają głośno,nie śmieją się i nie gawędzą wesoło przy pracy-oznajmiłam.
-Więc Ty również to zauważyłaś-mruknął.
-Jestem bardzo spostrzegawcza-powiedziałam.
-Dlatego jesteś zagrożeniem-warknął jakiś głos zza muru z uciętych sosen.
Podskoczyłam. Teraz ten dziwny zapach








wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 15. Podjęłam już decyzję.

Wahałam się jeszcze przez chwilę,stojąc przed świątynią. Odeszłam ze służby u Oberona i wycofałam się od chronienia Katie. Wyprowadziłam się od Willa i Katie. Odeszłam z liceum. Musiałam i chciałam się nauczyć panować nad swoją mocą. Nad ogniem. Wywołałam pożar w Parku Kiry. Do tej pory mam koszmary,a minęło już dwa miesiące. Nie wiem,czy ktokolwiek jest w stanie nauczyć mnie nad 
Wejście do Świątyni.
nią panować,ale chciałam spróbować. Nie miałam nic do stracenia. To skąd to wahanie? Znałam odpowiedź na to pytanie. Musiałam się wyrzec mojego poprzedniego życia i zacząć nowe,z czystą kartą,jako uczennica Kapłana. Czy byłam gotowa zakończyć swoje szalone życie? Nie miałam pojęcia. Zrobiłam krok do przodu,stając w wejściu do świątyni. To był mój nowy krok do przodu. Zakończyłam swoje dotychczasowe życie i zaczęłam nowe.
-Wielki krok naprzód-stwierdził męski głos za mną.
Saburo Morimato.
Pewnie bym podskoczyła albo się wzdrygnęła,gdybym nie słyszała kroków za sobą. Były ciche,ledwie słyszalne. Odwróciłam się,zaciekawiona do kogo należy lekko zachrypnięty głos. Kiedy zobaczyłam właściciela głosu myślałam,że padnę. Białowłosy mężczyzna o szaro-fiołkowych oczach. Wyższy ode mnie o pół głowy. Z pewnością był silny i umięśniony,ale chudy. Bardzo przystojny. Zaskoczyło mnie tylko to,że miał uszy i ogon. Był Kotołakiem. Białym kotołakiem,rzadko się zdarza by Kotołak w swojej prawdziwej postaci miał białą sierść. Miał na sobie ciemnoniebieskie kimono.
-Przepraszam,że przeszkadzam Ci w podejmowaniu decyzji-powiedział nieszczerze.
Naprawdę dziwne było to,że wiedziałam iż się nie polubimy. Nie znałam go,a już go nie znosiłam. Może to przez to,że widziałam w jego oczach złośliwe błyski i rozbawienie?
-Podjęłam już decyzję-odparowałam,odwracając się i ruszając do świątyni.
Miałam nadzieję,że on nie pójdzie za mną,ale nadzieja matką głupich. Prychnął i ruszył za mną. Trzymał się w bezpiecznej odległości. Miałam swój miecz przy pasie i paski z nożami do rzucania na udach. No i co z tego,że zaczęłam nowe życie? Broń z pewnością mi się przyda. Mam być uczennicą Kapłana chroniącego studni Znikających Kości. Wiem jak się nazywa mój "Mistrz". Saburo Morimato,ale nie opisali mi go. Pewnie będzie stary i bardzo mądry. Zatrzymałam się przed przesuwanymi drzwiami,nie bardzo wiedząc co mam zrobić. Zapukać,czy po prostu otworzyć i wejść? Na ratunek przyszedł mi starszy mężczyzna o brązowych oczach. Izaya Kinoato,czyli Kapłan Izaya. On miał na sobie srebrne kimono. Wiedziałam tylko tyle,że srebrny kolor,tutaj,oznacza,że jest tu szefem. Złączyłam obie dłonie,jak do modlitwy i pochyliłam głowę tak,że brodą dotykałam obojczyka.
-Anastasio,Saburo-Kapłan Izaya kiwnął nam głową.
Zamrugałam kilka razy,totalnie zdziwiona. Czyli to mój "mistrz"? Sądząc po jego uśmieszku,stwierdzam,że od początku o wszystkim wiedział. Od początku wiedział i nic mi nie powiedział. Jakoś się odegram.

                                     ******** Dwa Miesiące Później  ********

Patrzyłam jak szaro-pomarańczowo-niebiesko-żółte płomienie palą długi patyk. Dwa miesiące ćwiczyłam panowanie nad swoim ogniem i umiałam kilka sztuczek. Kontrolowałam ogień do pewnego stopnia. Za kilka lat będę na tyle silna,by panować nad ogniem bez ograniczeń. Na razie musiałam się szkolić.
-Anastasia-warknął Saburo.
Przewróciłam oczami,zadowolona,że tego nie widzi i zgasiłam płomienie.
-Chodź!-syknął na mnie.
Przyzwyczaiłam się do jego nieznośnego zachowania. Wstałam,cała obolała od tak długiego siedzenia w bezruchu i ruszyłam za nim. Miałam na sobie pomarańczowe kimono. Pomarańczowe jak ogień. Nie rozumiem jak w tym czymś można walczyć. Przez pierwsze tygodnie miałam kłopoty z równowagą i dość często witałam się z podłogą. Później przyzwyczaiłam się do swojego kimona. Zaprzyjaźniłam się z kilkoma innymi uczniami innych Kapłanów. Naszym obowiązkiem było pilnie się uczyć,pomagać w Świątyni i ćwiczyć. Każdy uczeń musi być silny fizycznie i psychicznie,dlatego ćwiczymy. Jestem silniejsza,niż niejeden chłopak tutaj,ale mimo to muszę ciężej ćwiczyć,bo też będę strażnikiem Studni Znikających Kości. Stanęłam w bezpiecznej odległości od studni. Nie wolno nam było podchodzić do studni. Mój mistrz podszedł do Studni i odwrócił się w moją stronę. Podobno strażnicy studni mogą przenosić się dzięki Studni do czasów Sengoku (rok tygrysa). Studnię otacza dziwna magia,która jest bardzo mocna,ale nikt nie może jej wyczuć,oprócz mnie i Saburo. Może to przez to,że jesteśmy wrażliwi na magię i inne rzeczy. Saburo jest strażnikiem Studni i moim mistrzem. Nie miałam okazji zemścić się za jego arogancję pierwszego dnia tutaj. Nie powiedział mi,że to on będzie Kapłanek,który ma mnie uczyć.
-Za niedługo Ty też możesz się stać Strażnikiem Studni,jeśli Cię zaakceptuje-oznajmił mój mistrz.
Popatrzyłam na niego jak na totalnego idiotę. Dzielić zawód z NIM? Od chyba zgłupiał do reszty. Ledwie go znoszę,a co dopiero pracować z nim. Myślę,że ma gorączkę.
-Jest tylko jeden sposób,by się o tym przekonać-stwierdził patrząc na mnie tajemniczo.
Nie lubiłam kiedy tak na mnie patrzył. To zawsze oznaczało coś kompletnie porąbanego. Jak skakanie i bieganie po dachu Świątyni. Tego chyba nic nie przebije.
-Wskocz do Studni-nakazał.
A nie mówiłam? On zawsze wpada na takie porąbane pomysły. Ciekawe czy wie do czego służy mózg. niestety muszę spełniać wszystkie jego nakazy. Z ponurą miną podeszłam do Studni i jednym płynnym skokiem znalazłam się w studni. A właściwie spadałam na dno studni. W połowie poczułam dziwne szarpnięcie i spadałam z mniejszą prędkością. Wylądowałam w kucanej pozycji. Studnia była sucha i porośnięta twardymi pnączami o sercowatych liściach. Zrobiona była z ciemnoniebieskich cegieł i gliny czy czegoś takiego.
-Jak tylko stąd wyjdę to Cię zdzielę w Twój pusty łeb,Saburo!-krzyknęłam rozzłoszczona.
Było tu dość jasno jak na studnię,co było dziwne.
Podeszłam do pnączy i zaczęłam się po nich wspinać. Kiedy byłam już prawie na górze uzmysłowiłam sobie,że w Studni u nas nie ma pnączy,a w tej studni są. Czyżbym wylądowała w jakiejś innej studni,czy może innym świecie? Niech Cię szlag,Saburo! Wyszłam ze studni i rozejrzałam się. Tak jestem pewna,że to inny czas. Cofnęłam się do czasów Sengoku! Poznałam po wysokich i silnych drzewach. Żartuję. Poznałam po tym,że w Świątyni jest obraz przedstawiający ten czas. Mnóstwo drzew i krzewów. Wygląda na to,że spędzę tu kilka godzin zanim ktokolwiek po mnie przyjdzie. I co ja będę tu robić? Odwróciłam się gwałtownie w prawo,czując dym. Wyczuwałam też ogień. Zaczęłam węszyć w powietrzu. Jakaś wioska w pobliżu płonęła. Czułam też krew i słyszałam krzyki. Co się tam działo? Miałam ze sobą tylko mój miecz. Reszta broni była w moim pokoju,bo nie potrzebowałam jej. Ruszyłam biegiem w stronę krzyków i zapachów. Zanim dotarłam do linii lasu,przegonił mnie Saburo. Jakimś chamem był ode mnie szybszy. Może to dlatego,że był mężczyzną Kotołakiem.
-Gdzie my w ogóle jesteśmy?!-krzyknęłam za nim,biegnąc najszybciej jak mogłam.
-Od chwili,kiedy wylądowałaś tutaj,jesteś Strażniczką Studni!!-odkrzyknął.
Dlaczego? Dlaczego akurat ja? Wcale nie odpowiedział na moje pytanie!









piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 14. Nie przypominam sobie.

Jakoś chętni nie byli do mojego nakazu,więc musiałam z nimi walczyć. W sumie to oni zaczęli. Ja im nie kazałam wyciągać metalowych rurek. W tym wieku ludzie po prostu nie mają wyobraźni do broni. Zrobiłam zgrabny unik przed ich broniami i zmarszczyłam brwi. Wydawali się znajomi. Musiałam ich gdzieś mijać. Wzięłam głęboki oddech i kopnęłam ich po tyłkach. Po niecałych pięciu minutach wygrałam,ale za to padałam na twarz. Kask utrudniał mi w tej chwili oddychanie,więc go zdjęłam. Trzech chłopaków i tak już uciekło,a blondyn był nieprzytomny. Nareszcie mogłam wyprostować moje biedne,kocie uszy. Dużo lepiej mi się oddychało i jeszcze lepiej słyszałam. Przeczesałam ręką włosy i podeszłam do chłopaka,który był nieprzytomny. Był bledszy niż wcześniej widziałam i dziwnie pachniał. Kucnęłam przed nim i sprawdziłam jego tętno. Ledwie wyczuwalne,jego serce biło wolno i strasznie cicho. To jednak będę musiała użyć mojej mocy. Wzięłam głęboki oddech i dotknęłam ręki chłopaka. Skupiłam się i poczułam mrowienie na całym ciele i zapach fiołków w powietrzu. Miałam mniej energii,ale przynajmniej zrobiłam coś dobrego. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę ścigacza. Chłopak za kilka sekund się ocknie,w końcu go uzdrowiłam. Ubrałam kask i wsiadłam na motor.
     Nie wiem jak to nazwać,więc nie będę się zastanawiać. Umiem porozumiewać się z Katie za pomocą myśli. Telepatia. Odkryłam to wczoraj jak wróciłam do domu kompletnie wykończona. Wzięłam głęboki oddech i skupiłam się na rozciąganiu całego ciała. Tak,miałam wychowanie fizyczne na czterech ostatnich lekcjach. Biegi na czas. Im dłużej będziesz biegła,tym większą ocenę dostaniesz. Ja na szczęście potrafię biegać długo. Miałyśmy biegać na bieżni. Katie miała dwie wolne godziny,więc siedziała na trybunach,jak kilkanaście innych osób z jej klasy. Chłopacy oczywiście grali w piłkę nożną na boisku. Tak,Will też z nimi grał. Nauczył się z telewizji. Pani Robinson zagwizdała w swój gwizdek i ustawiłyśmy się na linii startu. Oczywiście będę musiała biec dużo wolniej niż potrafiłam. Nauczycielka znowu zagwizdała i wystartowałyśmy. Oczywiście miałyśmy biec truchtem,żeby się nie zmęczyć,ale mnie to nie dotyczyło. Skupiłam się na oddechu.
-Blondyn po mojej prawej stronie cały czas Cię obserwuje-oznajmiła w moich myślach Katie.
O mało się nie potknęłam. Za bardzo się skupiłam na oddechu. Zmarszczyłam brwi na wiadomość Katie. Spojrzałam najpierw na nią,a potem we wskazanym kierunku. Faktycznie. Blondyn obserwował mnie swoimi brązowymi oczami. Od razu go rozpoznałam. Chłopak,którego wczoraj uratowałam. Położyłam po sobie uszy i rozejrzałam się. Oprócz mnie nikt już nie biegał. Zatrzymałam się przed Katie i podeszłam do niej. Usiadłam przed nią,na trawie po turecku. Opowiedziałam jej skróconą wersję wczorajszego wydarzenia.
-Nie znam go i nie mam zielonego pojęcia dlaczego tu przyszedł-zakończyłam.
-W każdym razie zaraz się dowiemy-mruknęła cicho.
Westchnęłam ciężko i popatrzyłam w lewo. Blondyn szedł w naszą stronę i zatrzymał się metr przed nami,a właściwie koło nas. Był przystojny i chudy.
-Chciałbym porozmawiać z Tobą na osobności-oznajmił.
Westchnęłam głośno i wstałam. Przeszliśmy na koniec trybun.
-O czym chciałeś ze mną porozmawiać?-zapytałam go.
-To byłaś Ty na czarno-zielonym ścigaczu? Uratowałaś mnie,prawda?-zapytał.
-Nie za bardzo wiem o co Ci chodzi-palnęłam.
-Czemu nie powiesz mu prawdy?-zapytała Katie.
-Jest z nim coś nie tak. Wyczuwam od niego opary magii,ale nie do końca. Dziwnie pachnie i jest podejrzany-odpowiedziałam jej.
-Dziwnie pachnie? To jeszcze jakoś zrozumiem,ale o co Ci chodzi z tym,że jest podejrzany?-zapytała.
-Jego źrenice się rozszerzają i zwężają,ma leciutko zamglony wzrok i dziwnie chodzi,jakby kulał lekko,a przecież wczoraj go uleczyłam. Z zapachem chodzi mi o to,że powinien jeszcze lekko pachnąć fiołkami,a on pachnie liliami zmieszanymi z różami i tulipanami. To dziwny zapach.-odpowiedziałam-Myślę,że jest marionetką czarowników-stwierdziłam.
-A marionetki czarowników mają ich magię?-zapytała Katie.
Czułam jej ciekawość i strach. Też byłam tego ciekawa i bałam się odpowiedzi.
-Nie wiem-odpowiedziałam.
-Wczoraj w nocy. Uratowałaś mnie przed śmiercią z rąk Żółtych Szalików-powiedział.
-Nie przypominam sobie-oznajmiłam.
Jest zdziwiony,a kiedy się odwracam i idę do Katie,wciąga z niedowierzania powietrze przez usta. Ten chłopak może być marionetką trzech czarowników,a wśród tej trójki znajduje się czarnowłosy szaleniec,który przysiągł,że zostanie moim mężem i nie spocznie póki tego nie dokona. Przysięgi i obietnice w Krainie NigdyNigdy były bezcenne i jego mieszkańcy zawsze wszystkiego dotrzymywali. Z jednej strony to było fajne,bo nikt nie mógł nie dotrzymać umowy czy danego słowa,ale z drugiej strony było głupie,bo jak ktoś złoży przysięgę to musi jej dotrzymać. Innymi słowy,miałam przerąbane. Katie popatrzyła na mnie ze współczuciem.
-Po lekcjach idę na siłownię-oznajmiła Katie,kiedy tylko do niej podeszłam.
-Będę musiała iść z Tobą-westchnęłam dramatycznie.
-Takie życie-mruknęła.
Przewróciłam oczami.
-Oby mi się nie odwidziało,bo lubię walczyć i ratować twój tyłek z niebezpieczeństwa. Robisz wtedy fajne miny-powiedziałam z wyższością.
Zaróżowiły jej się policzki od złości i zrobiła komiczną minę,więc się zaśmiałam.
-Panno Rain!! Mam Ci wysłać specjalne zaproszenie?!!!-wrzeszczy wuefistka.
Odwracam się zaskoczona. No tak! Lekcja zaczęła się trzy minuty temu,a ja nie jestem na zbiórce. Posyłam jej niewinny uśmiech i mamrocząc "Nie trzeba",staje na końcu,obok rudowłosej Azjatki.
       Staram się nie wiercić w szkolnym mundurku. Od godziny jesteśmy w siłowni o niezrozumiałej dla mnie nazwie. Katie w stroju do ćwiczeń,a ja w mundurku szkolnym,bo nie miałam czasu wstąpić do domu i się przebrać. Przynajmniej miałam co robić. Nauczyciele byli dziś wyjątkowo wredni i zadali naprawdę dużo zadań domowych. Właśnie głowiłam się i troiłam nad zadaniami z chemii. Złamałam już z dwadzieścia ołówków. Westchnęłam cicho z frustracji. Głupie zadanie mnie ograło. Miałam pustkę w głowie.
-Poddajesz się,Anale?-zapytała Katie ze złośliwym uśmieszkiem.
-Nie mów tak do mnie!-warknęłam na nią-Rozgryzę to jakoś-dodałam.
-Jak mam do Ciebie nie mówić,Anale?
Wzniosłam oczy ku niebu. Wzięłam kilka uspokajających oddechów i wróciłam do zadania. Katie dalej męczyła się na rowerku. Właśnie zastanawiałam się czy nie ominąć zadania,kiedy poczułam lekką woń cytryn. Gwałtownie podniosłam głowę znad zeszytu i zmarszczyłam brwi. Piętnaście osób stało przy drzwiach. Nie byle jakich. Oni należeli do Żółtych Szalików. I wszyscy gapili się na mnie.
-Chyba mamy kłopoty-oznajmiła Katie.
-Z całą pewnością,Kitty Kat-odpowiedziałam.
Spakowałam się w kilku sekundach i wstałam. Zasłoniłam swoim ciałem Katie,która zeszła z rowerka i zaczęła się cofać. Piętnastoosobowa grupa miała noże i rurki,a ja miałam tylko torbę z książkami. Mogłam się jeszcze zmienić w kota,ale to nie pomogłoby Katie. Za nami były tylko okna od podłogi do sufitu. W sali byliśmy tylko my dwie i oni. Było przeraźliwie cicho,kiedy mierzyłam ich wszystkich wzrokiem. Nie wiedzieli kim jestem,a ja nie wiedziałam kim jest ich lider i czego ode mnie chce.
Sauron,pierwszy oficer lidera Żółtych Szalików.
-Brać ją!!-krzyknął blondyn o niebieskich oczach,wskazując na mnie.
I czternastu chłopaków ruszyło w moją stronę. No więc ja,jak to ja nie mająca broni,odwróciłam się do Katie. Ruszyłam w jej stronę sprintem,więc w pięć sekund później byłam już koło niej. Złapałam ją za rękę i rozpędzona,uderzyłam całym ciałem w okno,które rozsypało się na drobny mak. Znowu to niemiłe spadanie w dół. Katie wrzeszczała na całe gardło. Spadanie z drugiego piętra nie jest długie. Trwa tylko kilka sekund. Wylądowałam miękko na nogach. Katie wylądowała na nogach ciężko i z ledwością.
-Moje serce!-jęknęła przyjaciółka.
-Powinnaś być z siebie dumna-stwierdziłam-Spadłaś z drugiego piętra i nawet siniaka nie masz-dodałam.
-Chyba za nami nie skoczą-mruknęła Katie.
-Zbiegają schodami-oznajmiłam jej,łapiąc ją za nadgarstek i ciągnąc za sobą.
Biegłyśmy jasną uliczką,po obu stronach miałyśmy różne bary i sklepy. Nie było żadnej bocznej uliczki,co utrudniało nam znalezienie kryjówki. Wejście do baru oznaczałoby ślepą uliczkę. Nie pasowałam tam w swoim mundurku szkolnym,a Katie w srebrnych getrach i jaskrawopomarańczowej podkoszulce z czarną bandamką na głowie. Przechodnie gapili się na nas jak na idiotki. Pośmiałabym się z ich min,ale miałam na głowie grupkę Żółtych Szalików. Kiedy w końcu znalazłyśmy się na skrzyżowaniu,Katie nie miała siły dalej biec. Wepchnęłam ją do Rosyjskiego Sushi,a sama pognałam dalej.
-Nie wychodź z tamtąd,aż po Ciebie nie wrócę!-nakazałam jej.
-Wszyscy patrzą na mnie dziwnie-poskarżyła się.
Wzniosłam oczy ku niebu,biegnąc dalej.
-Dziwisz się im? Wyglądasz głupio w tych ciuchach!-odpowiedziałam jej.
Jak chcę to potrafię być miła! Przeskoczyłam niskie barierki,przebiegłam przez ulicę i wbiegłam do Parku Kiry. Ktoś kto tworzył ten park i go nazwał na cześć boga śmierci powinien się leczyć psychicznie. Kiedy wiem,że zgubiłam pościg,zatrzymuje się,ciężko dysząc. Nie mam żadnej broni,ani dobrego stroju do walczenia.
-Katie? Jesteś tam?!-krzyczę w myślach.
-Tak. Nic Ci nie jest?-zapytała przyjaciółka.
-Nie,nic. Zgubiłam ich,ale jeszcze nie mogę po Ciebie wrócić. Muszę mieć broń i inne ciuchy na wypadek walki-odpowiedziałam.
-Nie musisz się śpieszyć,tylko weź pieniądze jak już będziesz szła po mnie,bo nie mam-oznajmiła Katie.
-Dobra-mruknęłam i wypchnęłam ją z mojego umysłu.
Rozejrzałam się. Stałam pośrodku jakiejś zarośniętej alejce. Drzewa zasłaniały wszystko dookoła. Potrząsnęłam głową,a z moich włosów wypadły odłamki szkła. Wyciągnęłam z torby BlackBerry. Napisałam do Willa wiadomość i siad mi telefon. Westchnęłam ciężko i schowałam go do torby. Niezależna Kotołaczka jednak stała się zależna od innych. Co ze mnie za wojowniczka? Marna.
-A więc tutaj się ukrywasz!-o mało zawału nie dostałam,kiedy męski głos odezwał się za mną.
Za bardzo się zamyśliłam! Odwróciłam się błyskawicznie. To ten sam chłopak,który rozkazał grupce Żółtych Szalików mnie złapać.
-Nie ukrywam się!-warknęłam na niego-Czekam na zbawienie-albo chociaż inne ciuchy!